Granice świadomości Christophera Nolana

aktualizacja: 13.08.2017, 07:00
Jego filmy o Batmanie pokazują poczucie gniewu i rozczarowania, które ...
Jego filmy o Batmanie pokazują poczucie gniewu i rozczarowania, które buzowało w społeczeństwach zachodnich od lat. Christopher Nolan na planie „Mrocznego Rycerza”, 2011 r.
Foto: EAST NEWS

Jeżeli któryś z twórców współczesnego Hollywood przejdzie do historii jako wizjoner na miarę Alfreda Hitchcocka czy Orsona Wellesa, to będzie nim właśnie Christopher Nolan.

REDAKCJA POLECA
11.08.2017
„Dunkierka” zmienia kino wojenne
07.07.2017
Siła seriali o Afroamerykanach
25.05.2017
Ostatnia szansa - archiwizacja
25.05.2017
Jubileuszowe wystawy
kariera
Jak przekonać szefa do awansu?

Jest taki człowiek w Hollywood. Od 20 lat ma jedną żonę, a z nią czwórkę dzieci. Skandali na koncie brak. W jego filmach trudno dostrzec naturalistyczną przemoc, nagość i seks. Nie opowiada o przekraczaniu tabu. Nawet krwi jest niewiele. Choć przecież wielokrotnie opowiada o rzeczach strasznych i poruszających. O manipulacji ludzkimi lękami, o śmierci i poczuciu władzy nad drugim człowiekiem. A teraz o wojnie. To wszystko pokazuje jednak w sposób dyskretny. Złośliwi mówią, że chodzi tylko o pieniądze, by jego filmy nie miały ograniczeń wiekowych. Ale to chyba zbyt proste. Bohaterami jego filmów są biali, heteroseksualni mężczyźni. Miłość ma wymiar romantyczny, kochankowie za sobą tęsknią, a dzieci kochają rodziców i czekają na ich powrót. Jak więc możliwe, że twórca filmów tak tradycjonalistycznych w warstwie obyczajowej, wręcz konserwatywnych na tle tego, co nagradza się na europejskich festiwalach, od półtorej dekady każdą kolejną produkcją stawia całą kinematografię na baczność?

Prawdę lepiej zapomnieć

Najlepsze debiuty mają to do siebie, że mimo całej swej niedoskonałości, zwiastują styl twórcy, zapowiadają jego późniejszą karierę. Zaznaczają tematy i rozwiązania formalne, które będą powracały w jego twórczości. Stanowią twórczy wyczyn, w którym artysta chce popisać się swoimi możliwościami. Christopher Nolan swój debiut rozłożył na dwa skoki. Pierwszy to zrealizowany za własne pieniądze niskobudżetowy czarno-biały film „Following" (Śledząc) z 1998 r. Drugi to profesjonalne, choć też niedrogie „Memento", na którym w szkołach filmowych na całym świecie uczy się dziś sztuki montażu.

„Following" kosztowało Nolana 6 tys. dolarów. Kwota śmieszna wobec tego, co zarobił (240 tys.). Wyprodukowany, napisany i wyreżyserowany przez samego artystę, który był także sam sobie operatorem i montażystą. Szukając oszczędności, postanowił nakręcić go na czarno-białej taśmie. Dzięki jej czułości mógł zrealizować „Following" z minimalnym użyciem kosztownych lamp filmowych i korzystać ze światła naturalnego. Zdjęcia trwały ponad rok. Ekipa normalnie chodziła do pracy w ciągu dnia, a po godzinach i w wolne dni realizowała film. Niektóre sceny powstawały w mieszkaniach aktorów. Amatorszczyzna pełną gębą, ale na ekranie jej nie widać.

Film opowiada historię bezrobotnego samotnika, aspirującego pisarza, który w poszukiwaniu inspiracji włóczy się całymi dniami po Londynie i śledzi przypadkowych ludzi. Jednym z nich będzie Cobb (tak też nazywa się główny bohater „Incepcji) – włamywacz i drobny cwaniaczek, który okaże się też zręcznym manipulatorem. Cobb wciąga bohatera w świat ryzyka. Razem zaczynają włamywać się do mieszkań, choć nie robią tego dla pieniędzy, a bardziej by poczuć dreszcz emocji. Świat Cobba coraz bardziej fascynuje samotnego bohatera, który zaczyna działać na własną rękę. A przynajmniej tak mu się wydaje, bowiem wciąż jest nieustannie manipulowany przez Cobba. Z czasem zaczynamy się zastanawiać, czy to na pewno bohater śledził Cobba, czy może było na odwrót?

W tym debiucie jest jedna prorocza ciekawostka. Można nie wierzyć w tego rodzaju znaki, ale na drzwiach mieszkania głównego bohatera zamiast nazwiska i numeru widnieje logo Batmana. Siedem lat później Nolan zacznie swoją przygodę z filmami o człowieku-nietoperzu, które wyniosą go na szczyt.

W trwającym zaledwie godzinę debiucie Nolan pokazał swoje atuty, popowiadając historię o granice ludzkiej percepcji, by na końcu wstrząsnąć widza zaskakującym zwrotem. Gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna świat naszych wyobrażeń? Jak daleko można się zagubić we własnych fantazjach?

Te pytania definiują także stosunek Nolana do sztuki filmowej w ogóle. W swoich filmach będzie pielęgnował status reżysera-iluzjonisty, który zabiera widza w niebezpieczny świat, w którym nic nie jest pewne, poza tym, że na końcu włączone zostaną światła i bezpiecznie wyjdziemy z sali. Każdy z jego filmów to jednocześnie opowieść o kinie. O sztuce filmowej, która jest bliska sztuce prestidigitatorstwa. To historie o wytwarzaniu złudzeń, o manipulowaniu emocjami, o magicznych trikach i o projektowaniu nowych światów.

Drugim, może nawet właściwszym, debiutem był film „Memento" z 2000 r., na który Nolan zbierał pieniądze, jeżdżąc z „Following" po festiwalach. Scenariusz opierał się na opowiadaniu jego brata – Jonathana Nolana, z którym później wielokrotnie współpracował i który sam zdobył dziś mocną pozycję w branży filmów i seriali. Historia wymyślona przez brata reżysera opowiadała o mężczyźnie cierpiącym na zanik pamięci krótkotrwałej. Leonard (Guy Pearce) od czasu wypadku, w którym doznał uszczerbku mózgu, nie jest w stanie zapamiętać niczego na dłużej niż kilkanaście minut. Drobna chwila rozkojarzenia sprawia, że w jego pamięci pojawia się pustka. Ostatnim stałym wspomnieniem Leonarda jest śmierć żony. To właśnie zabójca uderzył Leonarda nieszczęśliwie w głowę. Od tego czasu celem życia bohatera filmu jest zemsta. Z racji tego, że Leonard wszystkie detale momentalnie zapomina, nieustannie robi notatki, które popychają śledztwo naprzód. Pisze bazgroły na kartkach, na odwrocie fotografii, które robi poznanym ludziom, a nawet na własnym ciele w formie tatuaży.

I choć Jonathan Nolan wymyślił tę historię, to kluczowy koncept formalny, który przysporzył filmowi sukcesu i sławy, wymyślił dopiero jego starszy brat. To Christopher wpadł na pomysł, że „Memento" powinno zostać opowiedziane od tyłu. Choć byli przed nim i po nim twórcy, którzy próbowali podobnego zabiegu, to jednak w żadnym z tych filmów podobny pomysł nie współgrał równie intensywnie z opowiadaną historią. Dzięki temu zabiegowi świadomość widza jest zbliżona do świadomości Leonarda. Wiemy tylko tyle, co zobaczyliśmy przed chwilą. Nie poznajemy historii tradycyjnie w układzie linearnym, tylko po omacku. Tak jak Leonard próbujemy kojarzyć fakty, opierając się na notatkach. Ludzie otaczający bohatera wciąż z nim pogrywają, próbują wykorzystać jego niepełnosprawność. To sami robi z nami Nolan. A prawda, którą zdradzi pod koniec filmu, będzie przerażająca. Tak trudna do zaakceptowania, że ją także Leonard będzie wolał zapomnieć.

Jednak widzowie i branża filmowa o „Memento" nie zamierzała zapomnieć. Było kwestią czasu, kiedy po Nolana upomni się Hollywood. Na początek dostał do realizacji remake norweskiego filmu z 1997 r. pt. „Bezsenność". Jak wspominał – najważniejszego filmu w swojej karierze, dzięki któremu nauczył się reżyserii w profesjonalnych warunkach. A także pierwszego i ostatniego, który nakręcił według cudzego tekstu. Ale nawet reżyserując czyjś skrypt, opowiedział o rzeczach, które go niezmiennie fascynowały.

Bohaterem „Bezsenności" jest doświadczony policjant z wydziału zabójstw Will Dormer (Al Pacino), za którym ciągnie się afera fałszowania dowodów. Dormer zostaje wysłany na Alaskę, by wyśledzić zabójcę nastolatki. Na miejscu śmiertelnie postrzeli swojego partnera, który dzień wcześniej postanowił zeznawać w sprawie Dormera. Nieszczęśliwy wypadek czy umyślne zabójstwo? Trudno powiedzieć, Dormer nie może zmrużyć oka z uwagi na białe noce trwające właśnie na Alasce, więc i jego świadomość jest coraz bardziej zaburzona. Nolan przez cały film będzie drążył kwestię prawdy i świadomości, zastanawiając się, do jakiego stopnia jesteśmy w stanie kontrolować nasze nieświadome pragnienia i lęki.

Popkultura wrażliwa na społeczne nastroje

Bezsenność" odniosła sukces artystyczny i komercyjny. Debiutujący w mainstreamie filmowiec zrealizował pierwszorzędny thriller w stylistyce neo-noir. To właśnie estetyka czarnego kryminału, czy może raczej jego współczesna wariacja zdaje się być najbliższa wrażliwości Christophera Nolana i będzie do niej wracać. Po sukcesie nadszedł w końcu czas, by 32-letni Brytyjczyk sam decydował, jakie historie chce opowiadać.

Wybrał zadanie nadzwyczaj trudne. Jak odświeżyć przygody komiksowego Batmana, by stanowiły opowieść o współczesnych czasach? Twórca pierwszych współczesnych filmów o Batmanie Tim Burton poruszał się na przecięciu wyrafinowanej stylistyki gotyckiej i kampu, w którym ceni się zły gust i przesadę. Jego następca Joel Schumacher poszedł w stronę pustego barokowego widowiska i rozmienił sukces Burtona na drobne. Legenda człowieka-nietoperza podupadła i trudno było wycisnąć z niej coś jeszcze. Nolan wymyślił więc Bruce'a Wayne'a i jego mroczne alter ego na nowo. Sięgnął po komiksy Franka Millera i opowiedział historię Batmana w konwencji realistycznej, skupiając się na warstwie psychologicznej. Spytał, dlaczego milioner z miasta Gotham przebiera się w strój nietoperza i nocami gania po ulicach, a odpowiedź znalazł w traumie z dzieciństwa. Bruce Wayne był przecież świadkiem morderstwa swych rodziców. To wspomnienie go przytłacza, a cień ojca przerasta niepewnego młodzieńca. Dopiero wyprawa na Daleki Wschód sprawi, że poukłada sobie na nowo życie. Zrozumie, że jego powołaniem nie jest osobista zemsta, lecz służba społeczeństwu.

Ten na wskroś romantyczny portret bohatera, który pokonuje własne lęki, by anonimowo pod przykryciem nieść dobro i walczyć ze złem, zdobył serca publiczności na całym świecie. Człowiek-nietoperz w wykonaniu Christiana Bale'a nie był już tylko playboyem i gadżeciarzem, ale kimś pokiereszowanym psychicznie, który pokonuje własne słabości. Ponadto cała techniczna otoczka – kostiumy, broń i pojazdy – ma tu realistyczne uzasadnienie. To prototypowe, eksperymentalne technologie, które firma Bruce'a Wayne'a produkuje dla armii. Jego przeciwnicy są psychopatami, ale nie komiksowymi, tylko takimi, których oglądamy w telewizyjnych newsach. Gotham City również nie przypomina przestylizowanego miasta złoczyńców, które znamy z filmów Tima Burtona, tylko jest metropolią z krwi i kości. Może to być Nowy Jork, Londyn, ale też równie dobrze Hongkong. Zainspirowany „Łowcą androidów" Ridleya Scotta, Nolan przystąpił do produkcji swojej trylogii, która radykalnie zmieniła postrzeganie filmów o superbohaterach.

„Batman – Początek" (2005) był zaledwie przygrywką do tego, co miał zrobić w „Mrocznym Rycerzu" (2008). Tam dopiero szeroko rozwinął skrzydła, opowiadając o najzupełniej współczesnym lęku przed terroryzmem. Kim jest bowiem Joker, w którego genialnie wcielił się nieodżałowany Heath Ledger? Najlepiej oddają to słowa wieloletniego opiekuna Bruce'a Wayne, Alfreda Pennywortha (Michael Caine): „Niektórzy ludzie chcą tylko patrzeć, jak świat płonie". Czy można lepiej zdefiniować nihilizm, który narodził się w ponowoczesnym zachodnim świecie, gdy historia wydawała się zakończonym etapem, a głównym zadaniem ludzi miało być już tylko bogacenie się?

Nolan nakręcił thriller, kino psychologiczne, film akcji i melodramat w jednym. W każdym z tych gatunków poradził sobie znakomicie i to za przyczyną „Mrocznego Rycerza" dzisiaj niemal co miesiąc ma premierę nowy film lub serial o bohaterach z komiksów.

W ostatniej części trylogii zatytułowanej „Mroczny Rycerz powstaje" (2012) poszedł krok dalej i opowiedział o kryzysie państwa w obliczu katastrofy. Opanowane przez terrorystów Gotham, niczym Nowy Orlean po huraganie Katrina, staje się miastem zamkniętym. Władze amerykańskie pozostawiają jego mieszkańców na pastwę przestępców, którzy wprowadzają rewolucyjne rządy. Gotham zaczyna umierać, odcięte kordonem militarnym, porzucone przez państwo, które zapomniało, czym jest solidarność. Nolan wprowadził też mroczną postać psychopatycznego populisty Bane'a (Tom Hardy) – człowieka w masce, który pragnie powrotu do Hobbesowskiego stanu natury, gdzie wszyscy walczą ze wszystkimi i zwycięża okrutny darwinizm. Pod jego przywództwem ludzie wylegają na ulice, mordują oficjeli, aresztują funkcjonariuszy władzy i wprowadzają sądy ludowe.

Po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA w internecie zaroiło się od prześmiewczych nagrań, w których zestawiano słowa Bane'a z przemówieniem prezydenta elekta: „Byliście uciskani przez kolejne pokolenia możnych, którzy łudzili was wielkimi możliwościami. Chcemy oddać to, co należy się wam... ludziom. Gotham jest wasze. Nikt nie powinien wam przeszkadzać, rządźcie się sami".

Także i tym razem popkultura okazała się niezwykle wrażliwa na społeczne nastroje. Nolanowskie filmy o Batmanie to nie tylko kino akcji z dobrą podbudową psychologiczną. To także obrazy portretujące poczucie gniewu oraz rozczarowania, które buzowało w społeczeństwach zachodnich od lat, by w końcu wybuchnąć w ostatnim czasie.

Twórca „Mrocznego Rycerza" nie popełnił błędu swoich kolegów i nie podpisał cyrografu z wytwórnią filmową, która skazywałaby go na lata kręcenia młodzieżowych hitów. Produkuje swoje filmy wspólnie z żoną Emmą Thomas i cieszy się pełnym zaufaniem wytwórni, otrzymując najwyższe budżety i dostęp do nowoczesnych technologii. To rzadkie, by zdobyć tak olbrzymie możliwości i nie stać się więźniem Hollywood, zachować swobodę twórczą.

Między kolejnymi filmami o Batmanie realizował autorskie projekty, o których myślał przez lata. „Prestiżem" z 2006 r. powrócił do korzeni, do tematów i postaci, które zawsze go fascynowały. Zobrazował starcie dwóch iluzjonistów (zagrali ich Christian Bale i Hugh Jackman) na przełomie XIX i XX w. Rywalizują o sławę, kobiety i licytują się na nowe magiczne triki. Scenariusz opowiada jednak o czymś więcej niż tytułowym prestiżu. To kostiumowa opowieść o ambicji, która niszczy życie. O pełnym poświęceniu dla sztuki, gdzie bohaterowie są gotowi poświęcić wszystko, włącznie z rodziną i swoim oraz cudzym życiem. Tylko po to, by udowodnić, że są najlepszymi wirtuozami sztuki prestidigitatorskiej. Nolan opowiada historię dwóch mężczyzn, którzy zatracają się w wykreowanym przez siebie świecie. Na końcu filmu reżyser sam zachowuje się jak iluzjonista. Scenariuszowy twist, który demonstruje w „Prestiżu", pokazuje, że forma jest dla niego kontynuacją treści. Gdy opowiada o iluzjonistach, ma się wrażenie, że zachowuje się jak przedstawiciel tego fachu.

Z otwartym zakończeniem

Po kilkunastu latach pracy twórczej Nolana widać, że to reżyser, który przywiązuje się do aktorów oraz bezbłędnie potrafi ich poprowadzić. A przecież to jest esencją tego zawodu. Pod jego skrzydłami Christian Bale wyrósł na gwiazdę kina. W sześciu z dziewięciu jego filmów zagrał nestor brytyjskiego kina Michael Caine. W pięciu irlandzki mistrz drugiego planu Cillian Murphy. Nolan polubił też Toma Hardy'ego i Josepha Gordon-Levitta. W „Interstellar" opanował Matthew McConaugheya, który ma skłonność do szarżowania i swoją brawurą potrafi rozsadzić film. Trudno też wyobrazić sobie jego obrazy bez muzyki Hansa Zimmera. Niekiedy może podniosłej albo nawet patetycznej, ale zawsze adekwatnie dopowiadającej historię rozgrywającą się na ekranie.

W 2010 r. był gotów nakręcić „Incepcję", która stanowi największą emanację jego stylu i jednocześnie jeden z najbardziej wyrafinowanych hitów w historii. Bohaterem futurystycznej „Incepcji" jest Cobb (Leonardo DiCaprio), jeszcze jeden z szerokiej galerii bohaterów Nolana, który ma problemy z odróżnieniem snu od jawy. Złodziej przyszłości, który potrafi wykraść z cudzego umysłu pomysł, a nawet więcej, bo potrafi we śnie podstawić komuś myśl, którą dany człowiek przyjmie jako własną. To właśnie jest tytułowa incepcja. Nolan pokazuje, jak świadomość wpływa na rzeczywistość. Sen jest tylko snem, ale czy sny nie potrafią zmieniać rzeczywistości? Czy nie możemy kogoś we śnie pokochać albo znienawidzić? Z historii dziejów wiemy, że urojone urazy potrafią decydować o wojnie lub pokoju.

Cobb coraz bardziej pogrąża się w sennych marzeniach, by spędzać czas z żoną, która popełniła samobójstwo. Odtwarza z pamięci lata szczęśliwego życia, coraz bardziej zaniedbując pracę i ryzykując życie swoich kolegów. W ostatniej scenie filmu wraca do swoich dzieci i domu w Ameryce. W końcu jest szczęśliwy, ale dla pewności przeprowadza ostatni test prawdy i puszcza w ruch charakterystycznego bączka, który ma dać odpowiedź na pytanie, czy znajduje się w świecie snów, czy w materialnej rzeczywistości. Bąk się kręci i kręci, a Nolan przerywa tę scenę, zostawiając widza z otwartym zakończeniem.

Przed epoką Nolana najbardziej wyrazistą wizją w kinie science fiction był „Matrix" braci Wachowskich. W 1999 r. przekonywali, że należy walczyć ze złudzeniami, a rzeczywistość materialna, ta prawdziwa, choć bywa mało spektakularna, zawsze będzie najcenniejsza. Nolan nie ma w sobie tej pewności. W „Incepcji" pokazuje, że odróżnienie wyobrażenia rzeczywistości od prawdy materialnej niekiedy bywa trudne. Zastanawia się w duchu neoplatońskim: Czym się różni rzeczywistość zewnętrzna, materialna, od tej, która dokonała się wyłącznie w naszej głowie? Czy świat, który tylko wydawał nam się istnieć, był bez znaczenia? A może to właśnie świadomość zasadniczo określa byt materialny? Bo wszystko, co dzieje się w naszej głowie, tak czy inaczej zmienia rzeczywistość, wyznaczając nasz stosunek do niej.

Jedną z najciekawszych teorii, jaką można przeczytać na temat „Incepcji", jest interpretacja filmu jako obrazu o sztuce reżyserii. Według jej autorów w filmie znajdziemy postacie będące odpowiednikami producentów, scenografów, pirotechników. Sam Cobb jest reżyserem filmowym (faktycznie, DiCaprio w tym filmie przypomina nieco Nolana). Najciekawsze jednak jest to, który z bohaterów ma reprezentować widzów. Otóż jest nim Fischer (Cillian Murphy). To jemu futurystyczni złodzieje podkładają we śnie pomysły i uczucia. Czym zatem jest sen?

Ta sama historia

Ostatni przed „Dunkierką" film Nolana to „Interstellar" (2014). Twarde science fiction opowiadające o losach ludzkości, która w obliczu zakłady ekologicznej Ziemi poszukuje nowej planety do zamieszkania. To chyba najbardziej krytykowane dzieło Nolana. Zarzucano mu, że staje się filmowym Paolo Coehlo, który twierdzi, że miłość potrafi przekraczać barierę czasu i materii. Zgoda, jest to najbardziej emocjonalny film w jego dorobku. Opowieść o rodzinie, samotności i poświęceniu. A wizja zaświatów, w których podglądamy nasze minione życie i żałujemy, że nie korzystaliśmy z każdej chwili spędzonej z bliskimi, jest naprawdę poruszająca. Jednak emocje mają to do siebie, że są piękne, ale trudno się z nimi dyskutuje.

„Interstellar" to najbardziej optymistyczny czy wręcz utopijny film w dorobku Nolana. To także obraz, w którym Matthew McConaughey stworzył wybitną kreację ojca zostawiającego rodzinę na Ziemi, by znaleźć dla niej ocalenie w kosmosie. Być może, trzymając się wcześniejszej interpretacji „Incepcji", to także opowieść o robieniu filmów. O miesiącach spędzonych na planie, który oddala filmowca od rodziny. I choć ten przeżywa wspaniałe chwile, eksploruje nowe fascynujące światy i rzeczywistości, to jednak tęskni.

Wspaniałe obrazy, wizjonerskie pomysły i świetne aktorstwo w „Interstellar" nie zmienią faktu, że Nolan jednak przyzwyczaił nas do czegoś więcej, niż dostaliśmy w jego filmie. Z drugiej strony to ciągle ta sama historia, w której reżysera interesują pamięć, upływ czasu i granice świadomości – trzy tematy, które stanowią jądro jego kina. Który ze współczesnych filmowców, dysponujących największymi budżetami, potrafi równie konsekwentnie snuć swoją antropologiczną wizję świata, człowieka i samego kina?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE