Jan Bończa-Szabłowski. Europejka. Wspomnienie o Julii Hartwig

aktualizacja: 21.07.2017, 15:10
Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek

Poezja Julii Hartwig była balsamem na prozę życia. Jej życie pokazywało, że można osiągnąć w nim harmonię, jeśli zachowa się klasę.

REDAKCJA POLECA
16.07.2017
Wspomnienie o Julii Hartwig
15.07.2017
Zmarła poetka Julia Hartwig
kariera
Jak przekonać szefa do awansu?

Do świata poezji Julii Hartwig wprowadzali mnie rodzice. A na półce z poezją jej tomiki zajmowały u nas szczególne miejsce. Pamiętam mocno już sfatygowany tomik „Pożegnania", do którego często zaglądaliśmy. Jest dużo starszy ode mnie, bo wydany w 1956 roku. Jako dziecko długo zastanawiałem się nad tytułem, bo to było takie „pożegnanie" na powitanie.

Julia Hartwig zawsze wydawała mi się przybyszem z innego świata. Europejką, wtedy gdy było to jeszcze pojęcie bardzo abstrakcyjne. Była obywatelką świata. Każdy, kto czytał jej przekłady poetów francuskich i amerykańskich, zorientował się, że musi za nimi stać naprawdę wielka poetka. „Tygodnik Powszechny" z pewnością nie wyobrażał sobie, że tak niezwykłe wiersze może napisać kobieta, bo przy jednej z pierwszych publikacji dodał w jej imieniu literę „n" i stała się „Julianem".

Jej poezja byłą rodzajem „Arki przymierza między nowymi a dawnymi laty". W „Dzienniku amerykańskim" ujawniła swój zmysł obserwacji, potwierdziła siłę fascynacji, ale też umiejętność patrzenia z dystansem. Była ciekawa świata i ludzi, nie czuła do nich pogardy. Druha swych literackich podróży znalazła w mężu Arturze Międzyrzeckim. Oboje wprowadzali nas do świata Baudelaire'a, Apollinare'a i Rimbauda. W filmie dokumentalnym Artur Międzyrzecki, wypowiadając się na temat żony, zaliczył ją do grona osób „zawsze z sobą tożsamych. Nie znam nikogo, o którym z takim przekonaniem można powiedzieć »poezja uosobiona«" – dodał.

Była szanowana i podziwiana w środowisku literackim. Jej poezję recenzował sam Józef Czechowicz, wysokie noty stawiał jej Czesław Miłosz. Pięknie pisała o innych poetach, ale była w jej wierszach nuta tragizmu, gdy np. wspominała samobójczą śmierć matki. Rodzina – mąż, ojciec, brat – zawsze dawali jej siłę.

Fascynowała jako człowiek i jako poetka. Zapisała piękną kartę w naszej poezji literaturze, ale też w historii. Była łączniczką w Armii Krajowej, potem sygnatariuszką Memoriału 101, czyli wystąpieniu polskich intelektualistów przeciwko zmianom Konstytucji PRL. Była członkiem polskiego PEN Clubu, jako działaczka antykomunistycznej opozycji zmiany ustrojowe przyjęła entuzjastycznie, wstąpiła do Solidarności. Patrząc na jej życie i twórczość, można powiedzieć, że była obdarzona talentem i dobrym gustem.

Tytuł pierwszego tomu poezji „Pożegnania" sprawiał wrażenie przewrotnego, ten ostatni – „Bez pożegnania", odnoszący się do pierwszego, okazał się niestety proroczy. Znakomita poetka odeszła w ciszy. Zmarła w Pensylwanii, gdzie od kilku miesięcy przebywała u córki. Za miesiąc obchodziłaby 96. urodziny.

Jej śmierć została przez media niemal pominięta. Cóż, żyjemy w czasach burz z piorunami a ona była łagodnym obłokiem poezji. Myślę, że nawet nie powinniśmy się dziwić, że na żółtych paskach informowano o sejmowych awanturach, przytaczano najbardziej knajackie wystąpienia posłów. Ksiądz Jan Twardowski powtarzał wielokrotnie, że Zło jest zawsze bardziej agresywne, a więc budzi większe zainteresowanie niż Dobro, które jest dość bezbronne i mniej spektakularne.

Pamiętam, jak w liceum mieliśmy nauczyć się wiersza i mnie wypadł utwór Julii Hartwig „Miejskie lato": „Jaka piękna jest w lipcu Warszawa, w dni bez cienia upalna i biała. Temu, kto przetrwał pierwsze skwary, wieczór ten rodzi się łagodny, letni i dostały". Tego roku, pani Julio, w lipcu Warszawa nie jest już wcale taka piękna.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE