Obywatele Rzeszy. Niegroźni wariaci czy nowe zagrożenie terrorystyczne dla Niemiec?

aktualizacja: 16.07.2017, 08:42
Horst Mahler. Dawniej w lewicowej organizacji terrorystycznej RAF, dzi...
Horst Mahler. Dawniej w lewicowej organizacji terrorystycznej RAF, dziś zagorzały neonaizsta. Ukuł termin „RFN Spółka prawa handlowego pod nadzorem okupantów”
Foto: Getty Images

Na terenie Niemiec urzęduje obecnie 30 rywalizujących ze sobą kanclerzy, kilku książąt oraz co najmniej jeden król. Jeszcze do niedawna traktowano ich jak niegroźnych dziwaków. Dopiero kiedy zamordowali policjanta i okazało się, że magazynują broń i mogą planować zamachy, niemieckie władze dostrzegły zagrożenie. Problem w tym, że służby nie wiedzą nawet, z kim tak naprawdę walczą.

REDAKCJA POLECA

Mieszkający pod Norymbergą 49-letni doradca finansowy Wolfgang P. pierwszy raz zwrócił na siebie uwagę lokalnych urzędników po tym, jak odmówił zapłacenia podatku od pojazdów mechanicznych. Na powtarzające się ponaglenia odpisywał: „Jestem obywatelem Rzeszy". Co więcej, według dziennika „Bild" ogłosił, że jego mieszkanie jest niepodległym państwem, którego granice wytyczył za pomocą żółtej farby. Mężczyzna nie zgodził się też wpuścić do domu kontrolerów ze starostwa, którzy chcieli sprawdzić, jak przechowuje broń myśliwską. W związku z tym cofnięto mu licencję i wezwano do zwrotu 31 strzelb i pistoletów.

Gdy i tym razem odmówił, tłumacząc, że nie uznaje władzy starosty, o interwencję poproszono policję, a ta, mając na uwadze, jak pokaźny arsenał znajduje się w rękach mężczyzny, wysłała do akcji jednostkę antyterrorystyczną. Kiedy funkcjonariusze o szóstej rano próbowali wejść do domu, jego właściciel ubrany w kamizelkę kuloodporną otworzył do nich ogień przez zamknięte drzwi. Ranił czterech policjantów, z których jeden zmarł później w szpitalu. Lekko ranny napastnik został zatrzymany. Według służb ludzi podobnych do Wolfganga P. przybywa. Ich postępująca radykalizacja może zagrażać porządkowi publicznemu Niemiec.

Do czasu strzelaniny pod Norymbergą z października 2016 r. większość Niemców prawdopodobnie nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, że wśród nich żyją tzw. Reichsbürger. I nic dziwnego, bo Obywatele Rzeszy, czy też Obywatele Imperium, to ruch luźno powiązanych ze sobą ludzi rozsianych po całych Niemczech. Nie mają jednego przywódcy ani sformalizowanych struktur. Często poszczególne grupy są ze sobą skonfliktowane i nie utrzymują żadnego kontaktu. Łączy ich jednak wiara w teorie spiskowe, sprzeciw wobec globalizacji, rasizm, antysemityzm, a przede wszystkim negowanie państwowości RFN. Rzesza w granicach z 1937 r. wciąż istnieje, a obecne Niemcy to spółka prawa handlowego założona, kontrolowana i wyzyskiwana przez aliantów, na czele ze Stanami Zjednoczonymi – tak w jednym zdaniu można streścić ich ideologię. Interpretując dość swobodnie historyczne fakty, twierdzą, że obecne państwo niemieckie opierające się na ustawie zasadniczej z 1949 r. jest nielegalne, ponieważ konstytucja Republiki Weimarskiej z 1919 r. nigdy nie została zawieszona. Reichsbürger uważają również, że skoro nazistowski rząd formalnie nie skapitulował 8 maja 1945, to koniec wojny nie oznaczał wcale jego upadku. Na potwierdzenie tej tezy przypominają, że do 23 maja 1945 r. we Flensburgu istniał przecież gabinet Wielkiego Admirała i prezydenta Karla Dönitza, z którym alianci nie podpisali układu pokojowego. Najczęściej jednak członkowie ruchu powołują się na orzeczenie Federalnego Trybunału Konstytucyjnego z lipca 1973 r., w którym stwierdzono, że III Rzesza przetrwała koniec wojny.

– Sędziowie uznali, co potwierdziła w tym względzie utrwalona już praktyka międzynarodowa i stanowisko doktryny, że Rzesza przetrwała wojnę, a jej sukcesorką jest Republika Federalna Niemiec. Powołując RFN, nie stworzono zatem nowego państwa, tylko na nowo je zorganizowano. Problem w tym, że orzeczenie wydała instytucja RFN, a nie III Rzeszy. Przywoływanie go jest więc błędem logicznym w wykonaniu Obywateli Rzeszy, bo przecież twierdzą oni, że Republika Federalna Niemiec nie istnieje – mówi prof. Waldemar Czachur z Instytutu Germanistyki UW. Mętne początki Obywateli Imperium sięgają drugiej połowy lat 70 XX. wieku i łączą się z osobą Manfreda Roedera. Ten były żołnierz Wehrmachtu, prawnik oraz twórca neonazistowskiej grupy terrorystycznej zaczął publicznie głosić, że kraj, w którym żyje, jest sztucznym tworem bez prawa bytu, a jego prawdziwą ojczyzną jest Rzesza Niemiecka.

– Kiedy w latach 60. w Niemczech zaczęło się rozliczanie z nazistowską przeszłością, wśród części społeczeństwa powstał pewien opór przed jednoznacznym identyfikowaniem III Rzeszy jako absolutnego zła – tłumaczy jeden z powodów narodzin Reichsbürger prof. Czachur. Kontynuatorem „dzieła" Roedera był były pracownik niemieckich kolei Wolfgang Ebel, który w 1985 r. ogłosił się Kanclerzem Rzeszy, a w Berlinie utworzył Komisaryczny Rząd Rzeszy. Mężczyzna wierzył, że w porozumieniu z aliantami może rządzić krajem. Jego megalomania była tak wielka, że rozpoczął nawet produkcję własnych znaczków pocztowych przedstawiających go na tle Bramy Brandenburskiej. Ponieważ Ebel jako pierwszy Obywatel Rzeszy utworzył swój własny „rząd", to wokół niego zebrało się wielu podobnie myślących ludzi, dla których był inspiracją. W tym samym mniej więcej czasie rozpoczął się też podział całego ruchu. Pod koniec lat 90. grono Reichsbürger powiększyło się dzięki rozwojowi internetu. Jedną z twarzy grupy został wówczas prawnik oraz były członek lewicowej organizacji terrorystycznej RAF, a później zagorzały neonazista Horst Mahler. To on w odniesieniu do RFN ukuł termin „spółka prawa handlowego pod nadzorem okupantów". W 1997 r. wygłosił przemówienie, w którym wezwał Niemców do zerwania kajdanów i wyzwolenia się z niewoli obcych mocarstw. Kilka lat później Mahler zanegował Holokaust, a Adolfa Hitlera nazwał zbawicielem narodu niemieckiego.

W czasie nalotów policyjnych w mieszkaniach Obywateli Rzeszy zabezpiec...
W czasie nalotów policyjnych w mieszkaniach Obywateli Rzeszy zabezpieczono m.in. materiały wybuchowe i ręcznie robione granaty
Foto: PAP

Wiele Rzesz, jeszcze więcej Führerów

Kiedy policjanci przeszukali komputer Wolfganga P., znaleźli w nim zdjęcie przedstawiające ławę oskarżonych z procesu w Norymberdze. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że twarze nazistowskich zbrodniarzy zostały zastąpione zdjęciami członków niemieckiego rządu, m.in. kanclerz Angeli Merkel oraz obecnego ministra spraw zagranicznych Sigmara Gabriela. Napis nad fotografią głosił „Winni – powiesić ich wszystkich". Obywatele Rzeszy wierzą, że Niemcami rządzą opłacani przez wroga agenci. Wśród członków ruchu nie ma tylko zgody, czy są nimi przedstawiciele amerykańskich Żydów, wielkiego kapitału czy może członkowie żydomasońskich lóż. A ponieważ w ich mniemaniu RFN nie istnieje, to nie czują się w żaden sposób zobowiązani do przestrzegania jej praw, słuchania przedstawicieli czy płacenia podatków i mandatów.

Odmawiają wykonywania nawet tak prozaicznych czynności, jak rejestracja psa w urzędzie. Niektórzy Reichsbürger znajdujący się na samochodowych tablicach rejestracyjnych tzw. europasek z literą D i unijną flagą zaklejają naklejką z napisem DR (Deutsches Reich) albo czarnym orłem w koronie. Inni niszczą swoje akty urodzenia, dowody osobiste oraz paszporty i zastępują je własnoręcznie wykonanymi dokumentami, które informują, że są oni obywatelami Rzeszy Niemieckiej. Każdy jest opatrzony odpowiednim godłem i opisem. Według dziennikarzy „Deutsche Welle" średnia wieku typowego Obywatela Rzeszy wynosi ok. 50 lat. Częściej jest to mężczyzna niż kobieta. Mieszka raczej na wsi albo w małym miasteczku oraz należy do jednej z grup społecznych narażonych na wykluczenie.

– Są bardzo podzieleni, zarówno organizacyjnie, jak i ideologicznie. Łączy ich co prawda wiara, że RFN nie istnieje, a oni są Obywatelami Imperium, ale ich jedność kończy się, gdy mają odpowiedzieć, którego imperium dokładnie. Czy tego w granicach z 1937 r. czy może z 1871 r.? Bardzo często poszczególne grupy są ze sobą skonfliktowane – mówi w rozmowie z „Plusem Minusem" Bertolt Hunger, dziennikarz tygodnika „Der Spiegel", zajmujący się terroryzmem. Fragmentacja ruchu wynika również z faktu, że jego członkowie nie mogą się porozumieć co do tego, kto mógłby zostać Kaiserem stojącym na czele całej Rzeszy. Dlatego wielu Reichsbürger bierze sprawy w swoje ręce i zakłada własne „państwa". Miasto UR, Wolne Państwo Prusy, Druiden czy Drugie Imperium Niemieckie – to nazwy tylko części z nich. „The Economist" wyliczył, że na terenie Niemiec urzęduje obecnie 30 rywalizujących ze sobą kanclerzy, kilku książąt oraz co najmniej jeden król. Wszyscy mają własne flagi, wydają własne znaczki pocztowe, a nawet własną walutę. Często ziemie, nad którymi „panują", ograniczają się do ich mieszkania w bloku albo domu, choć zdarzają się wyjątki. W 2012 r. 51-letni kucharz Peter Fitzek na terenie opuszczonego szpitala pod Wittenbergą proklamował powstanie Królestwa Niemiec. Mężczyzna podczas uroczystej ceremonii sam koronował się na króla. Zdołał zebrać wokół siebie 600 osób, którym wydał specjalne dowody osobiste. Fitzek powołał do życia bank oraz kasę chorych, w których zebrał od swoich „poddanych" ponad 1,3 mln euro. Planował też założenie przedszkola, prywatnej szkoły oraz uniwersytetu. Zaczął nawet drukować pieniądze nazywane „aniołami".

Jego panowanie ostatecznie zakończyło się w 2016 r., gdy został skazany na trzy miesiące więzienia za oszustwa podatkowe. W tym roku za prowadzenie banku bez zezwolenia oraz zdefraudowanie pieniędzy usłyszał kolejny wyrok, tym razem trzech lat pozbawienia wolności. Władze, żeby przejąć kontrolę nad jego „królestwem", musiały wysłać do byłego szpitala ponad setkę policjantów. Z kolei w pubie w mieście Hildesheim w Dolnej Saksonii cyklicznie odbywają się posiedzenia „Rządu Rzeszy Niemieckiej na wygnaniu". Na czele liczącej 30 osób grupy stoi były mechanik, 74-letni Norbert Schittke, nazywający sam siebie tytułem Reichskanzler. Mężczyzna nosi czarny mundur, białe rękawiczki oraz szarfę. Jak piszą dziennikarze „Der Spiegel", przed każdym zebraniem uczestnicy muszą wyłączyć swoje telefony komórkowe. Jeśli tego nie zrobią, ich rozmowy mogą być podsłuchiwane przez CIA. Członkowie wspólnoty uważają kanclerz Angelę Merkel za „najbardziej dystyngowaną Żydówkę, która robi wszystko, by zniszczyć Rzeszę". Do tego negują Holokaust, a uchodźców nazywają kryminalistami i wyszkolonymi najemnikami, którzy mają rozpętać w Niemczech wojnę.

Małe rzesze mają własne flagi, wydają własne dokumenty, znaczki poczto...
Małe rzesze mają własne flagi, wydają własne dokumenty, znaczki pocztowe, a nawet własną walutę. Ich ziemie często ograniczają się do mieszkania albo domu, choć zdarzają się wyjątki.
Foto: AFP

„Obywatele Rzeszy" od lat prowadzą z urzędami korespondencyjną batalię, która ma na celu sparaliżowanie pracy administracji. W niemieckich mediach te działania zyskały nazwę „Papierterrorismus". Członkowie ruchu wysyłają tysiące pism ze skargami i roszczeniami w każdej możliwej sprawie. Niektóre potrafią mieć po kilkadziesiąt stron. Lokalni urzędnicy, niezależnie od tego, jak absurdalna jest treść listów, muszą odpowiedzieć na każdy z nich. Sytuacji nie poprawia fakt, że w internecie można znaleźć generatory dokumentów, co pozwala przy minimalnym wysiłku wyprodukować tysiące kopii. Zdarza się, że Reichsbürger wysyłają do wybranych urzędników orzeczenia o wyrokach śmierci, które wydały na nich fikcyjne sądy ludowe. Grożą w nich użyciem np. broni termonuklearnej, która rzekomo ma być w ich posiadaniu. Większość adresatów nie traktuje ich poważanie.

Podobnie podchodziła do nich Daniela Trochowski z ministerstwa finansów Brandenburgii. Pewnego dnia, jak pisze „Der Spiegel", w jej gabinecie zjawił się jednak nadawca takiego listu, który zrobił karczemną awanturę. Po tym incydencie ministerstwo zaczęło testować guziki alarmowe przy biurkach pracowników. Co ciekawe, choć Obywatele Imperium odmawiają płacenia podatków i negują istnienie RFN, to nie przeszkadza im to ubiegać się o świadczenia socjalne albo żądać odszkodowań za wyimaginowane szkody. Niemieccy dziennikarze odkryli, że roszczeń w imieniu członków ruchu dochodzi firma windykacyjna z siedzibą na Malcie.

– Były przypadki, gdy Reichsbürger skutecznie unikali płacenia mandatów albo abonamentu telewizyjnego i radiowego. Wynikało to nie tyle z ich silnej argumentacji, ile po prostu ze słabości urzędników, którzy nie orientowali się w przepisach – mówi prof. Czachur. Problem stał się na tyle poważny, że zainteresowały się nim m.in. niemieckie służby. – Federalny Urząd Ochrony Konstytucji (BfV) postanowił pomóc urzędnikom w radzeniu sobie z Obywatelami Rzeszy. W tym celu wydano specjalną broszurę informacyjną – mówi Hunger.

Drugi Breivik

Niemieckie władze bardzo długo traktowały Reichsbürger jako nieszkodliwych dziwaków, którzy nie chcą płacić podatków i wysyłają do urzędów bezsensowne listy. Pod obserwacją służb znajdowali się jedynie ci członkowie ruchu, którzy mieli powiązania z radykalną prawicą. To podejście zaczęło się zmieniać wraz z kolejnymi przypadkami stosowania przez nich przemocy. W kwietniu 2016 roku mężczyzna próbował rozjechać policjanta, który zatrzymał go do kontroli. Funkcjonariusz przeżył, ale kilka metrów był wleczony za samochodem. Sprawca tłumaczył później, że policjant nie miał prawa go kontrolować, ponieważ służy nieistniejącemu państwu. Z kolei kilka miesięcy później, w sierpniu, w jednym z miasteczek w kraju związkowym Saksonia-Anhalt doszło do potyczki między służbami a grupą Obywateli Rzeszy. Gdy komornik wraz z towarzyszącymi mu funkcjonariuszami przyszli pod dom byłego Mistera Niemiec Adriana Ursache, który ogłosił się władcą państwa Ur, kilkunastu jego zwolenników zaczęło rzucać w nich kamieniami. Potem otworzyli ogień. Rannych zostało dwóch policjantów oraz sam Ursache. W październiku 2016 roku w Salzwedel w środkowych Niemczech 43-letni mężczyzna odmówił urzędnikom zarejestrowania swojego psa, tłumacząc, że nie uznaje państwa niemieckiego i jego porządku prawnego. Gdy nie chciał opuścić urzędu, na miejsce wezwano policję. Mężczyzna zwyzywał wówczas funkcjonariuszy od nazistów i zaczął się z nimi szarpać. Jeden z oficerów trafił do szpitala z przetrąconym ramieniem. Wreszcie w tym samym miesiącu Wolfgang P. zamordował policjanta. Po tej tragedii minister spraw wewnętrznych Niemiec Thomas de Maiziere przyznał, że w ciągu kilku ostatnich lat zagrożenie ze strony Obywateli Rzeszy znacząco wzrosło, a co za tym idzie – powinni być baczniej obserwowani.

Problem w tym, że niemieckie służby zaczęły interesować się tym ruchem dopiero od listopada zeszłego roku, dlatego nie wiedzą nawet, ilu dokładnie liczy członków. BfV szacuje, że w całym kraju mieszka prawie 13 tys. Reichsbürger, z czego 700 to skrajnie prawicowi ekstremiści. Większość z nich ma pochodzić z Brandenburgii, Bawarii, Saksonii-Anhalt, Meklemburgii-Pomorza Przedniego oraz Badenii-Wirtembergii. Według dziennikarzy „Der Tagesspiegel" w samym Berlinie jest ich ok. 400. W styczniu tego roku policja weszła do domów kilkunastu Obywateli Imperium w całym kraju. Zatrzymano dwóch mężczyzn, którzy stali na czele grupy planującej zamachy na Żydów, uchodźców i policjantów. Podczas przeszukania ich mieszkań odkryto materiały wybuchowe i amunicję. Celem tej operacji było nie tylko zatrzymanie podejrzanych, ale również zebranie dalszych informacji o ruchu.

Dwa miesiące później funkcjonariusze przeprowadzili dwie podobne obławy. W ich wyniku zatrzymano łącznie pięć osób oraz zabezpieczono broń, w tym domowej roboty granaty. Podczas kolejnej akcji antyterroryści rozbili grupę prawicowych radykałów, którzy w lasach Turyngii organizowali paramilitarne obozy. Uczyli się na nich, jak używać broni palnej. W trakcie przeszukań policjanci poza bronią oraz amunicją znaleźli także materiały propagandowe. „The Independent" pisze, że wśród 13 aresztowanych osób jedna miała być członkiem Obywateli Rzeszy.

W kwietniu tego roku prokurator generalny RFN Peter Frank przyznał w wywiadzie dla „Badische Neusten Nachrichten", że część Reichsbürger może stwarzać zagrożenie terrorystyczne. Szczególnie niebezpieczne jest ich skrajnie prawicowe skrzydło. To ono według Franka jest „gotowe wystąpić zbrojnie przeciwko państwu niemieckiemu". Prokurator dodał jednocześnie, że nie odnosi się to do całego ruchu, który z powodu dużej defragmentacji nie może być traktowane jak organizacja terrorystyczna. Również szef BfV, podsumowując informacje zebrane przez służby, ostrzegł przed zagrożeniem. Hans-Georg Maaßen stwierdził, że zaniepokojenie budzi postępująca wśród członków ruchu radykalizacja oraz ich fascynacja bronią. Jak podkreślił, pod specjalnym nadzorem znajdują się ci z nich, którzy są powiązani z neonazistami. Sprawę zaczęto traktować poważnie również na szczeblu krajów związkowych. Minister spraw wewnętrznych Bawarii zapowiedział, że będzie się dokładniej przyglądał Reichsbürger. Z kolei rzecznik policji z Saksonii-Anhalt poinformował, że „wśród Obywateli Rzeszy wzrasta tendencja do używania przemocy fizycznej".

W Brandenburgii natomiast policja kryminalna zarejestrowała 440 osób związanych z Obywatelami Imperium i spodziewa się, że do końca roku ich liczba wzrośnie do pół tysiąca. Dla porównania w 2016 r. było ich tylko 300. Żeby zapobiec kolejnym atakom, ministrowie spraw wewnętrznych poszczególnych landów zapowiadają rozbrojenie członków ruchu oraz anulowanie ich pozwoleń na posiadanie broni. Wciąż nie wiadomo jednak, ilu posiada ją nielegalnie. Mimo tych działań część polityków krytykuje władze za zbyt długie ignorowanie problemu oraz brak konsekwencji i zdecydowania w działaniu. Tom Schreiber z SPD w rozmowie z „Der Tagesspiegel" przestrzega przed bagatelizowaniem problemu, bo nie ogranicza się on tylko do jednego kraju związkowego, a wśród członków ruchu postępuje radykalizacja. Zdaniem ekspertów jest to pokłosie szerszego zjawiska, jakim jest wzmacnianie się populistycznej i radykalnej prawicy na świecie. „Deutsche Welle" publikuje na swojej stronie dane Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, z których wynika, że o ile w 2014 r. przestępstw popełnionych przez ekstremistów odnotowano w Niemczech 10,5 tys., o tyle rok później było ich już prawie 14 tys. Z kolei „Der Tagesspiegel" pisze, że liczba działaczy skrajnej prawicy wzrosła w zeszłym roku do 23 tys. W tym samym roku miało miejsce 3,5 tys. ataków na uchodźców.

Dziennikarze obserwujący Reichsbürger ostrożnie oceniają zagrożenie, jakie mogą oni stwarzać dla Niemiec. – Do tej pory byli problemem tylko dla urzędników. Wydaje się, że ostatnie akty przemocy to cały czas sprawa indywidualna i nie dotyczy ona całego ruchu – mówi Hunger. Z kolei historyk i dziennikarz „Die Welt" Sven Felix Kellerhoff w rozmowie z „Plusem Minusem" stwierdza, że Obywatele Rzeszy powinni być bacznie obserwowani, bo w przyszłości mogą stać się naprawdę niebezpieczni: – Istnieje ryzyko, że przekształcą się w zaplecze dla skrajnie prawicowego terroryzmu. Gdyby ekstremiści np. z Narodowosocjalistycznego Podziemia mieli wsparcie i wpływy w takiej grupie, byliby o wiele bardziej niebezpieczni – tłumaczy. Tygodnik „Die Zeit" przytacza wypowiedzi oficerów BfV, którzy obawiają się, że kryminaliści i ekstremiści mogą używać ideologii Obywateli Imperium, by usprawiedliwiać swoje działania. Gazeta pisze wprost, że służby boją się, by nie pojawił się ktoś pokroju Andresa Breivika. „Der Spiegel" w internetowej ankiecie zapytał czytelników, czy ich zdaniem członkowie ruchu mogą być groźni. Z 20 tys. głosujących ludzi 70 proc. odpowiedziało, że tak.

Żeby zminimalizować niebezpieczeństwo, nie wystarczy jednak rozbroić Reichsbürger. Bertolt Hunger zwraca uwagę na ważną rolę, jaką odgrywa edukacja polityczna i walka z nonsensami, jakie głoszą członkowie ruchu. Niezbędne jest też oczywiście poddanie ich obserwacji przez tajne służby i policję, choć prof. Czachur nie liczy na bardzo zdecydowane działania władz wobec całego ruchu. – W Niemczech panuje przekonanie, że nie można zakazać takim ludziom się zrzeszać. Jest to podejście bardzo pragmatycznie. Jeśli działają otwarcie, łatwiej ich kontrolować i prześwietlać – mówi ekspert. Wydaje się zatem, że niemieccy podatnicy jeszcze długą będą musieli ponosić koszty walki z Obywatelami Rzeszy. Chyba że wcześniej krajem znów zacznie rządzić Kaiser.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE