Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Małgorzata Ostrowska: PiS może złamać wielu ludziom życie

Wiesław Kaczmarek, minister skarbu, i Małgorzata Ostrowska, sekretarz stanu, informujš o powołaniu Krajowej Spółki Cukrowej – Polski Cukier SA. 26 sierpnia 2002 r.
Reporter, Maciej Macierzyński
- Ci, którzy byli po stronie Leszka Millera, nie mieli odwagi tego powiedzieć, bo przewaga przeciwników była zbyt duża. Większoœć z nas, i ja także – co przyznaję ze wstydem – okazała się zwykłymi tchórzami - mówi Małgorzata Ostrowska, polityk SLD.

Plus Minus: W kwietniu 2015 roku, po zakończonym procesie o korupcję, na pytanie, czy nadal będzie pani aktywna na scenie politycznej, odparła pani: „Polityka, a po co, dla kogo, jestem teraz kamienicznikiem i jest mi z tym dobrze". A jesieniš wzięła pani udział w wyborach parlamentarnych. To jak to jest z tš politykš?

Małgorzata Ostrowska: Tamte słowa wynikały z mojej sprawy sšdowej, która toczyła się osiem lat. Byłam wtedy naprawdę zniechęcona do polityki. Ale zwierzę polityczne we mnie tkwi i bardzo szybko dało o sobie znać. Nie jestem w stanie zrezygnować z działalnoœci publicznej.

Została pani oskarżona o przyjęcie łapówki od członka mafii paliwowej, nazywanego królem Sztumu.

On się nazywał Piotr Komorowski. Faktycznie był członkiem mafii paliwowej. Wpadł na tym procederze i majšc w perspektywie odsiadkę, został małym œwiadkiem koronnym. Zeznawał w kilku procesach. Moim zdaniem odbywało się to tak, że prokuratorzy podsuwali mu nazwiska, którymi byli zainteresowani, a on jako inteligentny facet trafnie odczytywał ich intencje i opowiadał o rzekomych łapówkach. W tamtym czasie, w 2007 roku, było zapotrzebowanie na aferę z udziałem SLD, żeby tej partii za dobrze nie poszło w wyborach, i padło na mnie.

Dlaczego uważa pani, że była to akcja polityczna?

Na poczštku tak nie myœlałam, ale któregoœ dnia w Sejmie podszedł do mnie Jacek Kurski z PiS i powiedział, żebym się nie zdziwiła, gdy zostanę twarzš kampanii Prawa i Sprawiedliwoœci. Nie chciałam w to wierzyć, ale gdy pojawił się wniosek o uchylenie mojego immunitetu, to już nie miałam żadnych wštpliwoœci. Oczywiœcie dzisiaj Kurski w życiu się do tego nie przyzna, ale tak było. I pewnie rzeczywiœcie byłabym „gwiazdš" ich kampanii, gdyby na moje szczęœcie nie pojawiła się sprawa Beaty Sawickiej.

Przecież œledczy nie wymyœlili sobie zarzutów pod pani adresem. Ktoœ paniš obcišżył.

Oczywiœcie, zrobił to Piotr Komorowski. Powiem pani, jak wyglšda mechanizm takiej akcji: bierze się człowieka, sprawdza, z kim go można połšczyć, żeby rzucić na niego jakieœ podejrzenie, a potem do akcji wkraczajš dziennikarze i wszystko samo się nakręca. Ja miałam to szczęœcie, że nikt nie rzucił mi się do gardła, tylko rzetelnie przedstawiano fakty. Ale prokuratura szła w zaparte. Pani prokurator z Krakowa, wykorzystujšc tego „mafiosa", ułożyła historyjkę, że on chciał wyprać brudne pienišdze, kupujšc ziemię w moim rodzinnym Malborku, a ja za łapówkę miałam mu to ułatwić. To oczywiœcie nie miało miejsca. Owszem, poznałam tego człowieka. Przyprowadził go do mojego biura poselskiego powiatowy komendant policji, a więc osoba publicznego zaufania. Przedstawił mi go jako biznesmena, który chce zainwestować w Malborku. Co może być bardziej wiarygodnego? Komendant, być może żeby uwiarygodnić Komorowskiego, powiedział, że razem chodzili do szkoły, co póŸniej okazało się nieprawdš. Łšczyła ich tylko wspólna kochanka.

Mówi pani o komendancie policji, który najpierw paniš oskarżył o wzięcie łapówki, póŸniej się z tego wycofał, a na koniec popełnił samobójstwo?

Tak. On mnie przeprosił na sali sšdowej. Z powodu tej historii życie wielu ludzi legło w gruzach. Ja przez osiem lat tułałam się po sšdach, zanim zostałam oczyszczona prawomocnym wyrokiem.

A jak to się stało, że znała pani to szemrane towarzystwo?

Proszę pani, w małym miasteczku lokalna posłanka i komendant policji nie mogš się nie znać, skoro spotykajš się na wszystkich oficjalnych uroczystoœciach. Ale to nie znaczy, że wszystko o sobie wiedzš. Nie miałam pojęcia, że biznesmen, z którym prowadzał się komendant policji, jest członkiem mafii paliwowej. Obserwuję teraz działania PiS i boję się, że znowu wielu ludzi będzie miało złamane życie. Oni za wszelkš cenę chcš udowodnić, że jako jedyni sš ci dobrzy i walczš ze złem. Robiš z tego igrzyska dla ludzi, a u siebie nie widzš żadnych grzechów, żadnego kolesiostwa.

Co pani zdaniem można nazwać igrzyskami? Komisję reprywatyzacyjnš?

Z warszawskš reprywatyzacjš nie miałam nigdy do czynienia, więc trudno mi to ocenić. Jeżeli gdzieœ zostało przekroczone prawo, to kara musi być. Nie podoba mi się, że prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz odmówiła udziału w pracach komisji. Powinna wzišć odpowiedzialnoœć za to, co się działo w urzędzie, którym rzšdzi od tylu lat.

To gdzie sš te igrzyska? W komisji œledczej badajšcej aferę Amber Gold?

Nie. Nie chcę nikogo pomawiać, bo sama wiele przeszłam. Przestrzegam tylko, że takie rzeczy jak za pierwszych rzšdów PiS znowu mogš się wydarzać, bo ta partia ma inklinacje do tego typu działań.

Zasiadała pani w Sejmie 14 lat, od 1993 do 2007 roku. Jakie to były dla pani lata?

Bardzo fajne. Po pierwsze, ogromnie dużo się nauczyłam. Po drugie, w tamtej kadencji było dużo życzliwoœci. Ludzie do siebie lgnęli. Nie było żadnych dyktafonów, zdjęć, setek w telewizji, goršcych informacji na kolorowych paskach. Œwiat wyglšdał zupełnie inaczej. Ludzie nie bali się siebie nawzajem. Dziœ się bojš, dlatego obecne ugrupowania majš taki sekciarski charakter. Ale były też przykre historie, np. oskarżenie naszego premiera Józka Oleksego o szpiegostwo. Przeżyliœmy to bardzo, bo znaliœmy go dobrze i lubiliœmy. Jednak w niektórych ludziach oskarżenia Andrzeja Milczanowskiego zasiały ziarno wštpliwoœci.

A pani wierzyła w winę Oleksego?

Nie. Nigdy nie miałam wštpliwoœci, że jest niewinny. Wiedziałam, że jest gawędziarzem, czasami nagina fakty, bo miał bujnš fantazję ale nigdy nie sprzeniewierzyłby się Polsce. Zresztš te oskarżenia były tak grubymi nićmi szyte, że dziecko by rozpoznało prowokację. Uważałam, że z powodu tych oskarżeń Oleksy nie powinien był odchodzić z urzędu premiera. Pozbawił się narzędzi do wyjaœnienia sprawy. Poza tym był naprawdę dobrym premierem. Œwietnie potrafił zarzšdzać państwem.

Po odejœciu Oleksego z rzšdu wybraliœcie go na przewodniczšcego waszej partii, ale uczestnicy Rady Krajowej, na której się to odbyło, nie wyglšdali wówczas na szczęœliwych.

Nie było powodów do radoœci. Trzeba pamiętać, że po raz pierwszy zetknęliœmy się z takš aferę. Jak już mówiłam, częœć posłów zwštpiła w uczciwoœć Oleksego. To, że wtedy wybraliœmy Józka, było przejawem koleżeńskoœci, bo wiedzieliœmy, że ta sprawa może nas „zdołować". Ale postšpiliœmy słusznie. Szkoda, że tak się nie zachowaliœmy, gdy Leszek Miller był w kłopotach.

Ma pani na myœli ten czas, gdy rzšdziliœcie po raz drugi i kierownictwo SLD pod wpływem afery Rywina zmusiło Millera do wyboru, czy chce być szefem rzšdu czy partii?

Tak. Pamiętam doskonale ten smutny dzień. Wszystko działo się na Rozbrat. Gdy Leszek zrezygnował z kierowania partiš, odniosłam wrażenie, że sami przeraziliœmy się tego, co zrobiliœmy. Na tamtš Radę Krajowš przybyło wielu działaczy terenowych i widziałem, że dla nich to było smutne i przygnębiajšce zdarzenie.

Dlaczego pani zdaniem Miller się ugišł i ustšpił z funkcji szefa partii?

Jego racji do końca nie poznałam. Nie wiem, może zrobił to, bo był rozżalony. Może liczył, że w tamtej chwili zachowamy się tak, jak kiedyœ przy sprawie Józka Oleksego, że staniemy za nim murem. A tymczasem okazało się, że każdy myœlał głównie o sobie i chciał bronić przede wszystkim siebie. Odejœcie Millera to był poczštek końca naszej formacji. Trudno było przekonywać wyborców, że jesteœmy w porzšdku i nasz premier też jest w porzšdku, skoro sami pozbawiliœmy go funkcji szefa partii.

Czyli Miller został zrzucony z sań na pożarcie wilkom?

Tak to wyszło. I wcale się nie dziwię, że potem był szczerze rozgoryczony i odszedł z SLD. Człowiek, który budował formację od zera, zasługiwał na coœ więcej.

Czy na tamtej Radzie Krajowej wyraziła pani swój sprzeciw wobec odsunięcia Millera od kierowania partiš?

Nie. Ci, którzy byli po stronie Millera, nie mieli odwagi tego powiedzieć, bo przewaga przeciwników była zbyt duża. Większoœć z nas i ja także – co przyznaję ze wstydem – okazaliœmy się zwykłymi tchórzami. Wie pani, ja nie byłam w PZPR i nie znałam tych ludzi. Ale pamiętam, jak przyjechali w 1991 roku do Malborka szukać kandydatów do parlamentu. Nie bali się kontaktu z ludŸmi, szukali osób wyróżniajšcych się, które dałoby się przekonać do ich wizji Polski. I to im się udawało, bo byli autentyczni. Miller, Oleksy, Jerzy Szmajdziński, który mnie wcišgnšł do polityki – ci ludzie wykonali gigantycznš pracę na rzecz formacji i byli autentycznie przyjaciółmi. A póŸnej zaczęli się podgryzać i to było smutne.

To podgryzanie zaczęło się chyba od konfliktu Aleksandra Kwaœniewskiego z Leszkiem Millerem. Kwaœniewski inspirował rozmaite działania przeciwko Millerowi.

To prawda. Chcę wierzyć, że nie chodziło o małostkowe ambicje, tylko o przeprowadzenie lewicy przez kryzysy. Stšd się wzięła najpierw Socjaldemokracja Polska, która powstała po rozłamie w SLD, a potem rozmaite koalicje. Oddawaliœmy na rzecz koalicjantów najlepsze miejsca na listach, by na koniec zostać z rękš w nocniku. Kwaœniewski na pewno miał dobre intencje, starał się podtrzymać porozumienie okršgłostołowe, poza tym nie chciał, żeby SLD stał samotnie w kšcie z etykietš formacji postkomunistycznej. Pytanie, czy ludzie doroœli do takiego długofalowego myœlenia. Bo poza ideš jest życie codzienne. Jeżeli ludzie angażujš się w jakieœ działanie, to patrzš też, czy ich życie dzięki temu będzie lepsze. A w koncepcjach Kwaœniewskiego nie było miejsca na takie myœlenie.

Wiesław Kaczmarek powiedział kiedyœ, że jest pani ewenementem, bo mimo wykształcenia humanistycznego stała się pani ekspertkš gospodarczš. A to dzięki ciężkiej pracy w komisjach sejmowych.

To prawda. W kadencji 1993–1997 pracowałam w Komisji Przekształceń Własnoœciowych i w komisji nadzwyczajnej ds. komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych. A w następnej kadencji, kiedy byliœmy w opozycji, pracowałam w Komisji ds. Uwłaszczenia i Prywatyzacji. Wtedy toczyliœmy spory z posłami AWS o ideę powszechnego uwłaszczenia. Oni byli przejęci misjš tworzenia programu uwłaszczeniowego, a w ciszy gabinetów dokonywano różnych zmian m.in. w sektorze bankowym.

Co się takiego działo w ciszy gabinetów?

Proszę sobie przypomnieć chociażby skandalicznš sprzedaż PZU, którš póŸniej latami odkręcano. Absurdalnie niskš wycenę przedsiębiorstwa, jego sprzedaż konsorcjum Eureko, które nigdy wczeœniej nie zajmowało się ubezpieczeniami, miało tylko trochę udziałów w towarzystwach ubezpieczeniowych. Poza tym tej prywatyzacji towarzyszyły rozmaite bulwersujšce wydarzenia, np. podróż Mariana Krzaklewskiego, szefa Klubu AWS, do Portugalii, gdzie doszło do jego spotkania z prezesem Eureko. Proces sprzedaży PZU był przygotowany przez pana Krzaklewskiego. Myœmy wtedy z Wiesławem Kaczmarkiem byli w podkomisji i pamiętam, jak wiele było wštpliwoœci co do tej transakcji.

Uważa pani, że idea powszechnego uwłaszczenia była mydleniem oczu wyborcom, zasłonš dymnš dla dużych prywatyzacji?

Tak bym nie powiedziała. To było pocišgnięcie idei Lecha Wałęsy z kampanii 1990 roku, że każdemu coœ się należy z majštku narodowego. Osobiœcie nie miałam nic przeciwko powszechnemu uwłaszczeniu. Ale jeżeli chce się kogoœ uwłaszczyć, to trzeba wiedzieć na czym, a więc najpierw należało przeprowadzić inwentaryzację mienia Skarbu Państwa, a tego nie było. Nie było nawet metodologii szacowania wartoœci majštku. To był niedopracowany pomysł. Fajny na wiece wyborcze, ale nic poza tym. Nie miał też waloru nowej jakoœci, która skierowałaby gospodarkę na lepsze tory. Spółki pracownicze, które wówczas powstały dzięki przekazywaniu załodze udziałów w przedsiębiorstwach, nie sprawdziły się, bo pracownicy, gdy tylko mogli zbywać udziały, to je natychmiast sprzedali. I bardzo szybko większoœć tych przedsiębiorstw została w ten sposób sprywatyzowana.

Program waszego rzšdu SLD–PSL – narodowe fundusze inwestycyjne – też nie popchnšł gospodarki na nowe tory.

Zgoda, spektakularnych osišgnięć dzięki temu programowi nie było. Ale trzeba pamiętać, że on obejmował tylko grupę przedsiębiorstw, częœć w bardzo trudnej sytuacji. Dla nich to była szansa obniżenia kosztów działalnoœci dzięki jednolitemu systemowi zarzšdzania i zaopatrywania. Sęk w tym, że mocniejsze spółki, które podtrzymywały te słabsze, zaczęły się buntować.

Większoœć przedsiębiorstw z tego programu upadła i podobno z góry to zakładano. Chodziło o to, żeby nie obcišżać tymi upadłoœciami rzšdu.

Taki argument też padał przy tworzeniu NFI. Jednak wiele firm chciało przystšpić do tego programu. Pamiętam, że gdy już nabór był zamknięty, to jeszcze przedsiębiorstwa zabiegały o wcišgnięcie ich na listę, bo uważały, że to jest jedyna szansa na przedłużenie ich istnienia. Tu kłaniał się też rynek usług finansowych.

Co pani ma na myœli?

To był czas, kiedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy odmówił nam kilku pożyczek i nie mieliœmy jak podtrzymywać tych małych firm oraz lokalnego rynku pracy. Konkurencja zagraniczna szybko wyczuła, że można zajšć miejsce polskich firm, i tak się stało. W latach 90. w sklepach dominowały pięknie opakowane zachodnie towary, a krajowych nie było. Na szczęœcie z czasem to się zmieniło.

Uważa pani, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy odmawiał Polsce pożyczek, żeby stworzyć możliwoœci wejœcia na nasz rynek zachodnim firmom?

Myœlę, że tak, bo wtedy cały czas epatowano nas kapitałem zagranicznym, przekonujšc, że skoro Polska własnego kapitału nie ma, musi wpuœcić obcy. I faktem jest, że tego kapitału nie miał ani rzšd, ani system bankowy, bo ludzie nie mieli oszczędnoœci.

Pożarła je hiperinflacja z poczštku lat 90.

To też, ale w ogóle nasze zasoby finansowe były wówczas mizerniutkie. Nigdy nie zapomnę, jak pojechałam po raz pierwszy do City w Londynie i pokazano mi centrum rozliczeniowe całego œwiata – całe sale pełne komputerów. A gdzieœ w częœci peryferyjnej stało pięć komputerów i na jednym z nich były dane z Polski. To mi uœwiadomiło, w jakim miejscu œwiata jesteœmy. Dlatego kapitał zagraniczny się do nas pchał. Niestety, nie ten wielki, tylko drobny. Masa małych przedsiębiorców zakładała spółki i opanowywała rynek. Dużego kapitału, który byłby gwarancjš dla dużych przedsięwzięć, nie było, więc wymyœlało się różne hybrydowe programy typu NFI, żeby pokazać, że coœ wartoœciowego u nas jest.

W 2001 roku, kiedy Leszek Miller został premierem, pani została wiceministrem skarbu przy Wiesławie Kaczmarku. Jak z pani punktu widzenia wyglšdała afera Orlenu, czyli zatrzymanie przez UOP prezesa spółki Andrzeja Modrzejewskiego? Czy minister Kaczmarek opowiadał pani o tej sytuacji? O rozmowach z Kwaœniewskim, Millerem i biznesmenem Janem Kulczykiem?

Mogę powiedzieć tylko tyle, że różnica zdań między wymienionymi panami a ministrem Kaczmarkiem była duża. Kaczmarek nigdy nie ukrywał, że był przeciwny zatrzymaniu Modrzejewskiego i to była przyczyna jego sporu z premierem.

A dlaczego ujawnił prawdę o zatrzymaniu Modrzejewskiego dwa lata po tamtych wydarzeniach?

Moim zdaniem chciał być lojalny wobec premiera, ale nadszedł moment, gdy merytorycznie przestał się zgadzać z wieloma decyzjami, i stšd jego decyzja.

Odeszła pani z resortu skarbu razem z Kaczmarkiem, ale póŸniej jeszcze raz została pani wiceministrem, tym razem gospodarki, w rzšdzie Marka Belki.

To był już schyłek naszych rzšdów. Ludzie uciekali z ministerstw. Mieliœmy kłopot, żeby obsadzić wszystkie polityczne wakaty, bo podsekretarze stanu już się rozglšdali za nowym miejscem pracy na czas po wyborach. W rzšdzie też zamykaliœmy pomału działalnoœć i raczej jš podsumowywaliœmy, niż rozwijaliœmy nowe projekty. Ale i tam toczyły się spory kompetencyjne między ministerstwami Skarbu i Gospodarki. A że ja byłam w obu resortach, to bardzo się przydałam ministrowi gospodarki Jackowi Piechocie w wygrywaniu tych sporów.

O co się spierał skarb z gospodarkš?

O wszystko. O każde miejsce w radzie nadzorczej, o każdš koncepcję zwišzanš ze zmianami w jakimœ sektorze – szczególnie w węglu i stoczniach. Wtedy zaczęły się procesy przejmowania spółek przez poszczególnych ministrów, co uważałam za szkodliwe dla tych spółek. Państwo powinno dbać o majštek publiczny jak o własny, a nie rozdawać go według klucza – kto ma większe wpływy polityczne, ten chwyta więcej. W obecnym rzšdzie to widać najlepiej.

Ostatnia pani kadencja w Sejmie to były lata 2005–2007. Zasiadała pani w komisji œledczej ds. prywatyzacji banków. Jak tam było?

Œmiesznie. Przewodniczšcy tej komisji Artur Zawisza był okropnie zacietrzewiony. Nie wybrał sobie żadnego konkretnego zarzutu do zbadania, tylko postawił tezę, że ktoœ specjalnie niszczył cały system bankowy w Polsce. Dlatego postanowił zbadać wszystko. Spływały do nas tony dokumentów, a w swoim zacietrzewieniu poseł Zawisza wpisywał na listę œwiadków nawet osoby już nieżyjšce. Sama pani rozumie, że efektów naszej pracy być nie mogło. Komisja zmarła œmierciš naturalnš, bez żadnych ustaleń.

Pani do dzisiaj jest członkiem SLD. Dlaczego, gdy doszło do rozłamu w partii, nie przeszła pani do SdPl? Była pani jednš z tych postaci, które mogły się zmieœcić w tamtej formacji.

To prawda. Byłam blisko z Markiem Borowskim i Jolš Banach, ale nie lubię kłamstwa i szalbierstwa, a na tym zbudowano SdPl. Przed powstaniem tej formacji odbyła się Rada Krajowa SLD, na której zaproponowano Markowi i Joli wejœcie do Zarzšdu Krajowego partii. Oboje wówczas ostentacyjnie odmówili. PóŸniej się okazało, że mieli już w zanadrzu projekt Socjaldemokracji Polskiej. To niby był jeden z tych pomysłów na przeprowadzenie lewicy przez najgorsze pola minowe – tak póŸniej tłumaczyła to Jola Banach. Ale oni popełnili błšd, bo wybrali sobie 16 osób, które miały być liderami wojewódzkimi i nie zostawili miejsca dla innych, którzy też mieli ambicje przywódcze. Nie chcieli konkurencji na swoich listach wyborczych i przegrali. Zgubił ich egoizm.

rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

Małgorzata Ostrowska – posłanka na Sejm czterech kadencji, do 2007 roku. Była wiceminister skarbu i gospodarki. W 2013 roku uniewinniona od zarzutu przyjęcia korzyœci majštkowej od członka tzw. mafii paliwowej. Potem bezskutecznie startowała do Senatu, Parlamentu Europejskiego i Sejmu

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL