Onyszko w rozmowie z Kołodziejczykiem: sam sobie przyprawiłem gębę

aktualizacja: 08.07.2017, 13:02
Arkadiusz Onyszko
Arkadiusz Onyszko
Foto: PAP/EPA

– Ludzie widzieli we mnie diabła. Na zdjęciach wyglądałem na opętanego. Złe emocje wróciły do mnie z taką siłą, że upadłem i nakryłem się nogami – mówi Michałowi Kołodziejczykowi były bramkarz, dziś trener Arkadiusz Onyszko.

REDAKCJA POLECA

Rz: Nadal nienawidzi pan gejów?

Nie mam nic przeciwko homoseksualistom. Znam paru chłopaków, którzy są tej orientacji i nie mam z tym żadnego problemu.

Duża zmiana.

Nie można mówić, że się kogoś nienawidzi. Nigdy.

Dlaczego?

Bo wszystko wraca. Wszystkie złe emocje wylane przeze mnie w autobiografii, która powstawała w trudnym okresie życia, wróciły z taką siłą, że jak we mnie walnęły, to nakryłem się nogami.

Chciałby pan cofnąć czas?

Dziś nie napisałbym tej książki. Powstanie „Fucking Polak" zniszczyło wiele rzeczy, dorobek mojej dziesięcioletniej pracy w Danii. Straciłem sympatię ludzi. Później miałem tylko pod górkę.

To po co ją pan pisał?

Teraz, kiedy już jestem po czterdziestce, stać mnie na spojrzenie z dystansu. Wydaje mi się, że wtedy nastąpiła we mnie kumulacja.

Czego?

Emocji. Frustracji. Sam sobie przyprawiłem gębę i chyba musiałem dostać od życia mocnego kopniaka, żeby to do mnie dotarło. Tłumaczenia nic by nie dały, nie zrozumiałbym. Dotknąłem, sparzyłem się i zrozumiałem. W Danii znalazłem się sam, byłem chłopakiem z Polski. Czułem, że traktują nas tam jak zaścianek. Chciałem udowodnić, że tak nie jest. Na siłę, nie wiem po co.

Czuł się pan samotny?

Kiedy Polak jedzie za granicę, musi pokazać klasę większą od obywatela kraju, do którego przyjeżdża. Trzeba udowodnić, że jest się lepszym, na każdym treningu wypruwać sobie żyły, prosząc o akceptację. A u nas jest inaczej – u nas kogoś zza granicy traktuje się lepiej niż Polaka. I to my, Polacy, dostosowujemy się do naszych gości. Ta książka była trochę jak głośny krzyk.

Co pan krzyczał?

„Dostrzeżcie mnie w końcu!". Taki kompleks. Czułem się wtedy gorszy jako Polak, czyli pijak i złodziej. Nie mogłem się z tym pogodzić, nie miałem żadnych kontuzji, świetnie się prowadziłem, zawsze byłem przygotowany do treningu. Zostawiałem na boisku 100 procent siebie, całe serce, a jednak mnie nie zauważano. Wylałem swoją złość, tak trochę na zasadzie, że jeśli nikt mnie nie docenia, to docenię się sam.

To była złość na Duńczyków?

Na wszystkich. W Polsce też mnie przecież nikt nie dostrzegał. Byłem najlepszym bramkarzem duńskiej ligi, a powołań do reprezentacji nie dostawałem. Bronili Artur Boruc, Tomasz Kuszczak, Jerzy Dudek, Wojciech Kowalewski – szczęścia nie miałem. Nikt nawet nie chciał mnie sprawdzić, dać szansy.

Dostrzeżono pana za to bardzo szybko po publikacji książki.

Najgorsze, że wtedy chyba najbardziej potrzebowałem pomocy. W klubie wzięto mnie na rozmowę prosto ze śniadania, nazwano stratą wizerunkową i potraktowano jak śmiecia. Jakby ktoś krzyknął mi w twarz, żebym już sobie poszedł.

Tylko przez zdanie o homoseksualistach?

Brak akceptacji dla gejów był dla nich największym ciosem, to zdanie było całkowicie nie do przyjęcia. Nie mieściło się w ich społecznych normach.

No, bo to była dyskryminacja.

To była bzdura rzucona przez chłopaka, piłkarza. W ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że jedno zdanie wywoła tyle emocji, że będzie taki oddźwięk. W tamtym momencie w Danii nie dostałbym nigdzie pracy, nie mógłbym nawet sprzątać. Wydawać by się mogło, że na Zachodzie to taka wolność jest, że możesz mieć takie zdanie, jakie ci się podoba. To nieprawda. Trzeba bardzo uważać na swoje słowa. Okazało się, że w sporcie nie liczy się forma na boisku, ale to, co się myśli o gejach. Byłem zdziwiony, bo przecież wcześniej w Danii jedna z gazet opublikowała karykaturę Mahometa i nie widziano w tym niczego niestosownego. Duńczycy tłumaczyli, że są wolnym narodem, więc pomyślałem, że mówią prawdę. Zapłaciłem za to ogromną cenę.

Gej w piłkarskiej szatni – to możliwe?

Grałem w piłkę tyle lat i nikt się nie przyznał. W Polsce byłoby to okropnie trudne, nie wyobrażam sobie.

A w Danii?

Nie byłoby problemu. Zauważyłem, że są nawet jakieś akcje robione przez duńską federację, kapitanowie grają z tęczowymi opaskami na ręku, a piłkarze noszą różowe sznurówki. Myślę, że takie happeningi na boiskach naszej ekstraklasy by nie przeszły, bo to już nie jest okazywanie tolerancji, tylko promocja homoseksualizmu. Ale zupełnie mnie to nie boli. Ich kraj, mogą robić, co chcą.

Tak po prostu wyrzucili pana z klubu?

No nie, to Dania, tam kontrakt jest święty i nie ma możliwości, by go rozwiązać. Powiedziano mi, że po prostu nie mogę przychodzić na klubowe obiekty. Miałem siedzieć w domu i trenować na własną rękę.

I co pan zrobił?

Zacząłem szukać klubu. Pojawiła się oferta z Plymouth Argyle, poleciałem do Anglii, ale nikt na mnie nie czekał na lotnisku. Rozładowała mi się bateria w telefonie, nie miałem przejściówki na brytyjskie kontakty, pożyczałem od kogoś. Zastanawiałem się, czy o mnie zapomnieli, czy powinienem być w innym miejscu. Kiedy w końcu dodzwoniłem się do swojego menedżera, dowiedziałem się, że oferta jest już nieaktualna, bo prezes Plymouth jest gejem. Wróciłem do Danii.

Co się działo w pana głowie?

Zabijałem myśli treningiem. Chodziłem na siłownię i czekałem na telefon.

Dzwonił?

Delikatnie mówiąc, nie było wielu chętnych, by mnie zatrudnić. W Polsce wszystkie gazety były wtedy mocno lewicowe, a ja miałem kiepski wizerunek. Robert Biedroń przychodził do telewizji i mówił, żeby mnie bojkotować. Prezesi bali się Onyszki, bo zobaczyli zdjęcia z okładek gazet, na których wyglądałem jak opętany. Słowo pisane ma olbrzymią moc, nikt mnie po tylu latach nieobecności w kraju nie znał, a wszyscy wierzyli dziennikarzom. W końcu odezwała się Odra Wodzisław, która broniła się przed spadkiem. Potrzebowała doświadczonego bramkarza i wystarczyło kilka meczów bez puszczonego gola, by kibice zaczęli we mnie widzieć po prostu bramkarza, a nie diabła.

Odnalazł się pan w Wodzisławiu?

Miałem łzy w oczach, kiedy tam dotarłem. W Danii wszystko nowe, czyściutkie, a tu jakiś smog unosił się nad miastem, wszędzie zapach węgla czy koksu, ze 20 stopni na minusie, w budynku kable na wierzchu wisiały. „Boże kochany, gdzie ja jestem" – głośno pytałem. Byłem załamany, jednak po miesiącu, kiedy zrobiło się cieplej, dotarło do mnie, że właśnie przeżywam jeden z fajniejszych okresów w życiu. Ludzie w Wodzisławiu okazali się fantastyczni, Ślązacy są bardzo pomocni, atmosfera w drużynie była znakomita. Biednie było, ale do trenera Marcina Brosza na zajęcia przychodziło się z przyjemnością. No i do tego zaczęliśmy wygrywać, nawet na Legii 1:0. Wszyscy uwierzyliśmy, że utrzymamy się w ekstraklasie.

Ale spadliście.

Pechowo.

Przypomniał pan o sobie w lidze?

Tak, dzwoniły inne kluby, ludzie zobaczyli, że żyję w bramce, że dyryguję obroną, że jestem w formie. Odebrałem telefon od Józefa Wojciechowskiego z Polonii Warszawa. I znowu „bum".

Od razu głośne?

Normalne badanie krwi przed wyjazdem na obóz do Austrii pokazało, że wiele norm mam przekroczonych o dwieście procent. Rzeczywiście nie czułem się najlepiej. Treningi u Jose Marii Bakero były ciężkie, dużo biegaliśmy przy 40-stopniowym upale. Trochę mi się ręce trzęsły i nie mogłem utrzymać talerza, ale myślałem, że to przemęczenie.

Jaka była diagnoza?

Poszliśmy do nefrologa. Pani doktor zobaczyła tylko wyniki badań i powiedziała, że potrzebny jest przeszczep nerki. Dziwiła się, że w ogóle widzę, bo przy takim zakażeniu toksynami często atakowany jest wzrok. Nie było szans na żadną kurację lekami.

Jak pan zareagował?

Ugięły mi się nogi, byłem załamany. Ale pojechałem do hotelu i zadzwoniłem do rodziców. Powiedziałem, jaka jest sytuacja i obiecałem, że rozpocznę walkę. Natychmiast odezwałem się do brata, Jacka, pytając czy byłby gotowy oddać mi nerkę. Zgodził się, więc myślałem, że przeszczep zostanie szybko przeprowadzony i wrócę do treningów. Bóg chciał inaczej, musiałem czekać na innego dawcę.

Długo?

Najgorsze było właśnie to, że tak naprawdę nie wie się, jak długo trzeba będzie czekać. Co drugi dzień chodzisz na pięć godzin na dializy, kłują cię igłami, igły są bardzo długie, a w głowie siedziało pytanie, czy w ogóle dam radę z tego wyjść. W ogóle nie oddawałem moczu, bo ściągali ze mnie całą wodę. Skóra miała trochę żółtawy kolor, maszyna nie wyciągała wszystkich toksyn tak jak nerki.

Były chwile załamania?

Były. Ale gdzieś tam postawiłem sobie cel i widziałem światełko w tunelu. Czekałem na telefon prawie trzy lata. Zadzwonili o dziesiątej wieczorem ze Szczecina. Jest nerka. Zatkało mnie, ale była przy mnie Kasia. Mogliśmy czekać do rana na transport helikopterem, wsadziła mnie jednak do samochodu i od razu ruszyliśmy. Z pięciomiesięcznym dzieckiem. Miałem od Kasi olbrzymie wsparcie, uznaliśmy, że musimy działać szybko. Wiem, że nerkę dostałem od kobiety, po pięćdziesiątce. Chociaż pytałem o więcej szczegółów, lekarze odmówili mi informacji.

Bał się pan samego przeszczepu?

Nie miałem chwili zwątpienia. Przemek Saleta (bokser, który oddał nerkę córce – red) powiedział kiedyś, że sportowcy mają w sobie waleczność, coś, co nie pozwala nam się zatrzymać. Normalni ludzie czasami się poddają. Nie rozumiem tych, którzy czekają na przeszczep, a gdy dowiadują się, że znalazł się dawca, rezygnują. Ze strachu. Dla mnie to rezygnacja z normalnego życia.

Jak pan funkcjonował przez te trzy lata oczekiwania na zabieg?

Co dwa dni meldowałem się w szpitalu. Jak czekałem na dializę, to czułem, że mam tak dużo wody w organizmie, że aż ciężko mi się oddychało. Od tych toksyn cały czas byłem zdenerwowany, wkurzony. Jak jechałem gdzieś w Polskę, choćby do rodziców, musiałem dzwonić po stacjach dializ, pytając czy znajdą dla mnie miejsce. Swoją drogą to jest u nas nieźle zorganizowane, bo nikt mi nigdy nie odmówił. Kasia tylko miała ze mną ciężko, młoda dziewczyna, a musiała znosić te wszystkie humory. Dzielna była, mocno pozytywna. Cały czas mi powtarzała, że razem z tego wyjdziemy.

Podobno ciągle pan spał?

To było jeszcze przed dializami. Funkcjonowałem jak w stanie ostrego zatrucia. Mogłem zasnąć w każdej chwili, pod koniec zmagałem się z wysoką gorączką. Ktoś mi powiedział, że to jest taki stan, że nawet mózg puchnie i właśnie tak się czułem. Nagle zawalił się świat, w którym żyłem. Nie tak, jak u innych zawodników, którzy decydują się zakończyć karierę i mogą się do tego spokojnie przygotować – u mnie wszystko działo się gwałtownie. Dowiedziałem się, że nie tylko nici ze sportu, ale że do końca życia będę inwalidą, że będę zmagał się z chorobą. Niby już jestem po przeszczepie, ale co trzy miesiące muszę przyjeżdżać do Warszawy na kontrolę. Zawsze jest jakieś ryzyko, że z nerką będzie się działo coś niedobrego. Może nagle znowu przestanie pracować i trzeba będzie wrócić na dializy.

Nabrał pan dystansu do życia?

Ogromnego. Muszę myśleć, co będzie dalej, co będzie się działo ze mną i moją rodziną.

Podobno wiara w Boga stała się teraz dla pana ważna.

Zawsze była, po prostu do niej wróciłem. Zacząłem sobie przypominać swoją młodość. Jako dzieciak chodziłem do kościoła, rodzice wysyłali mnie co tydzień, przystępowałem do komunii. Szedłem z Bogiem przez życie do wyjazdu do Danii. Tam zacząłem żyć inaczej, spodobało mi się, że wszystko jest takie łatwe i proste.

Co na przykład?

Na przykład związki pomiędzy kobietami i mężczyznami. Nie ma za dużo bajerowania – „pach-pach" i każdy idzie w swoją stronę. Odwróciłem się od Boga i wszystko mi się totalnie zawaliło. Poczułem się źle, bardzo osamotniony.

Teraz jest lepiej?

Z Bogiem czuję się pewniej, czuję, że cały czas ktoś stoi za moimi plecami i nie jestem sam. Jeśli mam jakiś problem, to potrafię się modlić, choćby jadąc samochodem. Rozmawiamy sobie, Bóg mnie wysłuchuje i naprawdę wiele rzeczy zmieniło się na plus. Nie ma w tym przypadku, że poznałem Kasię, że nie zostawiła mnie w trudnych momentach.

Jak się poznaliście?

W Złotych Tarasach (galeria handlowa w Warszawie – red).

Banalnie.

No nie do końca, bo stała na parkingu naprzeciwko mnie i zaczęło się od uśmiechu. A później goniłem ją przez całe miasto. Skutecznie, bo już taki jestem, że jak sobie coś zaplanuję, to będę tak długo walczył, aż osiągnę cel. Mamy cudownego syna Julka, który ma już pięć lat i jak patrzę na Kasię, dla której to jest pierwsze dziecko, to jestem pełen podziwu, jak świetnie sobie radzi z wychowaniem.

Z pierwszego małżeństwa ma pan dwóch, dorosłych już synów.

Na spotkanie z panem przyleciałem prosto z Danii. Widziałem się z nimi po długim czasie.

Jak długim?

Starszego nie widziałem siedem lat, młodszego pięć. Bałem się tego spotkania, ale jakoś się udało. To już dorośli faceci, jeden ma 24, a drugi 19 lat. Padły trudne pytania, chłopcy mają uzasadniony żal, ale zachowali się z ogromną klasą i dojrzałością. Mieszkają na co dzień w Odense, ale świetnie mówią po polsku, starszy ma nawet naszego orła wytatuowanego na ramieniu. Studiuje ekonomię, taki mocno ogarnięty jest. Młodszy nie wie jeszcze, co w życiu będzie robił.

Uderzył pan żonę, został skazany przez duński sąd...

Przez 15 lat byliśmy razem, przeżyliśmy wiele dobrego. Przeprosiłem żonę w książce i podziękowałem jej za wspólne chwile. Powiedziałem już, że brzydzę się swoim zachowaniem. Nie rozumiem dlaczego to się wydarzyło, dlaczego tak postąpiłem. Wyrządziłem ogromną krzywdę całej rodzinie, dzieci były przecież małe. I później nie miały ojca. Rozumiem chłopaków, że mają żal, staram się teraz to wszystko jakoś naprawić.

Dostał pan wyrok trzymiesięcznego więzienia.

Nigdy wcześniej nie byłem notowany, nigdy nikomu nie zrobiłem żadnej krzywdy. Oczywiście, zachowałem się fatalnie, ale od razu bardzo mocno mnie ukarano. Nie rozumiałem tego. Nie spowodowałem uszczerbku na zdrowiu, nie wpadałem co weekend nawalony, nie rozstawiałem po kątach. To były emocje, jakieś chwile zazdrości, ale kara nie wydawała mi się adekwatna do przewinienia. Z tych trzech miesięcy jeden musiałem albo przesiedzieć w jakimś zakładzie, albo zgodzić się na specjalną opaskę na nodze.

Chodził pan z ta opaską na treningi?

Tak. Miałem zgodę. Chodziło o to, żebym normalnie funkcjonował, pracował.

Wyciągnął pan wnioski z tamtych wydarzeń?

Teraz bardziej wiem, co to znaczy być ojcem i mężem, mieć własną rodzinę i wziąć za nią odpowiedzialność. Kiedy żeniłem się za pierwszym razem, byłem gówniarzem. Miałem 19 lat, nie wyszalałem się w życiu. Tylko piłka, treningi, nie było normalnego życia. Wyjechałem do Danii, zyskałem trochę popularności, zacząłem więcej zarabiać i nagle wszystko się rozsypało. Było za późno, żeby ratować. Wyrządziłem krzywdę i komuś innemu, i sobie.

Z czego pan żył, czekając na przeszczep w Polsce?

To była stresująca sytuacja, bo Polonia Warszawa przestała mi płacić, mimo ważnego kontraktu. Po tylu latach w Danii zupełnie tego nie rozumiałem, musiałem pójść do sądu. Nie odzyskałem pieniędzy, bo usłyszałem, że nie ma już takiego klubu jak Polonia, zmieniono coś w rozszerzeniu nazwy i sprawa załatwiona. Kilka miesięcy temu na meczu naszej reprezentacji z Danią zobaczyłem Józefa Wojciechowskiego i sam do niego podszedłem. Przeprosiłem go za to, co było, powiedziałem, że jest starszy i należy mu się szacunek. Zapytał, czy wypiję z nim drinka, ale byłem gościem studia telewizyjnego i musiałem odmówić. Ale jak się kiedyś na ulicy spotkamy, to niewykluczone, że na whisky do baru wyskoczymy.

Nie odpowiedział pan, z czego żył.

Miałem emeryturę olimpijską. Oszczędności jakieś były, ale szybko się skończyły. Bardzo pomogli mi rodzice. Trwało to dwa lata, aż zacząłem pracować w Górniku Łęczna.

To nie dorobił się pan w Danii?

Zarabiałem dobrze, ale płaciłem 60 procent podatku. Dania nie jest krajem, w którym coś zaoszczędzisz, natomiast masz się tam czuć bezpiecznie i stabilnie. Jak podpisujesz kontrakt na trzy lata, na milion, to przez trzy lata ten milion zarobisz. Z Polski wyjechałem w 1998 roku, bo nie płacili, teraz w 2017 też nie płacą. Sam się z tego śmieję i głośno pytam, czy naprawdę nie można byłoby wymyślić przepisu, że każdy klub musi mieć zabezpieczoną w PZPN lub w banku kwotę, która w przypadku awarii, starczałaby chociaż na wypłacanie pensji?

Mówił pan, że w Danii czuł się inwigilowany.

Kiedy kupujesz tam telewizor na raty, nie zdążysz wyjść ze sklepu, a urząd podatkowy już wie, jakiego zakupu dokonałeś. To dobrze, bo odsetki są automatycznie odliczone od twojego podatku, ale wszystko musi być pod kontrolą. Nie zapłacisz gotówką większej kwoty, bo natychmiast wzywana jest policja. Przelewu nie można też normalnie zrobić, bo wszystko jest automatycznie rejestrowane, bank musi wiedzieć.

Mógłby pan tam mieszkać?

Już nie. Teraz, po kilku dniach wizyty w Danii, doszedłem do wniosku, że najlepiej jest mi w Polsce. Nie wiem, może patrzę na wszystko przez pryzmat wydarzeń, które miały miejsce w ostatnim okresie mojego pobytu za granicą. Polska jest fajna, rozwija się, jest tu jakoś tak rodzinnie. Uwielbiam zwłaszcza Warszawę, z wielką przyjemnością tu wracam.

Podczas mistrzostw Europy do lat 21, które w czerwcu odbywały się w Polsce, duńska federacja zaprosiła pana do hotelu, w którym mieszkała drużyna.

Pył już opadł. Okazuje się, że w Danii chce się pamiętać Onyszkę jako świetnego bramkarza, a nie skandalistę. Po latach ludzie mnie docenili. Kiedy odszedłem z Odense do Midtjylland, to fani poprzedniego klubu okropnie mnie wyzywali. Chlapnąłem coś wtedy w gazetach, źle się o klubie wypowiadałem. Minęło trochę czasu i podobno na którymś meczu kibice Odense skandowali moje nazwisko. Jednak zauważono, że zostawiłem w tym klubie trochę serca.

Umie się już pan cieszyć codziennością?

Kiedy jest się sportowcem, to wszystko ma się podstawione pod nos. A kiedy przestajesz grać, a niczego nie odłożyłeś i nie zabezpieczyłeś swojej przyszłości, budzisz się w innym świecie. Proste rzeczy zaczynają atakować i cię przerastać. Trzeba się odnaleźć w sprawach biznesowych, założyć firmę, zapłacić ZUS. Wcześniej było to podane na tacy. Jeśli nie miałeś mądrej żony, przyjaciela, menedżera, którzy pomogliby ci w coś zainwestować, to można się zwyczajnie zdziwić, że pieniądze nie wpływają już regularnie na konto. Wielu piłkarzy sobie z tym nie radzi, bo przez całe życie byli rozpieszczani.

Jaki pan ma pomysł na swoją przyszłość?

Nauczyłem się nie planować. Życie jest zbyt przewrotne. Chciałbym pracować z młodzieżą, bo to pasja i ciągły rozwój. Jedynym problemem są rodzice, którzy przyprowadzają na treningi swoje dzieci tylko dla formalności, bo przecież już mają pewność, że to przyszli mistrzowie świata. Chciałbym prowadzić szkółkę bramkarską, taką z prawdziwego zdarzenia.

Polecałby pan swojemu najmłodszemu synowi sport jako sposób na życie?

Julek to na pewno będzie piłkarzem! Jedynym z mojej rodziny, który będzie regularnie grał w reprezentacji. Jestem tego pewien. Nie będę od niego niczego wymagał, ma pięć lat i ma się bawić, bo jak przyjdzie profesjonalna kariera, to nie tylko pojawią się pieniądze, ale i presja. Po słabym meczu obsmarują go gazety, kibice będą wytykać palcami i wyzywać na trybunach. Trochę zazdroszczę obecnym piłkarzom, grają na fajnych stadionach i mają naprawdę przyzwoite kontrakty. Łatwiej sobie wtedy ułożyć życie rodzinne.

Niby dlaczego?

Kobiety nie muszą same zajmować się dziećmi. Jest dużo możliwości, kluby dbają też o to, by piłkarze mieli spokój w domu. W Danii, za trenera Bruce'a Riocha, klub przed każdym meczem organizował spotkania dla żon piłkarzy. Miały swoją trybunę VIP, a po spotkaniu trener przychodził się z nimi przywitać. To bardzo dobry pomysł, buduje się poczucie wspólnej pracy. Wiele klubów wychodzi z założenia, że jeżeli żona jest zadowolona z pracy męża, to sam piłkarz też ma lepszy humor. Coś w tym jest.

Jak pan myśli – dużo czasu zajmie panu odprucie łatki, którą przyczepił pan sobie za młodu?

Mocno ważę słowa. Już nie plotę tego, co mi ślina na język przyniesie. Muszę trzymać poziom. Ta końcówka w Danii była fatalna, myślę, że w dużej mierze przez nadmiar toksyn w organizmie. Byłem chory i miałem w sobie za dużo złych emocji.

W biografii zapowiedział pan, że po zakończeniu kariery spróbuje pan kokainy. Udało się?

Znowu wyciąga mi się jedno zdanie. Powiedziałem, że bym spróbował, bo w trakcie kariery było to niemożliwe, a chciałem się raz przekonać, jak to jest. Zrobił się wokół tego hałas, najgłośniej pewnie krzyczeli ci, którzy biorą kokainę regularnie. Ja nie spróbuję, nie mogę, nie mam takiego towarzystwa, poza tym choroba sprawiła, że konsekwencje byłyby zbyt duże.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE