Plus Minus

Soyka i Kotowski: Krwawa misja GROM w Afganistanie

Forum, Adam Chełstowski
W Afganistanie „Drętwy" i chłopaki starali się jak najwięcej nauczyć od amerykańskich specjalsów. Młody major doskonale rozumiał, że nie może tu otworzyć czerwonej „superksiążeczki" opracowanej jeszcze w ludowym Wojsku Polskim, zatytułowanej „Regulamin pola walki piechoty zmotoryzowanej".

Wbrew obiegowym opiniom wywiad oraz siły specjalne Stanów Zjednoczonych działały w Afganistanie na długo przed atakiem terrorystycznym na World Trade Center i Pentagon z 11 września 2001 roku. Wiosną 2002 roku do amerykańskich sił stacjonujących w Bagram dołączyła pierwsza kilkunastoosobowa grupa komandosów Jednostki Specjalnej GROM. Z każdym miesiącem sytuacja w tym rejonie Afganistanu coraz bardziej się gmatwała. Talibowie kontrolowali wioski i tereny do nich przylegające, atakowali szkoły oraz budynki administracji rządowej i wykorzystywali cywilów w charakterze żywych tarczy. Na zboczach gór urządzali sobie tymczasowe kryjówki.

Góra K-6 niedaleko bazy w Bagram ma około 3 tysięcy metrów wysokości. Talibowie kryli się w okolicznych jaskiniach, zarówno naturalnych, jak i tych, które sami wydrążyli. Stamtąd ostrzeliwali patrole wojskowe poruszające się położonymi niżej drogami, wąwozami lub korytami wyschniętych rzek. Pierwsi amerykańscy specjalsi zginęli tu już w 2001 roku. Talibowie ukrywali się pośród cywili, bywało, że wchodzili na stropy wiejskich domów i skakali na wchodzących do środka komandosów. W tamtym okresie nierzadko dochodziło do walki wręcz czy na noże. Komandosi zmieniali taktykę, ale walka z „niewidzialnym" przeciwnikiem stawała się coraz trudniejsza. W tym czasie „Drętwy" był już majorem, czyli starszym oficerem. Do Afganistanu przyleciał w 2006 roku, ale tym razem bez „Robaka", który awansował do stopnia podpułkownika i został szefem szkolenia GROM-u w Polsce. „Robak" ostatecznie odłożył swój karabin snajperski na półkę, a jego zadania bojowe przejął „Drętwy", koordynował także współpracę Polaków ze specjalsami z NATO. Należał do drugiego już pokolenia wyszkolonych i doświadczonych specjalsów GROM-u.

Patrolowanie na pojazdach

GROM-owcy na początku misji poruszali się po Afganistanie terenowymi toyotami hilux, które zostały tu dostarczone transportowcem w 2002 roku razem z pierwszymi polskimi żołnierzami. Trzeba je było na miejscu własnymi siłami trochę przerobić. Chłopaki usunęli boczne drzwi, żeby łatwej było się ewakuować w razie zasadzki, i przyspawali do ram przy dachu prowizoryczne statywy do karabinów maszynowych Kałasznikow PK 7,62 mm. Zdobyli także dodatkowe kanistry na paliwo i wodę, dzięki którym zwiększyli zasięg patroli do 200 kilometrów. Pick-upy dość dobrze się sprawdzały w Afganistanie. Były lekkie, dość trwałe i zwrotne. Ale kiedy talibowie okrzepli i dopracowali swoją taktykę walki z żołnierzami koalicji, a ostrzał kolumn wojskowych stał się codziennością i przybywało rozmaitych przydrożnych min i pułapek, cywilne w gruncie rzeczy toyoty z funkcjonalnych wozów terenowych zamieniły się w śmiertelne pułapki. Oczywiście przede wszystkim ze względu na lekką konstrukcję. W 2004 roku w konwojach Polaków pojawiły się pierwsze hummery, które też nie były spełnieniem marzeń: w zasadzie nieopancerzone, bez wzmocnień, bez oryginalnych wielkokalibrowych karabinów maszynowych. Na dodatek polskie kałasznikowy PK 7,62 mm nie pasowały do amerykańskich statywów i montaży. Hummery te nie były odporne na ostrzał ze zwykłego kałasznikowa, bo ich skrzynie nie zostały niczym wzmocnione, chociaż można było użyć przynajmniej przeciwodłamkowych koców kewlarowych. Do ławek na tylnych skrzyniach hummerów przyspawano więc wszystko, co dało się znaleźć na miejscowym złomowisku, byle tylko trochę lepiej ochronić dupska i plecy; najczęściej były to pasy grubych blach lub metalowych płaskowników. Tego rodzaju zabezpieczenia nie chroniły jednak w żaden sposób przed skutkami wybuchu min, które zbierały krwawe żniwo. Amerykanie zaczęli sprowadzać pojazdy opancerzone nowej generacji do transportu piechoty z podwoziami w kształcie litery V, które miały być odporniejsze na takie wybuchy. Były to pojazdy typu MRAP (Mine-Resistant-Ambush-Protected), czyli wozy opancerzone o zwiększonej odporności na miny i ataki z zasadzki. W Polsce zaczęto wtedy kombinować, żeby takie MRAP-y wypożyczyć od Amerykanów lub sprowadzić z kraju pojazdy KTO (Kołowe Transportery Opancerzone) Rosomak. Jednak pierwsze odpowiednio zmodyfikowane, ulepszone rosomaki i MRAP-y trafiły do Afganistanu dopiero w 2008 roku.

W tamtym czasie głównym zajęciem GROM-owców w Afganistanie były patrole rozpoznawcze. Komandosi często wyjeżdżali hummerami na zwiady długodystansowe, podczas których pokonywali nawet do 300 kilometrów. Poznawali teren, porównywali z elektronicznymi mapami lokalizację różnych osad i wiosek znajdujących się wzdłuż wytyczonej trasy. Ich zadania sprowadzały się do „patrolowania na pojazdach", cokolwiek ten termin miał oznaczać. Po drodze próbowali nawiązywać przyjazne kontakty z ludnością afgańską, co w zasadzie nie miało większego sensu, bo jak można złapać kontakt i zdobyć zaufanie kogoś, kto mówi językiem, z którego nie da się zapamiętać żadnego słowa. Pozostawało więc przyjazne machanie ręką i obustronne udawanie, jakimi to jesteśmy sprzymierzeńcami. Gdzieś tam wymyślono nawet „specjalną" taktykę zaprzyjaźniania się z miejscowymi, której przyświecało hasło: „Win Their Hearts and Minds" [Zdobyć ich serca i umysły], co GROM-owcy w wolnym przekładzie z angielskiego określali ironicznie jako „G... prawda".

„Drętwy" i chłopaki starali się jak najwięcej nauczyć od amerykańskich specjalsów. Młody major doskonale rozumiał, że nie może tu otworzyć czerwonej „superksiążeczki" opracowanej jeszcze w ludowym Wojsku Polskim, zatytułowanej „Regulamin pola walki piechoty zmotoryzowanej". I że podczas zwalczania afgańskich partyzantów i poruszania się lekką kolumną czy w konwoju pojazdów po górzystym obszarze Afganistanu niewiele dadzą instrukcje na temat działania kolumny pojazdów w terenie otwartym lub wąskim, na ulicach miast i w wioskach. „Drętwy" wszystkiego nauczył się na szkoleniach i uczestnicząc w misjach GROM-u. Taktyka działania patrolu na pojazdach w Iraku czy w Afganistanie to zdecydowanie co innego niż na czołgach czy BWP-ach. BWP, czyli gąsienicowy bojowy wóz piechoty, zupełnie by się tu nie sprawdził, w tak dziwnej, mobilnej, niekonwencjonalnej i nieregularnej wojnie z partyzantami i terrorystami. Oranie terenu gąsienicami i jazda na wprost w wyznaczonym strategicznie kierunku nie wchodziły w grę. Drogi w Afganistanie są kręte, o ile w ogóle istnieją. Mobilność i manewrowość gąsienicowych olbrzymów jest znacznie mniejsza od lekkiej kolumny pojazdów na kołach. Nie ma mowy o szybkiej reakcji bojowej w różnych kierunkach ani o uniesieniu armaty takiego pojazdu powyżej 60 stopni, a tutaj bywało to konieczne. Sowieci ze swoimi czołgami już raz przegrali wojnę na tym terenie. Jeśli w Afganistanie używano czołgów, to rozmieszczano je wokół dużych baz wojskowych w celu odparcia ewentualnego zmasowanego ataku talibów.

Rosomaki, w które w końcu zaopatrzono polskie misje, też nie pozwalały na prowadzenie ostrzału powyżej 60 stopni na krótkim dystansie, ale przemieszane w kolumnie z hummerami czy MRAP-ami się sprawdzały. W Afganistanie bardzo dobrze działały na morale żołnierzy – wyglądały groźnie i dawały sobie radę na otwartym terenie i na długich dystansach, stanowiąc doskonałe wsparcie dla zaatakowanej kolumny. Nic dziwnego, że rebelianci afgańscy nazywali je „diabłami".

Obyty z wojną rutyniarz

"Drętwy" siedział obok kierowcy hummera na płaskim, kwadratowym, metalowym siedzeniu wyścielonym wytartą już parcianą nakładką. Z poszarzałego i poprzecieranego na bokach brezentowego poddupka wystawała zmurszała od słońca gruba, brązowa gąbka. Kewlarowy hełm na głowie kiwał mu się do przodu i do tyłu, w miarę jak pojazd podnosił się i opadał na grubych stalowych sprężynach amortyzatorów, które ciężko pracowały podczas przejeżdżania po pojedynczych, płaskich łupkach skalnych. Rozglądał się dookoła przez przyciemniane okulary firmy Oakley z na pozór obojętnym wyrazem twarzy, naprawdę jednak zachowywał najwyższą czujność. Między kolanami lewą ręką trzymał krótki karabinek szturmowy M-4 skierowany lufą w dół. To już nie był młody i niedoświadczony „Drętwy" z okresu swoich pierwszych akcji bojowych. Nosił brodę i niewiele pozostało z jego niegdysiejszej baby face, dziecinnej twarzyczki. Czasami w jego oczach dawało się dostrzec zmęczenie tym wszystkim, czego się przez lata służby naoglądał. Ten bardzo już doświadczony oficer ze smutnym zwykle uśmiechem na twarzy często wspominał, jak na początku „Robak" wkurzał się na niego, młokosa, ledwo co przyjętego do GROM-u, który wszystko chrzanił. Nie było w nim już nic z tamtego dzieciaka. W Afganistanie był obytym z wojną rutyniarzem, zobojętniałym na śmierć snajperem i mistrzem dla swoich uczniów. Na tym patrolu był najstarszy zarówno stażem, jak i stopniem. Miał pod komendą dwóch młodych snajperów, którym bacznie się przyglądał i czasem coś podpowiadał. W pewnym sensie naśladował „Robaka" z okresu, gdy ten był jego nauczycielem.

W Afganistanie „Drętwy" zdobył zupełnie nowe i bardzo ważne doświadczenie. Wcześniej w akcjach snajperskich on i „Robak" byli parą polujących drapieżników. Tutaj odwrotnie – major i jego ludzie stanowili cele snajperów. To zupełnie inne uczucie, gdy wiesz, że gdzieś na górze może czaić się ktoś, kto chce cię zabić. Spojrzał do przodu w dół zbocza i dostrzegł w oddali wyłaniające się zza zakrętu pierwsze zabudowania osady i otaczające je zielone pola, najpewniej plantacje maku i marihuany. Tutaj to norma. Południowy skraj dystryktu Sorubi słynął z tego rodzaju upraw. „Drętwy" pomyślał, że to nadspodziewanie zielona okolica. Przycisnął nadajnik radiostacji pokładowej:

– Uwaga, kierowcy! Zwolnić! Do wszystkich: wysypujemy się z pojazdów! Dismount!

W takich sytuacjach chłopaki działali rutynowo, mieli to przećwiczone do bólu. Kilkunastu żołnierzy w kamuflażu pustynnym wyskoczyło na drogę – szli tuż przy hummerach i trzymając przed sobą karabinki szturmowe, bacznie się rozglądali. Jeśli nie było to absolutnie konieczne, nawet na centymetr nie schodzili ze ścieżki, bo tutaj z drogi można odlać się wprost na minę, a to oznacza ostatnie sikanie w życiu. Poza tym mieli w pamięci niedawny wypadek, kiedy to na przydrożnej minie przeciwpiechotnej omal nie zginął ich kolega z GROM-u.

– Snajperzy, do mnie! – wezwał przez radio „Drętwy".

Dwóch snajperów w polnych maskałatach i z długimi karabinami podeszło kilka kroków w stronę dowódcy.

– Zajmijcie pozycje przy samym zjeździe z drogi, na jedenastej, gdzieś na tamtych skałkach przed nami. – Pokazał dłonią. – I ubezpieczajcie nas, kiedy będziemy parkować na skraju wioski. Gdy zajmiecie stanowiska, dajcie znać przez radio. Dwa ostatnie hummery, „piątka" i „szóstka" z sekcji „Bravo", zostają z wami tu na drodze. Podam im po drutach, ale wy też przekażcie im moją decyzję.

– Tak jest! – potwierdził jeden ze snajperów.

Cofnęli się ze 30 metrów w kierunku tyłu kolumny. Jeszcze przez chwilę tam postali, po czym dyskretnie oderwali się od niej i zaczęli się wspinać na lewą stronę stoku. „Drętwy" czuł się teraz bezpieczniej, będą mieli „swoje oczy" na dolinę i gliniane zabudowania widoczne w oddali. A kiedy przednia część kolumny czterech hummerów sprawdzi teren przy wiosce, poda przez radiostację, by dwa pozostałe na drodze do nich dołączyły. Zamierzał porozmawiać ze starszyzną wioskową, jeśli taka się pojawi, i też spróbuje się z nimi „zaprzyjaźnić", przekazując im kilka ulotek propagandowych w języku pasztuńskim, karton cukierków i pakiet okolicznościowych, „niosących pokój" koszulek. Przy okazji zapyta przyjaźnie o kryjówki miejscowych talibów i zaoferuje im ochronę przed nimi. Takie tam hocki-klocki. Tak wyglądała ta robota, praca u podstaw. Ale to lepsze niż wrogie spojrzenia żołnierzy na miejscową ludność pozbawioną przez wojnę i biedę wszelkiej radości życia.

Pojedynczy strzał od strony wioski

W pewnym momencie zza ostatniego zakrętu na początku drogi, już na skraju wioski, wychynął młody chłopak, Afgańczyk. Prowadził stado czarnych, futrzastych i nieprzytomnie brudnych owiec, które zajęły cały zjazd z drogi. Dwaj GROM-owcy kroczący z przodu kolumny trochę przyśpieszyli, natomiast kierowcy czterech ostatnich hummerów się zatrzymali. Pierwsze dwa ciągle jechały w dół doliny. Zazwyczaj tak działali, to był odruch, nic przypadkowego. Dzieciak nie wyglądał na zaskoczonego, odwrócił się w kierunku stada owiec i pośpiesznie machając rękami, zaganiał je na łagodną skarpę na poboczu drogi, porośniętą tu i ówdzie mizerną roślinnością. Owce jakby od razu zrozumiały, co jest grane, i posłusznie zbiegły w dół zbocza.

– Ej, „Megi", rzuć mi cukierki, są w kartonie obok ciebie! – zawołał „Cichy", jeden z chłopaków z przedniej szpicy. „Megi" to ksywa gunnera jadącego w pierwszym hummerze w kolumnie.

– „Biały", przejmij przód! – wrzasnął „Megi" do drugiego gunnera z tyłu.

Potem schylił się mocno, chowając głowę w środku wieżyczki, złapał karton i wyjął z niego przeźroczystą paczkę kolorowych lizaków. I w tym właśnie momencie usłyszeli dobrze im znany huk, a za chwilę tnący powietrze świst lecącego ładunku wystrzelonego z granatnika RPG-7. Pocisk trafił precyzyjnie w blachę wieżyczki karabinu „Megiego". Rozległ się niesamowicie głośny wybuch i podniósł tuman kurzu. Oszołomiony od skumulowanej fali uderzeniowej „Megi" natychmiast się wyprostował, paczka słodyczy wypadła mu z dłoni. Odruchowo próbował znaleźć uchwyty swojej pięćdziesiątki, z której oprócz wiszącej na boku, okopconej lufy prawie nic nie pozostało.

– Kontakt! Kontakt z lewej! Kontaaakt! – krzyczeli do siebie szturmowcy.

W jednej chwili rozgorzał jednostronny ostrzał. Strzelcy na hummerach zerwali się i zaczęli walić na odległość 200 metrów, wysoko na lewym stoku wzgórza. Strzelali w każdą podejrzanie wyglądającą skałę i wylot jaskini. Pozostali GROM-owcy schowali się za hummerami i grzali krótkimi seriami. „Drętwy" sięgnął po granat dymny, wyrwał zapłonnik tarciowy, aż zafurczało mu w dłoni, i rzucił nim skośnie do przodu, w dół stoku. Chciał się odgrodzić zasłoną dymu od strony wioski. Na razie nie strzelał i na chłodno obserwował, co się dzieje. Po chwili ostrzał chłopaków się uspokoił i tylko gunner od granatnika MK-19 wypuścił jeszcze z lufy dwa granaty. Poleciały wysoko, na zrujnowane już skały. „Drętwy" nakazał łącznościowcowi, by ten natychmiast wezwał wsparcie śmigłowców. Podbiegł do „Megiego", który wciąż stał w wieżyczce hummera i zszokowany patrzył na rozpieprzony karabin.

– „Megi", k...! – wrzasnął „Drętwy". – Wyłaź stamtąd, bo zaraz oberwiesz drugi raz!

Widząc, że ten nie reaguje, wskoczył na zadymionego hummera i ściągnął chłopaka za tył kamizelki na dół i dalej na drogę.

– „Megi", patrz tu na mnie, k...! Siedzisz tu i nie ruszasz się z miejsca, aż ochłoniesz!

Major zauważył, że z nosa „Megiego" płyną strużki krwi.

Zbliżył usta do jego ucha.

– Żyjesz? Wiesz, gdzie jesteś?!

Z drogi powoli zaczął odchodzić na bok tuman kurzu. Przez białą chmurę zasłony dymnej słabo jeszcze widać było na dole stado owiec, które razem z przewodnikiem pędziło w wielkim popłochu w stronę wioski. Chłopak dał kilka susów przed siebie, aż wreszcie potknął się i spadł ze skarpy gdzieś w trawę. Gunnerzy wypruli jeszcze po taśmie pocisków, a zaraz potem wsadzili pod pokrywy WKM-ów kolejne. Chłopaki na drodze, klęcząc na jednym kolanie, na przemian wypinali opróżnione z amunicji magazynki od swoich M-czwórek. Przez cały czas jeden z nich ubezpieczał sektor ostrzału. Któryś z nich dorzucił jeszcze jeden granat dymny. Na chwilę zapanowała cisza, którą przebijał miarowy turkot zaworów w dieslowskich silnikach pracujących, jakby nic się nie stało. Sytuacja nie była jeszcze czysta. GROM-owcy zatrzymali się w swoich sektorach i trzymali pozycje.

– „Rocky", dawaj tu granatnik! – krzyknął „Drętwy".

Szturman wskoczył szybko na pakę trzeciego hummera, wypiął wyrzutnię, chwycił bakelitowy pojemnik z dwoma pociskami i rzucił go pomocnikowi. Obaj natychmiast podbiegli na przód kolumny i rozstawiali się z granatnikiem Carl Gustaf.

– „Medyk"! – wrzasnął „Drętwy". – Melduj!

– Jestem! – zgłosił się „Medyk".

W tym momencie odezwali się snajperzy. Słyszeli świst przelatujących nad głowami wystrzelonych przez nich jeden po drugim pocisków, które dały o sobie znać odbitym echem po drugiej stronie doliny, tuż za rozciągającymi się w oddali grupami parterowych zabudowań. Strzelili dwa razy w kierunku wioski.

– Co jest grane? – zapytał ich po chwili przez radiostację „Drętwy".

– Snajper na drugiej na dachu budynku, odległość 600 metrów, zdejmujemy – zorientował majora jeden ze snajperów.

– Snajper na drugiej, z prawej! Wszyscy do pojazdów! Wsiadać! Spier...my stąd! Naprzód, naprzód! – krzyknął „Drętwy".

– Ruszamy na dół, w dolinę, natychmiast! Move! Move! Granatnik z powrotem na pakę, szybciej!

Sam w pośpiechu odwrócił się w stronę „Medyka" i siedzącego jeszcze na drodze „Megiego". Zrobił może ze dwa kroki, gdy padł pojedynczy strzał od strony wioski. W jednej chwili „Drętwy" wypuścił z dłoni karabinek i upadł na drogę tuż przy hummerze. Krew trysnęła spod jego hełmu i natychmiast zalała mu całą twarz. Ale on już tego nie czuł.

Fragment książki Karola K. Soyki i Krzysztofa Kotowskiego „Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Śródtytuły od redakcji.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL