Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Soyka i Kotowski: Krwawa misja GROM w Afganistanie

Forum, Adam Chełstowski
W Afganistanie „Drętwy" i chłopaki starali się jak najwięcej nauczyć od amerykańskich specjalsów. Młody major doskonale rozumiał, że nie może tu otworzyć czerwonej „superksišżeczki" opracowanej jeszcze w ludowym Wojsku Polskim, zatytułowanej „Regulamin pola walki piechoty zmotoryzowanej".

Wbrew obiegowym opiniom wywiad oraz siły specjalne Stanów Zjednoczonych działały w Afganistanie na długo przed atakiem terrorystycznym na World Trade Center i Pentagon z 11 wrzeœnia 2001 roku. Wiosnš 2002 roku do amerykańskich sił stacjonujšcych w Bagram dołšczyła pierwsza kilkunastoosobowa grupa komandosów Jednostki Specjalnej GROM. Z każdym miesišcem sytuacja w tym rejonie Afganistanu coraz bardziej się gmatwała. Talibowie kontrolowali wioski i tereny do nich przylegajšce, atakowali szkoły oraz budynki administracji rzšdowej i wykorzystywali cywilów w charakterze żywych tarczy. Na zboczach gór urzšdzali sobie tymczasowe kryjówki.

Góra K-6 niedaleko bazy w Bagram ma około 3 tysięcy metrów wysokoœci. Talibowie kryli się w okolicznych jaskiniach, zarówno naturalnych, jak i tych, które sami wydršżyli. Stamtšd ostrzeliwali patrole wojskowe poruszajšce się położonymi niżej drogami, wšwozami lub korytami wyschniętych rzek. Pierwsi amerykańscy specjalsi zginęli tu już w 2001 roku. Talibowie ukrywali się poœród cywili, bywało, że wchodzili na stropy wiejskich domów i skakali na wchodzšcych do œrodka komandosów. W tamtym okresie nierzadko dochodziło do walki wręcz czy na noże. Komandosi zmieniali taktykę, ale walka z „niewidzialnym" przeciwnikiem stawała się coraz trudniejsza. W tym czasie „Drętwy" był już majorem, czyli starszym oficerem. Do Afganistanu przyleciał w 2006 roku, ale tym razem bez „Robaka", który awansował do stopnia podpułkownika i został szefem szkolenia GROM-u w Polsce. „Robak" ostatecznie odłożył swój karabin snajperski na półkę, a jego zadania bojowe przejšł „Drętwy", koordynował także współpracę Polaków ze specjalsami z NATO. Należał do drugiego już pokolenia wyszkolonych i doœwiadczonych specjalsów GROM-u.

Patrolowanie na pojazdach

GROM-owcy na poczštku misji poruszali się po Afganistanie terenowymi toyotami hilux, które zostały tu dostarczone transportowcem w 2002 roku razem z pierwszymi polskimi żołnierzami. Trzeba je było na miejscu własnymi siłami trochę przerobić. Chłopaki usunęli boczne drzwi, żeby łatwej było się ewakuować w razie zasadzki, i przyspawali do ram przy dachu prowizoryczne statywy do karabinów maszynowych Kałasznikow PK 7,62 mm. Zdobyli także dodatkowe kanistry na paliwo i wodę, dzięki którym zwiększyli zasięg patroli do 200 kilometrów. Pick-upy doœć dobrze się sprawdzały w Afganistanie. Były lekkie, doœć trwałe i zwrotne. Ale kiedy talibowie okrzepli i dopracowali swojš taktykę walki z żołnierzami koalicji, a ostrzał kolumn wojskowych stał się codziennoœciš i przybywało rozmaitych przydrożnych min i pułapek, cywilne w gruncie rzeczy toyoty z funkcjonalnych wozów terenowych zamieniły się w œmiertelne pułapki. Oczywiœcie przede wszystkim ze względu na lekkš konstrukcję. W 2004 roku w konwojach Polaków pojawiły się pierwsze hummery, które też nie były spełnieniem marzeń: w zasadzie nieopancerzone, bez wzmocnień, bez oryginalnych wielkokalibrowych karabinów maszynowych. Na dodatek polskie kałasznikowy PK 7,62 mm nie pasowały do amerykańskich statywów i montaży. Hummery te nie były odporne na ostrzał ze zwykłego kałasznikowa, bo ich skrzynie nie zostały niczym wzmocnione, chociaż można było użyć przynajmniej przeciwodłamkowych koców kewlarowych. Do ławek na tylnych skrzyniach hummerów przyspawano więc wszystko, co dało się znaleŸć na miejscowym złomowisku, byle tylko trochę lepiej ochronić dupska i plecy; najczęœciej były to pasy grubych blach lub metalowych płaskowników. Tego rodzaju zabezpieczenia nie chroniły jednak w żaden sposób przed skutkami wybuchu min, które zbierały krwawe żniwo. Amerykanie zaczęli sprowadzać pojazdy opancerzone nowej generacji do transportu piechoty z podwoziami w kształcie litery V, które miały być odporniejsze na takie wybuchy. Były to pojazdy typu MRAP (Mine-Resistant-Ambush-Protected), czyli wozy opancerzone o zwiększonej odpornoœci na miny i ataki z zasadzki. W Polsce zaczęto wtedy kombinować, żeby takie MRAP-y wypożyczyć od Amerykanów lub sprowadzić z kraju pojazdy KTO (Kołowe Transportery Opancerzone) Rosomak. Jednak pierwsze odpowiednio zmodyfikowane, ulepszone rosomaki i MRAP-y trafiły do Afganistanu dopiero w 2008 roku.

W tamtym czasie głównym zajęciem GROM-owców w Afganistanie były patrole rozpoznawcze. Komandosi często wyjeżdżali hummerami na zwiady długodystansowe, podczas których pokonywali nawet do 300 kilometrów. Poznawali teren, porównywali z elektronicznymi mapami lokalizację różnych osad i wiosek znajdujšcych się wzdłuż wytyczonej trasy. Ich zadania sprowadzały się do „patrolowania na pojazdach", cokolwiek ten termin miał oznaczać. Po drodze próbowali nawišzywać przyjazne kontakty z ludnoœciš afgańskš, co w zasadzie nie miało większego sensu, bo jak można złapać kontakt i zdobyć zaufanie kogoœ, kto mówi językiem, z którego nie da się zapamiętać żadnego słowa. Pozostawało więc przyjazne machanie rękš i obustronne udawanie, jakimi to jesteœmy sprzymierzeńcami. Gdzieœ tam wymyœlono nawet „specjalnš" taktykę zaprzyjaŸniania się z miejscowymi, której przyœwiecało hasło: „Win Their Hearts and Minds" [Zdobyć ich serca i umysły], co GROM-owcy w wolnym przekładzie z angielskiego okreœlali ironicznie jako „G... prawda".

„Drętwy" i chłopaki starali się jak najwięcej nauczyć od amerykańskich specjalsów. Młody major doskonale rozumiał, że nie może tu otworzyć czerwonej „superksišżeczki" opracowanej jeszcze w ludowym Wojsku Polskim, zatytułowanej „Regulamin pola walki piechoty zmotoryzowanej". I że podczas zwalczania afgańskich partyzantów i poruszania się lekkš kolumnš czy w konwoju pojazdów po górzystym obszarze Afganistanu niewiele dadzš instrukcje na temat działania kolumny pojazdów w terenie otwartym lub wšskim, na ulicach miast i w wioskach. „Drętwy" wszystkiego nauczył się na szkoleniach i uczestniczšc w misjach GROM-u. Taktyka działania patrolu na pojazdach w Iraku czy w Afganistanie to zdecydowanie co innego niż na czołgach czy BWP-ach. BWP, czyli gšsienicowy bojowy wóz piechoty, zupełnie by się tu nie sprawdził, w tak dziwnej, mobilnej, niekonwencjonalnej i nieregularnej wojnie z partyzantami i terrorystami. Oranie terenu gšsienicami i jazda na wprost w wyznaczonym strategicznie kierunku nie wchodziły w grę. Drogi w Afganistanie sš kręte, o ile w ogóle istniejš. Mobilnoœć i manewrowoœć gšsienicowych olbrzymów jest znacznie mniejsza od lekkiej kolumny pojazdów na kołach. Nie ma mowy o szybkiej reakcji bojowej w różnych kierunkach ani o uniesieniu armaty takiego pojazdu powyżej 60 stopni, a tutaj bywało to konieczne. Sowieci ze swoimi czołgami już raz przegrali wojnę na tym terenie. Jeœli w Afganistanie używano czołgów, to rozmieszczano je wokół dużych baz wojskowych w celu odparcia ewentualnego zmasowanego ataku talibów.

Rosomaki, w które w końcu zaopatrzono polskie misje, też nie pozwalały na prowadzenie ostrzału powyżej 60 stopni na krótkim dystansie, ale przemieszane w kolumnie z hummerami czy MRAP-ami się sprawdzały. W Afganistanie bardzo dobrze działały na morale żołnierzy – wyglšdały groŸnie i dawały sobie radę na otwartym terenie i na długich dystansach, stanowišc doskonałe wsparcie dla zaatakowanej kolumny. Nic dziwnego, że rebelianci afgańscy nazywali je „diabłami".

Obyty z wojnš rutyniarz

"Drętwy" siedział obok kierowcy hummera na płaskim, kwadratowym, metalowym siedzeniu wyœcielonym wytartš już parcianš nakładkš. Z poszarzałego i poprzecieranego na bokach brezentowego poddupka wystawała zmurszała od słońca gruba, bršzowa gšbka. Kewlarowy hełm na głowie kiwał mu się do przodu i do tyłu, w miarę jak pojazd podnosił się i opadał na grubych stalowych sprężynach amortyzatorów, które ciężko pracowały podczas przejeżdżania po pojedynczych, płaskich łupkach skalnych. Rozglšdał się dookoła przez przyciemniane okulary firmy Oakley z na pozór obojętnym wyrazem twarzy, naprawdę jednak zachowywał najwyższš czujnoœć. Między kolanami lewš rękš trzymał krótki karabinek szturmowy M-4 skierowany lufš w dół. To już nie był młody i niedoœwiadczony „Drętwy" z okresu swoich pierwszych akcji bojowych. Nosił brodę i niewiele pozostało z jego niegdysiejszej baby face, dziecinnej twarzyczki. Czasami w jego oczach dawało się dostrzec zmęczenie tym wszystkim, czego się przez lata służby naoglšdał. Ten bardzo już doœwiadczony oficer ze smutnym zwykle uœmiechem na twarzy często wspominał, jak na poczštku „Robak" wkurzał się na niego, młokosa, ledwo co przyjętego do GROM-u, który wszystko chrzanił. Nie było w nim już nic z tamtego dzieciaka. W Afganistanie był obytym z wojnš rutyniarzem, zobojętniałym na œmierć snajperem i mistrzem dla swoich uczniów. Na tym patrolu był najstarszy zarówno stażem, jak i stopniem. Miał pod komendš dwóch młodych snajperów, którym bacznie się przyglšdał i czasem coœ podpowiadał. W pewnym sensie naœladował „Robaka" z okresu, gdy ten był jego nauczycielem.

W Afganistanie „Drętwy" zdobył zupełnie nowe i bardzo ważne doœwiadczenie. Wczeœniej w akcjach snajperskich on i „Robak" byli parš polujšcych drapieżników. Tutaj odwrotnie – major i jego ludzie stanowili cele snajperów. To zupełnie inne uczucie, gdy wiesz, że gdzieœ na górze może czaić się ktoœ, kto chce cię zabić. Spojrzał do przodu w dół zbocza i dostrzegł w oddali wyłaniajšce się zza zakrętu pierwsze zabudowania osady i otaczajšce je zielone pola, najpewniej plantacje maku i marihuany. Tutaj to norma. Południowy skraj dystryktu Sorubi słynšł z tego rodzaju upraw. „Drętwy" pomyœlał, że to nadspodziewanie zielona okolica. Przycisnšł nadajnik radiostacji pokładowej:

– Uwaga, kierowcy! Zwolnić! Do wszystkich: wysypujemy się z pojazdów! Dismount!

W takich sytuacjach chłopaki działali rutynowo, mieli to przećwiczone do bólu. Kilkunastu żołnierzy w kamuflażu pustynnym wyskoczyło na drogę – szli tuż przy hummerach i trzymajšc przed sobš karabinki szturmowe, bacznie się rozglšdali. Jeœli nie było to absolutnie konieczne, nawet na centymetr nie schodzili ze œcieżki, bo tutaj z drogi można odlać się wprost na minę, a to oznacza ostatnie sikanie w życiu. Poza tym mieli w pamięci niedawny wypadek, kiedy to na przydrożnej minie przeciwpiechotnej omal nie zginšł ich kolega z GROM-u.

– Snajperzy, do mnie! – wezwał przez radio „Drętwy".

Dwóch snajperów w polnych maskałatach i z długimi karabinami podeszło kilka kroków w stronę dowódcy.

– Zajmijcie pozycje przy samym zjeŸdzie z drogi, na jedenastej, gdzieœ na tamtych skałkach przed nami. – Pokazał dłoniš. – I ubezpieczajcie nas, kiedy będziemy parkować na skraju wioski. Gdy zajmiecie stanowiska, dajcie znać przez radio. Dwa ostatnie hummery, „pištka" i „szóstka" z sekcji „Bravo", zostajš z wami tu na drodze. Podam im po drutach, ale wy też przekażcie im mojš decyzję.

– Tak jest! – potwierdził jeden ze snajperów.

Cofnęli się ze 30 metrów w kierunku tyłu kolumny. Jeszcze przez chwilę tam postali, po czym dyskretnie oderwali się od niej i zaczęli się wspinać na lewš stronę stoku. „Drętwy" czuł się teraz bezpieczniej, będš mieli „swoje oczy" na dolinę i gliniane zabudowania widoczne w oddali. A kiedy przednia częœć kolumny czterech hummerów sprawdzi teren przy wiosce, poda przez radiostację, by dwa pozostałe na drodze do nich dołšczyły. Zamierzał porozmawiać ze starszyznš wioskowš, jeœli taka się pojawi, i też spróbuje się z nimi „zaprzyjaŸnić", przekazujšc im kilka ulotek propagandowych w języku pasztuńskim, karton cukierków i pakiet okolicznoœciowych, „niosšcych pokój" koszulek. Przy okazji zapyta przyjaŸnie o kryjówki miejscowych talibów i zaoferuje im ochronę przed nimi. Takie tam hocki-klocki. Tak wyglšdała ta robota, praca u podstaw. Ale to lepsze niż wrogie spojrzenia żołnierzy na miejscowš ludnoœć pozbawionš przez wojnę i biedę wszelkiej radoœci życia.

Pojedynczy strzał od strony wioski

W pewnym momencie zza ostatniego zakrętu na poczštku drogi, już na skraju wioski, wychynšł młody chłopak, Afgańczyk. Prowadził stado czarnych, futrzastych i nieprzytomnie brudnych owiec, które zajęły cały zjazd z drogi. Dwaj GROM-owcy kroczšcy z przodu kolumny trochę przyœpieszyli, natomiast kierowcy czterech ostatnich hummerów się zatrzymali. Pierwsze dwa cišgle jechały w dół doliny. Zazwyczaj tak działali, to był odruch, nic przypadkowego. Dzieciak nie wyglšdał na zaskoczonego, odwrócił się w kierunku stada owiec i poœpiesznie machajšc rękami, zaganiał je na łagodnš skarpę na poboczu drogi, poroœniętš tu i ówdzie mizernš roœlinnoœciš. Owce jakby od razu zrozumiały, co jest grane, i posłusznie zbiegły w dół zbocza.

– Ej, „Megi", rzuć mi cukierki, sš w kartonie obok ciebie! – zawołał „Cichy", jeden z chłopaków z przedniej szpicy. „Megi" to ksywa gunnera jadšcego w pierwszym hummerze w kolumnie.

– „Biały", przejmij przód! – wrzasnšł „Megi" do drugiego gunnera z tyłu.

Potem schylił się mocno, chowajšc głowę w œrodku wieżyczki, złapał karton i wyjšł z niego przeŸroczystš paczkę kolorowych lizaków. I w tym właœnie momencie usłyszeli dobrze im znany huk, a za chwilę tnšcy powietrze œwist lecšcego ładunku wystrzelonego z granatnika RPG-7. Pocisk trafił precyzyjnie w blachę wieżyczki karabinu „Megiego". Rozległ się niesamowicie głoœny wybuch i podniósł tuman kurzu. Oszołomiony od skumulowanej fali uderzeniowej „Megi" natychmiast się wyprostował, paczka słodyczy wypadła mu z dłoni. Odruchowo próbował znaleŸć uchwyty swojej pięćdziesištki, z której oprócz wiszšcej na boku, okopconej lufy prawie nic nie pozostało.

– Kontakt! Kontakt z lewej! Kontaaakt! – krzyczeli do siebie szturmowcy.

W jednej chwili rozgorzał jednostronny ostrzał. Strzelcy na hummerach zerwali się i zaczęli walić na odległoœć 200 metrów, wysoko na lewym stoku wzgórza. Strzelali w każdš podejrzanie wyglšdajšcš skałę i wylot jaskini. Pozostali GROM-owcy schowali się za hummerami i grzali krótkimi seriami. „Drętwy" sięgnšł po granat dymny, wyrwał zapłonnik tarciowy, aż zafurczało mu w dłoni, i rzucił nim skoœnie do przodu, w dół stoku. Chciał się odgrodzić zasłonš dymu od strony wioski. Na razie nie strzelał i na chłodno obserwował, co się dzieje. Po chwili ostrzał chłopaków się uspokoił i tylko gunner od granatnika MK-19 wypuœcił jeszcze z lufy dwa granaty. Poleciały wysoko, na zrujnowane już skały. „Drętwy" nakazał łšcznoœciowcowi, by ten natychmiast wezwał wsparcie œmigłowców. Podbiegł do „Megiego", który wcišż stał w wieżyczce hummera i zszokowany patrzył na rozpieprzony karabin.

– „Megi", k...! – wrzasnšł „Drętwy". – WyłaŸ stamtšd, bo zaraz oberwiesz drugi raz!

Widzšc, że ten nie reaguje, wskoczył na zadymionego hummera i œcišgnšł chłopaka za tył kamizelki na dół i dalej na drogę.

– „Megi", patrz tu na mnie, k...! Siedzisz tu i nie ruszasz się z miejsca, aż ochłoniesz!

Major zauważył, że z nosa „Megiego" płynš strużki krwi.

Zbliżył usta do jego ucha.

– Żyjesz? Wiesz, gdzie jesteœ?!

Z drogi powoli zaczšł odchodzić na bok tuman kurzu. Przez białš chmurę zasłony dymnej słabo jeszcze widać było na dole stado owiec, które razem z przewodnikiem pędziło w wielkim popłochu w stronę wioski. Chłopak dał kilka susów przed siebie, aż wreszcie potknšł się i spadł ze skarpy gdzieœ w trawę. Gunnerzy wypruli jeszcze po taœmie pocisków, a zaraz potem wsadzili pod pokrywy WKM-ów kolejne. Chłopaki na drodze, klęczšc na jednym kolanie, na przemian wypinali opróżnione z amunicji magazynki od swoich M-czwórek. Przez cały czas jeden z nich ubezpieczał sektor ostrzału. Któryœ z nich dorzucił jeszcze jeden granat dymny. Na chwilę zapanowała cisza, którš przebijał miarowy turkot zaworów w dieslowskich silnikach pracujšcych, jakby nic się nie stało. Sytuacja nie była jeszcze czysta. GROM-owcy zatrzymali się w swoich sektorach i trzymali pozycje.

– „Rocky", dawaj tu granatnik! – krzyknšł „Drętwy".

Szturman wskoczył szybko na pakę trzeciego hummera, wypišł wyrzutnię, chwycił bakelitowy pojemnik z dwoma pociskami i rzucił go pomocnikowi. Obaj natychmiast podbiegli na przód kolumny i rozstawiali się z granatnikiem Carl Gustaf.

– „Medyk"! – wrzasnšł „Drętwy". – Melduj!

– Jestem! – zgłosił się „Medyk".

W tym momencie odezwali się snajperzy. Słyszeli œwist przelatujšcych nad głowami wystrzelonych przez nich jeden po drugim pocisków, które dały o sobie znać odbitym echem po drugiej stronie doliny, tuż za rozcišgajšcymi się w oddali grupami parterowych zabudowań. Strzelili dwa razy w kierunku wioski.

– Co jest grane? – zapytał ich po chwili przez radiostację „Drętwy".

– Snajper na drugiej na dachu budynku, odległoœć 600 metrów, zdejmujemy – zorientował majora jeden ze snajperów.

– Snajper na drugiej, z prawej! Wszyscy do pojazdów! Wsiadać! Spier...my stšd! Naprzód, naprzód! – krzyknšł „Drętwy".

– Ruszamy na dół, w dolinę, natychmiast! Move! Move! Granatnik z powrotem na pakę, szybciej!

Sam w poœpiechu odwrócił się w stronę „Medyka" i siedzšcego jeszcze na drodze „Megiego". Zrobił może ze dwa kroki, gdy padł pojedynczy strzał od strony wioski. W jednej chwili „Drętwy" wypuœcił z dłoni karabinek i upadł na drogę tuż przy hummerze. Krew trysnęła spod jego hełmu i natychmiast zalała mu całš twarz. Ale on już tego nie czuł.

Fragment ksišżki Karola K. Soyki i Krzysztofa Kotowskiego „Krew snajperów. Opowieœć żołnierza GROM-u", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne. Œródtytuły od redakcji.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL