Krzysztof Hołowczyc: Chciałem pokazać, że jestem z husarii

aktualizacja: 24.06.2017, 12:45
Krzysztof Hołowczyc
Krzysztof Hołowczyc
Foto: AFP, Francois Flamand

– Okradałem najbliższych z czegoś więcej niż pieniędzy. Kradłem nasz wspólny czas, miłość, życie. Czasami dopiero po mocnym zakręcie zaczynałem cenić uśmiech dziecka, promyczek słońca albo smak prostej kanapki – mówi Michałowi Kołodziejczykowi kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc.

REDAKCJA POLECA

Plus Minus: Mówi pan ostro: „W sporcie nie ma miejsca dla grzecznych chłopców". A w telewizji śniadaniowej widzę, jak w towarzystwie dwóch córek i wnuczki śpiewa pan „Pieski małe dwa".

Twardzi faceci często miękną w ważnych momentach. Kiedy usłyszałem, że wnuczka śpiewa piosenkę, którą często śpiewamy razem, to po prostu dołączyłem się. To jest naturalne. A co? Nie pasuje do mojego wizerunku?

Nie bardzo.

Śmieję się z ludzi, którzy tworzą wizerunki. Że ktoś jest twardy, a ktoś piękny, a jeszcze inny – poukładany. Ja jestem sobą i jak trzeba być przygotowanym na zabawę z dzieckiem, to jestem, jak trzeba być przygotowanym na śmierć – też.

Aż tak?

Moja żona nienawidzi, jak to mówię, ale czasami lepiej zginąć, niż przegrać. Bywało, że z pełną świadomością podejmowałem stuprocentowe ryzyko. Nie, nie chciałem zginąć, nie rozpędzałem się do 100 kilometrów na godzinę przed ścianą i nie udawałem później zdziwionego, że nie wyszło. Jechałem po prostu każdy zakręt tak, jakby był ostatni w rajdzie. Kocham ten moment. Samochód jest wtedy taki lekki, że doślizguje się do zakrętu, w pewnym momencie tylko hamulcem ręcznym mogę go tak nasterować, by jeszcze raz się udało. To takie pełne zjednoczenie z maszyną i otoczeniem w czasie rajdu.

To co pan w końcu lubi? Rodzinne, spokojne życie czy raczej balansowanie na krawędzi?

Ale to się nie wyklucza. Denerwuje mnie, kiedy ludzi próbuje się wsadzić w jakiś szablon. Że ktoś jest twardy i bezwzględny, i nie ma nikogo bliskiego, i koniecznie jeździ na harleyu. To tylko pozory, jakieś klisze. Pewne zachowania wymusza życie. Jestem miłym, grzecznym chłopcem, ale kiedy zakładam kask, zamieniam się w drapieżnika, którego nie rozumieją nawet bliscy. W czasie rajdów przyjaciele pytali mnie, czy coś się stało, czy się obraziłem i czemu mam taką zaciętą gębę. A ja po prostu byłem skoncentrowany. W sporcie nie ma miejsca dla miękkich, zwłaszcza w takim, gdy mija się drzewa z prędkością 200 kilometrów na godzinę tak, że obcierają o uszy. Do mojego wizerunku nie pasowałaby panu jeszcze jedna rzecz.

Jaka?

Wiara. Czasami wiedziałem, że ten u góry mi dopomógł. Niedużo. Jakieś pięćdziesiąt kilogramów na dachu samochodu położył, żeby mnie docisnąć i żeby udało się przejechać, chociaż biorąc pod uwagę tylko prawa fizyki, nie dałoby rady. Albo jakaś kontra kierownicą, która żeby wyszła, nie może być przypadkowa, tylko dokładna do milimetra. I dopiero kiedy jechałem dalej, uzmysławiałem sobie, że działo się to przy 180 kilometrach na godzinę. To są momenty, których nigdy nie zapomnę i których nikt mi nie zabierze. Takie chwile, kiedy po wypadku wiozą cię na wózku inwalidzkim i zastanawiasz się czy będziesz chodził, zmieniają człowieka na zawsze. A na śmierć naprawdę jestem gotowy.

Mówi pan serio?

To prywatna strefa, niezgodna z moją wiarą, ale rzeczywiście jestem na etapie, kiedy mogę umierać. Nigdy nie chciałem, żeby moja rodzina została z ręką w nocniku, gdybym nagle zniknął. Żeby po tatusiu trzeba było jakieś długi spłacać. Mam świadomość, że okradałem najbliższych z czegoś więcej niż pieniędzy, bo z ciągłego kontaktu, miłości, naszego życia, ale przynajmniej nie będzie tak, że teraz będą musieli walczyć o przetrwanie. To są jednak istoty słabsze, a ja jestem „rycerzem", który idzie przodem i wytycza drogę, karczując las. Nie mam oczywiście w planie zrobić sobie krzywdy, ale nie boję się, że nastąpi najgorsze. Zawsze po jakichś dramatycznych historiach podczas rajdów wracałem do domu i zaczynałem cenić uśmiech dziecka albo smak prostej kanapki. Dopiero wtedy tak mocno i dosadnie docierało, jaki świat jest piękny.

Nie da się tego zauważyć tak po prostu, bez wcześniejszego ocierania się o śmierć?

Zbliżanie się do krawędzi pozwoliło mi poznać świat na nowo. Zacząłem cenić proste rzeczy, o których ludzie na co dzień zapominają i z klapkami na oczach gnają przed siebie. Jeszcze jeden dom, jeszcze jeden samochód, helikopter... Nie zdajemy sobie sprawy, jak dobrze żyjemy. Czasami słyszę, że ktoś swoim gulfstreamem przyleciał, ale ma tylko ośmioosobowy i musi zmienić na 12-osobowy, bo jak osioł na lotnisku wygląda. No, myślę sobie, chłopaki mają naprawdę wielkie problemy. I tłumaczą mi, że aby to utrzymać, pracują od 6 do 22, ale czasami mają wolne weekendy. Też lubię fajne rzeczy, samochody, ale kiedy uzna się je za esencję życia, to można się grubo pomylić. Nie można stać się niewolnikiem tego, co chce się mieć. Maciuś Wisławski (pilot Hołowczyca sprzed lat – przyp. red.) mówił zawsze, że najważniejsze jest by móc wstać i usiąść. Wie pan ile osób o tym marzy? Byłem kilka razy na szczycie, rozglądałem się i myślałem, że jest całkiem fajnie, ale nie czułem spełnienia. Pojawiało się w innych momentach, prostych, codziennych.

Na szczycie można się poczuć samotnie?

Nie. Tam są tony winogron i tabuny ludzi, którzy nagle pojawiają się przy tobie i pytają, czy można ci tyłek podetrzeć. To właśnie wtedy musisz odróżnić ziarno od plew. Sukces ciągnie wszystkich, prawdziwie samotnym jest się po porażce. Jak na Rajdzie Deutschland w 1996 roku, kiedy wspólnie z Maćkiem Wisławskim, po tylu latach byliśmy blisko polskiego zwycięstwa w mistrzostwach Europy, już witaliśmy się z gąską i nagle samochód stanął w płomieniach kilkaset metrów przed metą. Próbowaliśmy dojechać płonącym autem do mety, ale w końcu musieliśmy się zatrzymać i wyskoczyć z niego w ostatniej chwili, żeby się nie usmażyć. To była scena, jak z amerykańskiego filmu, dwóch bezradnych gości z kaskami w rękach patrzy na swój płonący samochód... I to poczucie, że nasze marzenia właśnie poszły z dymem. Następnego dnia widziałem, jak szczątki auta wywożono na lawecie – patrzyłem i płakałem, łzy same leciały. Wtedy pomyślałem sobie: „»Hołek«, jesteś w totalnej dupie". I to był ten moment, kiedy nauczyłem się wstawać z kolan.

Da się tego nauczyć czy trzeba się z tym urodzić?

Na 100 sportowców, 80 będzie się próbowało podnieść, w życiu codziennym – tylko 20. Ja brałem sprawy we własne ręce. To czasami boli, często się nie udaje, ludzie zamykają drzwi przed nosem, krytykują, ale nie wolno się poddawać.

W życiu codziennym też się udaje?

Proszę uwierzyć – nauczyłem się czerpać siłę z porażek. Jak mam zaplanowaną jakąś umowę i nagle wszystko wywala się do góry nogami, to potrafię się z tego cieszyć. Bo to znaczy, że jest coś do zrobienia. Porażka stała się dla mnie motywacją, w końcu mam doświadczenie we wstawaniu z kolan. To jest zwyczajna chęć życia. Mój sport wymaga worków pieniędzy, trzeba dysponować takim budżetem, że aż głupio ludziom mówić. Mogę sobie kupić kię, albo dacię i cieszyć się, że w ogóle startuję, ale już tak mam, że zawsze chcę wygrać. A żeby to zrobić, trzeba mieć wszystko na najwyższym poziomie.

Inwestował pan w rajdy własne pieniądze?

Bywało tak, że wszystkie, domowe. Pojechałem w Nowej Zelandii, Australii parę rajdów i kupka pieniędzy zniknęła, jak worek lodu na pustyni. Nawet na tej wodzie, która została, żadna roślinka nie chciała wyrosnąć. Wydałem wszystko, łamiąc zasadę, że swoich zasobów nie powinno się ruszać, a przecież były to czasy, gdy kilometr jazdy autem WRC wyliczany był na dwa tysiące złotych. To była choroba, na którą nadal cierpię. Choroba ścigania. Planujemy z żoną nowy dom, a ja chodzę i myślę tylko o jednym – żeby wrócić do rajdów i przełożyć wajchę. Żeby mi znowu liczyli: 5, 4, 3, 2, 1. I potem żebym ja liczył biegi – 1, 2, 3, 4, 5... Nikt i nic tego nie zastąpi, to jest straszne. Czuję się jak narkoman. Mam kilka treningówek, testuję ludziom samochody, ale nijak ma się to do ścigania.

Brakuje prawdziwej adrenaliny?

Widzę oczami wyobraźni Stephane'a Peterhansela (francuski motocyklista i kierowca rajdowy, 13-krotny zwycięzca Rajdu Dakar – red.), który zerka na mnie spode łba. Pięknie się ze mną wita, ale wiem, że tam w środku jest zwierzę. Ja tych ludzi rozpoznaję z daleka. Albo taki Nasser al-Attiyah (katarski kierowca, zwycięzca Rajdu Dakar – red.) zagaduje: „Cześć Krzysztof! Co u ciebie?", a ja wiem, że jakbym się odwrócił, to by mi dziurę nożem na plecach zrobił, żebym tylko nie wystartował. Sam też byłem sukinsynem, używałem ludzi, by się wdrapać wyżej, nie interesowało mnie nic innego, tylko sukces. Byłem egoistą, zżerała mnie ambicja.

Pan prowadził samochód czy pana ego?

Ciągle żyję, a kilku kolegom się nie udało, więc chyba nie jest tak źle. Mam taką jedną złą historię, nie lubię jej przypominać. Kiedyś w chwili poważnego wypadku, choć uważałem, że jestem taki ciepły i rodzinny, i że w takiej ostatecznej chwili przeleci mi przez głowę całe życie, żona, dzieci, to wtedy zamiast o najbliższych pomyślałem o nowej rajdówce, która na mnie już czekała w Szwecji. Ale to były czasy, gdy byłem jeszcze młodym drapieżnikiem, miałem długie pazury i ostre zębiska. Obrzydliwa historia. Na Dakarze zawsze była we mnie świadomość, że mogę nie wrócić. To najtrudniejszy rajd świata, a jak jest się w czołówce, to się ryzykuje bez przerwy, ponad miarę. Momentami wznosiłem się do takiego poziomu, że zaczynałem się czuć bogiem, że cokolwiek by się działo, to i tak dam radę. I nagle przychodziła wielka dziura, wielkie bum i potem wielkie ocknięcie.

Na Dakarze drugi raz złamał pan kręgosłup.

Leci po mnie helikopter, a ja leżę na pustyni w cieniu auta, żeby ciut łatwiej oddychać. Wiem, że jest źle, bo czuję takie charakterystyczne ukłucia w kręgosłupie, jakby ktoś głęboko igłę wsadzał i nią ruszał. Pewnie uważa pan, że myślałem czy będę chodził? Też. Ale żal był większy, że moi rywale jadą dalej. Jeden po drugim mnie mijali, wszystkie przygotowania poszły na nic, a byłem przecież w formie i miałem świetny samochód. I wszystko zepsułem przez jeden niefortunny skok z wydmy. Mogłem mieć pretensje tylko do siebie. Tata mi powtarzał: „Nie za to ojciec bił, żeś grał, tylko za to, żeś się odgrywał". Parę minut wcześniej zakopałem się w wydmie, wyjechaliśmy z niej w parę minut, ale minęło nas w tym czasie jakieś baggy. Pomyślałem sobie: „Ja ci pokażę!" i natychmiast ostro ruszyłem, żeby go wyprzedzić. Ryzyko było duże, nie było potrzeby, by na tym etapie rajdu je podejmować. Po prostu chciałem pokazać, że jestem z husarii, z tych, co frajerów się nie boją. No i chwilę potem leżałem wijąc się z bólu, a on pojechał dalej. Spadłem z czterech metrów na twardy piaskowiec, telemetria wykazała, że uderzenie było takie, jakbym z prędkością 60 kilometrów na godzinę uderzył w ścianę.

Miał pan w życiu szczęście?

Byłem bezczelny, chciałem wszystkich pokonać, pokazać im, jak jestem dobry, ale często ratował mnie instynkt. Gdyby teraz w naszą stronę jechała ciężarówka, pewnie bym w ostatniej chwili uskoczył. A nie wiem, czy panu by się udało. Instynkt pozwalał mi przeżyć wielokrotnie, jechałem milimetry od drzew. Kiedy wiedziałem, że będzie wypadek, zaczynałem działać jakoś podprogowo. Czułem, że niesie mnie z zakrętu, widziałem, że zaraz uderzę w skarpę, rykoszet poszedłby idealnie w drzewa, przeciągnąłem więc gazem przez skarpę. Ludzie pytali, czy zwariowałem, bo cisnąłem gaz, mimo że wiedziałem, jak to się skończy.

I jak się skończyło?

Poleciałem w pole, auto kilka razy obróciło się wokół osi, ale wysiadłem i otrzepałem się z kurzu. Coś tam bolało, ale żyłem. To było z pewnością coś od boga, odruch, nie myślałem wtedy, działałem. Teraz już spokorniałem, bardziej szanuję przeciwników i coraz częściej dochodzę do wniosku, że samo gonienie króliczka jest lepsze niż wynik. Może to straszne, a może właśnie fajne, że będę sobie jechał Dakar, nie licząc się z tym, czy będę czwarty, siódmy czy dwunasty.

Naprawdę myśli pan, że tak potrafiłby?

Nie wiem. Co prawda obiecałem żonie i kibicom, że kończę intensywną karierę, ale jakoś nikt nie zwrócił uwagi na słowo „intensywną". Z chęcią wygrywania być może nie ma co walczyć. Taki się urodziłem. Mój tata wygrał wyścig kolarski dookoła Olsztyna, chociaż miał rower bez przekładni. Z górki nie nadążał, ale pod górkę nadrabiał, bo inni mieli mniej siły. Pewnie o tym nawet nie wiedział, ale przekazywał mi tę potrzebę bycia najlepszym. W szkole grałem w piłkę ręczną i byłem najlepszy, w siatkówkę tak samo, chciałem robić wszystko i zwyciężać. Do motosportu trochę za wysoki jestem, jakieś dziesięć centymetrów. Przecież ja w peugeocie 206 WRC siedziałem jak na toalecie, a kierownicę trzymałem w pozycji, jakbym krowę doił.

Nie miał pan problemu z dziećmi? Tacy ambitni ojcowie czasami cierpią, gdy ich potomkowie niekoniecznie chcą iść tą samą drogą.

Doczekaliśmy się trzech córek, a teraz w naszym życiu pojawiła się jeszcze wnuczka. Mówię żonie, że szkoda, że nie mamy syna, ale w odpowiedzi słyszę tylko śmiech. Podobno to dobrze, że tak się stało, bo bym chłopaka zniszczył. Dziewczyny do gokarta nie wsadzisz na siłę, na motor podobnie. U mnie w garażu czeka mnóstwo zabawek dla młodego faceta. Młodsza córka obiecuje, że jeszcze będę miał co z nimi robić, bo mi wnuka przyniesie, ale na razie tylko tak gada, zamiast działać. Bycie dziadkiem zmienia perspektywę, ale bardzo dużo wymagam, bo uważam, że młody człowiek musi się cały czas rozwijać. Moja wiedza o wychowaniu dzieci przenosi się na wyższy poziom, ale była mizerna, bo wcześniej każdy gonił w swoją stronę. To, że mam porządne dzieciaki, to zasługa żony, która zawsze była ciepła i dobra.

Córek do sportu nie ciągnęło?

Wszystkie są bardzo wysportowane, każda mogłaby pójść w zawodowy sport. Ale i ja, i żona, która była profesjonalną koszykarką, zasmakowaliśmy takiego życia i wiemy, że aby dojść do pewnego poziomu, trzeba poświęcić wszystko. Nawet rodzinę. To, że ja utrzymałem związek z Danusią i że nic się nie rozleciało w naszym domu, to tylko jej zasługa. Jest kobietą, która rozumiała sport i miała cudowną cechę – nigdy nie uzurpowała sobie do mnie praw. „Rób to, dasz radę" – mówiła. Po jednym z rajdów, strasznie zadowolony ze swojej postawy dzwonię do niej i mówię, że zająłem drugie miejsce. – „A pierwszy nie mogłeś być?" – słyszę pytanie w słuchawce. To była dla mnie dodatkowa motywacja. Jak mogłem się cieszyć? Jak mogłem być drugi następnym razem?

Mówi pan, że wasza rodzina to zasługa żony, ale panu też palma nigdy nie odbiła. Chociaż na podium dziewczyny z „Playboya" podawały szampana.

Na imprezach zostawałem, żeby koledzy mogli łatwiej poderwać dziewczyny, a potem wsiadłem w auto i jechałem do hotelu, wiedząc, że każdy kieliszek wódki, lampka wina albo kufel piwa oddala mnie od sukcesu. Miałem wizję, chciałem wygrywać, byłem nienasycony. Jedno, drugie, trzecie mistrzostwo Polski, mistrzostwo Europy, a mnie ciągle było mało. Kiedyś po dobrym rajdzie jak wracałem z biegania o szóstej rano spotkałem skacowanych dziennikarzy – zdziwili się, że nie świętowałem sukcesu. Nie czułem takiej potrzeby, bo wiedziałem, że wiele jeszcze sukcesów przede mną. Propozycje damsko-męskie też były, z najwyższej półki. Ale przecież miałem już wszystko, czego potrzebowałem do szczęścia.

Trzy córki, żona. Wychodził pan czasami wyrzucić śmieci i nie wracał przez godzinę?

Za blisko miałem i głupio by to wyglądało. Mam tak dużo różnych zajęć, że bardzo ciągnie mnie do domu. Jak już tam jestem, to staram się celebrować każdy moment. Żona czasem się na to denerwuje.

Na co?

Mówi, że jej chłopina świeci tu, tam, w telewizji, w radiu, a jak wraca do domu, to jest wrakiem. Tłumaczę jej, że muszę gdzieś energię złapać i że łapię ją właśnie przy niej. Oczywiście są takie momenty, kiedy uciekamy wszyscy na dwa tygodnie do Stanów i mamy tylko siebie na wyłączność. Prowadzę wielkiego SUV-a, takiego z trzecim rzędem siedzeń, jak ktoś się pogniewa to może pójść na koniec i pobyć sam. Jeździmy i podziwiamy amerykański kicz, zatrzymujemy się na dwa dni w jakimś przypadkowym hotelu, jak nam się jezioro w pobliżu spodoba. W Polsce nie mam szans odpocząć. Popularność potrafi być dość uciążliwa.

Dlaczego?

Niestety, oddałem twarz do telewizji i nie mogę tak normalnie wyjść na plażę. Pojadę nad Bałtyk, to nagle dla wszystkich tłustych misiów jestem koleżką, z którym trzeba się piwka napić. Ale nie obrażam się, sprzedałem się mediom świadomie, zbierałem w ten sposób pieniądze na sport i nie mogę teraz powiedzieć: „Stop, jestem tu prywatnie". Na Lazurowym Wybrzeżu też jest mnóstwo rodaków, wszędzie w Europie... Trzeba uciekać dalej. Ja do popularności przywykłem, ale obciąża to moją rodzinę. Córki jakoś sobie radziły, ale żona ma ochotę pobyć zwyczajnie anonimowa i ja to rozumiem.

No to nie ma z panem łatwo.

Ona jest biała, a ja czarny. Albo na odwrót. Czasami myślę, że może właśnie dlatego ze sobą wytrzymujemy. Jak urządzamy dom, to jest koniec świata, ale jestem już na takim etapie, że spokojnie patrzę na jej pomysły i pozwalam na wszystko. Lubię ciepłe kolory i funkcjonalność. W samochodzie też szukam ciepłych kolorów, to mi ostatnio Danusia rodzinne auto kupiła całe w czerni, w kevlarach i karbonach. I znów czuję się, jak w sportowym świecie.

Pieniądze nigdy nie były pana motywacją?

Były tylko środkiem do celu. Moją walutą jest przyszłość. Kiedy mam coś zaplanowane, czuję, że żyję. Jeśli wiem, że w następnym roku będę jeździł w Pucharze Świata, że będzie rajdóweczka, to można mnie wysyłać trzy razy dziennie na prowadzenie parogodzinnych wystąpień motywacyjnych i nie będę narzekał. A gdyby tak zabrać mi cel, to jestem trup i wisi mi gęba. Dla mnie pieniądz jest zabezpieczeniem, w domu pilnuję, żeby wszystkiego nie przejeść. Przecież każdą kwotę da się skonsumować. Tego też uczył mnie ojciec, mądry i wspaniały człowiek.

Powiedział pan kiedyś, że zachłanność oddalała pana od ludzi. O co chodziło?

W pewnym momencie zalała mnie wielka fala nienawiści. Występowałem w reklamach, zapraszano mnie do telewizji, wyskakiwałem z każdej lodówki i krzyczałem: „Cześć, to ja, »Hołek«!". Dużo pieniędzy do mnie przyszło. I zaczęło się polskie piekiełko, ludzi pisali, że powinienem się ścigać, a nie brać udział w reklamach. Mimo że ścigałem się cały rok i robiłem to świetnie, a kręcenie spotu reklamowego zajmowało tylko dwa dni. Miałem wtedy angielskiego menedżera, robił poważne interesy z Amerykanami, to i stawki były w dobrej walucie. Firma Lays płaciła mi przez dwa lata tylko za to, żebym nie podpisał umowy z producentem innych czipsów. Potrzebowałem jednak czasu, by zrozumieć, że ludzie nie kochają za to, że jest się liderem, ale za to, że ma się z nimi kontakt. Zawsze lubiłem kibiców, popisywałem się przed nimi. Teraz wiem, jak są ważni i powtarzam wszystkim sportowcom – jak nie masz kibica, to nic nie masz. Nauczyłem tego choćby Rafała Sonika.

Nie daje pan o sobie zapomnieć. Od dawna pana głos prowadzi kierowców w nawigacjach samochodowych.

I czasami się mylę, ale nie mam na to wpływu. Z zegarkami Atlantic też jestem już dziesięć lat i Szwajcarzy chcą mieć coraz starszego pana. Teraz wychodzi specjalna limitowana seria – 777 sztuk nowego modelu Driver, sygnowanego Krzysztof Hołowczyc. Siódemka to moja ulubiona cyfra, wiedzą, o tym. W rejestracji każdego samochodu, jakim jeździłem musiała być chociaż jedna. W Playu też jestem już pięć lat, tam liczą się badania odbiorców, a te mówią, że moim targetem wiekowym jest przedział od pięciu do osiemdziesięciu lat. Nie daję się zaszufladkować. Widocznie dzieciaki też mają sympatię dla „Hołka". Może teraz wystąpię razem z Minionkami. Ale na poważnie – ciągle liczy się to, że jestem kierowcą. Niedługo będę brał udział w klipie reklamowym i dzwonią do mnie z pytaniem, czy jeśli będzie po 15 centymetrów z każdej strony to zmieszczę się samochodem. Zapytałem, czy mam jechać 200 na godzinę, bo jeśli tak, to z daleka może mi być ciężko namierzyć...

Jak pan to robi, że przez tyle lat ciągle jest atrakcyjny dla reklamodawców?

Pewnie dobrze się kojarzę. Z sukcesem. Nauczyłem się bardzo ważnej rzeczy od taty, zawsze mówię prawdę i dobrze mi się z tym żyję. Czasami jest to bolesne, chciałbym zapomnieć, ale nie wymażę przecież tego, że chodziłem w „Krzyżówce Szczęścia" w jakichś dziwnych koszulach i uznawałem, że to fajne, że występuję w telewizji. Teraz mój menedżer Andrzej Kalitowicz mądrzej mną kieruje: mówi mi, gdzie powinienem się pokazać, a gdzie jest mnie za dużo. Adam Małysz też był przecież na cudownym wzlocie, cieszyłem się, że przyszedł do naszej dyscypliny, bo wiedziałem, że przyjdą za nim kibice. Co prawda z piwem i trąbką, ale kibice. Tyle że Małysza na Dakarze nie znali, mówili że z Polski to Kubicę i Wałęsę kojarzą. A w moim przypadku liczyły się cyferki. Złotówka wydana na mnie zawsze miała prosty przelicznik – zamieniała się w 3–4 złote.

Jazda 200 kilometrów na godzinę po drodze krajowej i sprawa z policją nie narobiła panu szkód wizerunkowych?

Narobiła. Nie jestem święty, nie będę opowiadał, że zawsze jeżdżę maksymalnie 90 na godzinę. Nie lubię tego słowa, ale uważam, że jeżdżę bezpiecznie. Za bardzo kocham ludzi, żeby zrobić im krzywdę. Jeżdżę dobrymi samochodami, mam świetne hamulce, o umiejętnościach nie wspominam, a tamtą drogę znałem, jak własną. Widziałem, że policja za mną rusza, więc zwolniłem do 90. Dla policjantów to był wielki pościg za Hołowczycem, jak szeryfa za bandziorem. To naprawdę smutna historia.

Dla pana?

Wszyscy przegraliśmy. Ja – wiadomo. Ale policja też, bo wyszły na jaw nieprawidłowości w pomiarach. Okazało się, że z odległości 300 metrów błąd techniczny może wahać się w granicy 30 km na godzinę, mnie namierzano z 800 m. To było mocno naciągane, bo ten typ wideorejestratora wskazuje prędkość radiowozu, a nie filmowanego auta. Media od razu podchwyciły sprawę pościgu za Hołowczycem i późniejszej rozprawy. Na szczęście sprawa się przedawniła i to chyba było salomonowym rozwiązaniem. Ale muszę pogodzić się z tym, że jako znany kierowca rajdowy zawsze będę podejrzewany o zbyt szybką jazdę.

Polacy jeżdżą lepiej niż choćby dziesięć lat temu?

Wszystko zależy od nasilenia ruchu i stresu. Jak ktoś zakłada, że będzie jechał trzy godziny i w te trzy godziny rzeczywiście dojedzie, to na drodze może posuwać się spokojnie, gęsiego. Ale jak jedzie szóstą godzinę, a do celu wciąż daleko, to włącza się agresja, wścieklizna. Zmieniło się trochę, ludzie na drodze są bardziej uprzejmi, ale dużo jest też nowych kierowców, w słabych samochodach, po fatalnych szkołach jazdy. Mamy system szkolenia, który nie uczy jeździć, ale uczy zdawać egzaminy. Młody kierowca wjeżdża później w dżunglę i ta go pożera. Człowiek zaczyna być małpą i jeszcze na niego trąbią. Zresztą z tą prędkością, która zabija, to mit. W Niemczech na wielu odcinkach autostrad nie ma ograniczeń i można pędzić do woli – oczywiście, kiedy dojdzie do wypadku przy dużej prędkości skutki są straszne, ale jeśli wszyscy jadą płynnie i szybko, nie ma specjalnego zagrożenia, wystarczy popatrzeć na ich statystyki.

Powrót Roberta Kubicy do Formuły 1 zaskoczyłby pana?

Robert już wrócił do sportu, najpierw do rajdów. Wszyscy oczekiwaliśmy od razu wielkiego wyniku, co było mało realne, a przecież Kubica przejechał choćby kultowe Monte Carlo w świetnym stylu. Jedną ręką. Ludzie kochani, przecież facet robi nieprawdopodobne rzeczy! Bardzo go podziwiam. W historii polskiej motoryzacji nie było nikogo równie utalentowanego. Jak on czuł asfalt, jak dobierał opony, jak trakcję ustawiał! To był kot, geniusz jeżdżenia. Według mnie zabrakło mu tylko jednego – zwyczajnej pokory. I nie chodzi mi o wypadek, Robert po prostu poczuł, że jest niezniszczalny. A ja wiem, jak z takiej perspektywy łatwo się pomylić.

Kubica był zdolniejszy od pana?

Gdybym w pewnym momencie nie popełnił błędu, pewnie byłbym mistrzem świata WRC. Byłem bardzo szybki. Ale moi rywale nie tylko mieli lepsze, fabryczne auta, a do tego już wtedy stosowali diety, sztaby ludzi pracowały nad ich treningami, psychiką. Byli o krok z przodu, a ja byłem zbyt niecierpliwy, by czekać pokornie na swoją kolej, więc nie wsiadłem do odpowiedniego wagonu. Myślę, że w pewnym momencie byłem bardziej kompletnym kierowcą od Roberta, ale talentem w Polsce nikt mu nie dorównał!

I pokorniejszym?

W miarę upływu czasu. Pokora przychodzi – kiedy szło się na dno, trzeba było jakoś wyciągnąć nogi z mułu, a potem płynąć, by najpierw zobaczyć jasną wodę, a dopiero na końcu poczuć powietrze. Ludzie widzą uśmiechniętego Hołowczyca, z dziewczynami, szampanem, a mało kto wie, ile tysięcy kilometrów trzeba przejechać, żeby do czegoś dojść, ile to kosztuje wysiłku, potu i bólu.  —rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE