Wiesław Juszczak: Bez humanistów zacznie się bałagan

aktualizacja: 25.06.2017, 18:33
Wiesław Juszczak w wykopaliskach starożytnej osady Hagia Triada na poł...
Wiesław Juszczak w wykopaliskach starożytnej osady Hagia Triada na południu Krety.
Foto: Ze zbiorów prywatnych Wiesława Juszczaka, Małgorzata Omilanowska

Moje długoletnie doświadczenia z różnymi dziedzinami kultury i sztuki pokazują, że istnieje sfera, która jest zakryta przed naszym rozumem, choć czasem dostępna naszym emocjom. Udawanie, że świat niematerialny nie istnieje, jest po prostu irracjonalne - mówi prof. Wiesław Juszczak, filozof sztuki.

REDAKCJA POLECA

Plus Minus: Czy humaniści skazani są na wymarcie?

Moim zdaniem nie. Jest wielu młodych utalentowanych ludzi mających dorobek, nie mówiąc już o starszych. Nie sądzę zatem, by humanistyka rzeczywiście była w stadium upadku.

Jak zatem traktować decyzję Japonii o likwidacji w tym kraju studiów humanistycznych?

Dziwne, że sygnał wyszedł z kraju, dla którego wierność tradycji kultury była pierwszą zasadą istnienia.

Nie można sprzeciwiać się tradycji?

Nie. Tradycja to najgłębsze korzenie kultury. Oczywiście, tradycja się rozwija, tworząc konwencje, ale ich wewnętrzny rozwój nie narusza jednak pewnych granic. Na przykład, jeśli spojrzeć na przywołaną przez panią Japonię – film w okresie kina niemego rozwijał się tam jakby na przedłużeniu starych konwencji teatralnych. Tak było zresztą wszędzie. Najbardziej znany w Europie japoński reżyser, Akira Kurosawa, był wówczas krytykowany w swojej ojczyźnie za naruszanie konwencji dawnego teatru japońskiego. Najbardziej cenionym w Japonii był nieznany przez długi czas w Europie Yasujiro Ozu, który choć żył tylko 60 lat, to nakręcił 59 filmów, z czego większość jeszcze w okresie kina niemego. Później udało mu się przedostać przez barierę dźwięku, która wielu reżyserów i aktorów załamała. A w ostatnich swoich filmach wprowadził jeszcze kolor. Opowiadał wyłącznie współczesne historie o życiu zwykłych, przeciętnych ludzi, ale w niektórych filmach, zwłaszcza w moim ulubionym, jakim jest „Jesień rodziny Kohayagawa", w jednej z głównych ról obsadził wielkiego, mocno już wtedy starszego aktora kabuki. Grał on właściwie tak samo jak pozostali, ale jednak wprowadzał coś z tradycyjnego teatru, jednej z trzech żelaznych japońskich konwencji teatralnych. I co jest godne zauważenia – w uznaniu swojej twórczości – został pochowany w shintoistycznej świątyni, jako przedstawiciel religii shinto.

Ale co będzie z jego następcami? Czym ta likwidacja humanistycznych studiów będzie skutkować?

Bałaganem, bo odchodzenie od tradycji burzy porządek myślenia.

Od czego zaczął się ten „bałagan"?

Od uwspółcześniania. Przywołam tu ostatnią operę, jaką widziałem – „Manon Lescaut" Giacomo Puccciniego w warszawskim Teatrze Wielkim. W libretcie rzecz się dzieje na stacji dyliżansów pod koniec XVIII wieku, dokąd bohaterkę mającą wstąpić do zakonu odprowadza brat. A na scenie akcja toczy się na dworcu. Przez środek sceny, wzdłuż rampy co chwila przejeżdża pociąg. Po dwóch stronach torów są perony, po których biegają ludzie z chóru z walizkami na kółkach, zagłuszając muzykę. Bohaterka opery wchodzi w czerwonym, chyba z plastiku zrobionym, kostiumie do połowy łydki, w jakimś kapelusiku. A z góry zjeżdża prostokątna, zrobiona ze świetlówek rama, w której ona się znajduje, na górze zaś napisane jest Manon. To chwyt reklamowy, po prostu. I wszystko jest bez sensu. A co się dzieje dalej – nie wiem, bo wyszedłem.

Często się to panu zdarza?

Przestałem chodzić do opery, odkąd popsuli ją reżyserzy i trudno przewidzieć, co mnie tam spotka. Miałem kilka takich przygód w ostatnich latach, gdy nie dało się siedzieć i patrzeć na to, co się dzieje na scenie. Nie mówiąc o tym, że w gruncie rzeczy muzyka była na drugim planie, stanowiąc jedynie pretekst do realizacji przedstawienia. Często kupuję płyty operowe albo otrzymuję je w prezencie, nie tylko z muzyką, ale i zarejestrowanym ze spektakli obrazem. Ostatnio dostałem dwie, które są właściwie nie do oglądania. To katastrofa.

Bo?

Bo na przykład w mojej ukochanej „Normie" Belliniego druidzi występują we współczesnych strojach myśliwskich z dubeltówkami. Druidzi! Celtyccy kapłani przewodzący obrzędom i ceremoniom religijnym z bronią w rękach. Zgroza! A członkinie orszaku Normy, arcykapłanki, są czymś w rodzaju zbioru habitów i nie kojarzą się z kapłankami – jak zostało to w libretcie zapisane. Mają jeszcze pod brodami kołnierze, które – jak sądzę – przeszkadzają im śpiewać. Tak wymyślili sobie reżyser ze scenografem.

Uwspółcześnione interpretacje mają jednak wielu zwolenników, patrząc na wypełnione publicznością sale operowe...

Tylko przeważnie ta publiczność nie ma pojęcia o muzyce. Do opery chodzi, bo wypada, albo z powodów towarzyskich. Ale, na przykład, świetna śpiewaczka Edita Gruberova, która właśnie skończyła 70 lat i jest wciąż w bardzo dobrej formie, mówi, że wykonuje ostatnio opery wyłącznie koncertowo, ponieważ boi się reżyserów. Byłem dwukrotnie w Warszawie, gdy śpiewała rzadko wykonywaną operę Donizettiego „Roberto Devereux" i ostatnio także „Normę". Ale orkiestra siedziała na scenie, chór też, a śpiewacy przy pulpitach byli na proscenium. Tyle że nie było to przedstawienie, tylko koncert.

I tak jest lepiej?

Znacznie, przynajmniej dla mnie. Konwencja operowa oraz baletu klasycznego są jednymi z niewielu, jakie stworzyła Europa, więc burzenie ich dla samego burzenia jest nonsensowne i szkodliwe.

Nie można tych konwencji modyfikować?

Nie powinno się, bo to się kłóci z pierwotnymi założeniami, z muzyką. Konwencje tych gatunków muzyczno-scenicznych miały swoje reguły od początku XVII wieku. Ruch sceniczny rozwijał się powoli – poczynając od konwencji barokowej, podążającej w stronę abstrakcji, nie było tam tego, co nazwać by można realizmem. Potem pojawiały się różne nurty, które przekształcały te konwencje. Ale nie łamały ich. Jeśli weźmiemy „Orfeusza" Monteverdiego, który powstał w 1607 roku, a potem „Toscę" Pucciniego napisaną w 1899 roku, to widać, że zaszła między nimi ogromna zmiana, ale wszystko pozostało jednak w ramach operowej konwencji. To znaczy, wykonawcy może inaczej grają, śpiewając w „Tosce" niż w „Orfeuszu". Prawie 300 lat odległości między nimi robi swoje. „Orfeusz", oparty na micie, uważany za początek opery, mniej był realistyczny z dzisiejszego punktu widzenia niż „Tosca", właściwie całkiem realistyczne przedstawienie. W pierwszych dekadach XX wieku pojawiły się różne awangardowe opery. Owszem – łamały konwencję muzyczną, ale – samą tylko konwencję. Zmiany w partyturze powodowały, że inaczej musiała być prowadzona reżyseria. Nie było jednak takich ostrych zmian, jakie pojawiają się w ostatnich dekadach.

Dlaczego dziś te zmiany się pojawiają?

Trudno powiedzieć. Ale jest to sprzeciw wobec tradycji.

Czy widać go także w innych dyscyplinach sztuki?

Na pewno tak. Jeśli idzie o sztuki plastyczne, to nie bardzo już wytrzymuję te wszystkie performance'y i temu podobne, które mają zastąpić rzeźbę i malarstwo. Co do teatru – widziałem przedstawienie jednej z największych tragedii greckich, czyli „Bachantki" Eurypidesa – całkowicie przeniesione we współczesność. I było to zupełnie bez sensu. Tragedia zaczyna się od monologu Dionizosa, który jest ubrany w wygnieciony biały garnitur. W rozpiętej marynarce, z gołą klatką piersiową wygłasza monolog, stojąc tyłem do publiczności. Do tego nie bardzo komunikatywnie wydobywa z siebie tekst. Kiedy ktoś zapytał reżysera, dlaczego tak jest, odpowiedział, że aktor się wcielił w Dionizosa i uczy się mówić. To bzdura przecież. Bóg nie musi się uczyć mowy, bo mówił pierwszy, przed wszystkimi.

Na początku lat 60. widział pan po raz pierwszy w Londynie rzeźby z Partenonu. Ale do Grecji pojechał pan po wielu latach, w 1995 roku. Dlaczego dopiero wtedy?

Po rocznym pobycie na stypendium w Londynie w latach 60., nie przyszło mi do głowy, żeby ponownie wyjechać za granicę, bo tamte drzwi jakby się zamknęły i nie chciałem już próbować więcej razy przechodzić przez granice. Wtedy nie było to takie proste jak dziś. Szczególne wrażenie wywarł na mnie tygodniowy, samotny pobyt w mieście Eleusis, znanym z misteriów odprawianych w starożytności, a związanych z kultem Demeter, jej córki Persefony i Dionizosa. Po pobycie w Grecji powstała jedna z moich najważniejszych książek, „Realność bogów". Przeżycie Grecji zawarłem też w „Dzienniku apokryficznym", szkicu o zetknięciu z Grecją od strony najbardziej skrytej, tajemniczej. Bo nie wiadomo dotąd, jak wyglądały misteria eleuzyjskie, chociaż wielu próbowało złamać tę tajemnicę.

Wypromował pan dziesiątki doktoratów, a o pańskich wykładach krążą legendy do dziś. Skąd ich sława?

Może dlatego, że tematy wybierałem wyłącznie według własnych zainteresowań. Kiedy zacząłem pracować na Uniwersytecie Warszawskim, mogłem robić, co chciałem, prowadzić wykłady monograficzne, których przedmiot sam wymyślałem. Były m.in. o teorii ornamentu, myśli Platona o sztuce, również o kinie zagranicznym, w tym – i japońskim.

Ale kontakt z kinem polskim skończył pan podobno w latach 60. Dlatego, że zobaczył pan już wszystko, co ważne?

Polski film mówił o sprawach dziejących się dookoła nas, w związku z czym nie musiałem chodzić do kina, żeby jeszcze raz oglądać to samo – zarówno w wersji akceptującej rzeczywistość, jak i sprzeciwiającej się jej. Znudziło mnie oglądanie po raz kolejny świata, który był mi dobrze znany, choć obcy. Znacznie bardziej niż ten, o którym opowiadali wielcy zagraniczni reżyserzy, od Bergmana, najważniejszego dla mnie poczynając, poprzez Federico Felliniego, do Michelangelo Antonioniego. No i jeszcze Franco Zeffirelli, który nakręcił wspaniały film o św. Franciszku.

Polscy twórcy byli mniej wrażliwi?

Nie, byli i znakomici, tacy jak Wojciech Jerzy Hass na przykład. Albo Andrzej Wajda, dla którego filmów uczyniłem wyjątek, oglądając je systematycznie. Ale to, co mnie najbardziej u Wajdy urzekło, to filmy nawiązujące do literatury, którą można by nazwać romantyczną, włączając w to także Jarosława Iwaszkiewicza, autora „Brzeziny" czy „Panien z Wilka". A poza tym Wajda nakręcił jeden z największych filmów – „Piłat i inni" inspirowany jednym z wątków „Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa, z ostatnią wielką rolą Jerzego Kreczmara jako Piłata. Znakomita obsada, świetne pomysły – właśnie z pewnym unowocześnieniem opowieści. Chociażby to, że Golgota została umieszczona przy berlińskiej autostradzie. Ale to nie przeszkadzało, bo napięcie, gra aktorów, potraktowanie całej sceny coś dodawało, a nie ujmowało przez skontrastowanie dramatu rozgrywającego się w pierwszym planie. Tylko wielcy potrafią tak zrobić.

W latach 70. pana książka „Postimpresjoniści" zrobiła dość nieoczekiwaną karierę – miała kilka wydań. Ale nie podążył pan tą drogą wysokonakładowych sukcesów...

W jakimś sensie jeszcze jakiś czas szedłem. Książkę, o której pani wspomina, napisałem przypadkiem, kiedy pracowałem nad doktoratem o Witoldzie Wojtkiewiczu. Pracowałem w Państwowym Instytucie Wydawniczcym, gdzie poznałem panią z „Filipinki", poczytnego dwutygodnika dla młodych panien. Namówiła mnie, żebym zrobił do tego pisma serię artykułów o postimpresjonistach. W ten niby sposób powstała ta książka, którą potem jednak napisałem na nowo. To było popularne wprowadzenie w popularny nurt malarski. No i widać – spodobało się.

Często wychodził pan naprzeciw oczekiwaniom zamawiających u pana książki?

Zdarzało się, takim zamówieniem była książka o malarzu Janie Stanisławskim, jednym z głównych przedstawicieli polskiego modernizmu. Był postacią z okresu, którym się interesowałem i zajmowałem, czyli z przełomu XIX i XX wieku. Potem było niespodziewane zamówienie pani Marii Weissowej, wdowy po malarzu Wojciechu Weissie, bym napisał o nim książkę. Ale i tak nie pisałem o całym jego życiu, bo nie mieściło się to w kręgu moich dociekań. Wolałem się zajmować tym, co mnie interesowało. To i tak nieustanne otwieranie nierozwiązanych problemów.

Takie wybory mają w pańskim przypadku daleko idące skutki, na przykład konsekwentne unikanie doraźności, presji współczesności.

To prawda. Bronię się przed doraźnością. Po co się koncentrować na przemijającym?

Często zarówno w rozmowie, jak i swoich tekstach, używa pan określenia – mistyczny. To ważne określenie?

Bardzo. Pomaga spojrzeć z właściwym dystansem na przygniatającą nas codzienność życia, aktualnych wydarzeń na świecie, międzyludzkich relacji itd. Jest taka sfera, która należy do rzeczywistości najpierwotniejszej, a mówiąc nieostrożnie – religijnej. Zawsze mnie interesowało przeżycie, które nie tylko wykracza poza codzienność, ale temu, co się zdarza w życiu, nadaje głębszą perspektywę. Dlatego w gruncie rzeczy od czasu napisania „Zasłony w rajskie ptaki", książki o książce Virginii Woolf, i oczywiście zajmowania się Williamem Blakiem – zacząłem przemieszczać się w stronę historii religii, czyli tematu, któremu poświęciłem mniej więcej połowę życia. I który też w inny sposób umożliwia mi ciągłe poszukiwania w różnych dziedzinach sztuki, zwłaszcza najbliższej mi – muzyce.

Czy ta sfera życia niewyrażalnego, trudno opisywalnego jest ludziom dzisiaj jeszcze w ogóle potrzebna?

Mnie bardzo. Powoduje nieco inny stosunek do świata.

Na czym polega jej inność?

Sfera, którą nazywamy mistycyzmem, dopełnia przeżywanie świata. Bez tego możemy go oglądać jedynie jak przypadek geologiczny. Moje długoletnie doświadczenia z różnymi dziedzinami kultury i sztuki pokazują, że istnieje sfera, która jest zakryta przed naszym rozumem, choć czasem dostępna naszym emocjom. Przykładem niech będzie film dokumentalny Wernera Herzoga „Jaskinia zapomnianych snów" o najstarszych odkrytych na Ziemi malowidłach naskalnych sprzed ponad 30 tysięcy lat. Rysunki wyglądają bardzo świeżo – na przykład koń wygląda jakby wczoraj został namalowany. Są mamuty, konie, bizony, nosorożce – wiele z nich jakby uchwyconych w ruchu. Mamy do czynienia ze światem wyjątkowej tajemnicy, z pytaniem, jak człowiek, żyjący na tak niskim poziomie cywilizacji, potrafił sięgnąć swoim dziełem do tego, co niewytłumaczalne. Herzog świetnie to pokazuje i o ludziach, którzy wykonali malowidła, mówi jako o twórcach wielkich świątyń jaskiniowych, bo tak je się traktuje. Tam się przecież nie mieszkało. Tamci ludzie inaczej rozumieli świat, głębiej niż my. Herzog za niezbyt stosowne czy prawdziwe uważa określenie człowieka na tym poziomie paleolitu i neolitu jako homo sapiens. On powiedziałby raczej: homo spiritualis. I że to jest ślad uduchowienia człowieka, który potrafił stworzyć taką sztukę, która do dzisiaj jest absolutnie żywa, autentyczna i przejmująca w dodatku. Mistyczne przeżycie. William Blake, którym tyle się w życiu zajmowałem, też bez wątpienia był mistykiem. To również sprawa otwierania się wizji, które nie mieszczą się w czysto racjonalnych rygorach. Bo świat jest tak zbudowany, że nie tylko jest materią. Sprowadzanie go do samej tylko materialności jest absurdem. Udawanie, że świat niematerialny nie istnieje, jest po prostu irracjonalne. A nie – jak wielu myśli – odwrotnie.

Ukazała się właśnie rozmowa rzeka „Ruiny czasu" (Wydawnictwo Czarne), w której o filmie, muzyce i balecie, Grecji i sztuce z profesorem Wiesławem Juszczakiem rozmawia Dariusz Czaja.

We wstępie przypomina on o wszechstronności i rozległości zainteresowań swego rozmówcy: „Prawdziwy polihistor, jak w starych dobrych czasach określano człowieka biegłego w różnych dziedzinach wiedzy. Nominalnie – historyk sztuki, jednak w praktyce, w badawczych namiętnościach ktoś, kto solidnie wykracza poza granice, niemałego przecież poletka obrabianego przez rutynowe zainteresowania swojej dyscypliny. Jeśli trzeba, bywa także filozofem, filologiem, starożytnikiem, antropologiem, literaturoznawcą, filmoznawcą – by ograniczyć się do dziedzin, o których pisał. A przecież jest Juszczak także miłośnikiem i znawcą baletu, opery, filmu japońskiego (mówię poważnie, nic nie zmyślam!), Mahabharaty, a poza tym jeszcze: jest tłumaczem Karen Blixen, T.S. Eliota i Williama Blake'a... Pewnie coś pominąłem, przepraszam".

Do tego: „anachronizm jego postawy życiowej i naukowej. Juszczak wyraźnie nie jest »na czasie«, nie idzie z duchem czasu, ani trochę się z nim nie ściga. W tej postawie świadomego odwrócenia się od współczesności jest coś symptomatycznego, coś, co nie tylko usprawiedliwia, ale i uwiarygodnia jego wybory poznawcze. Rzeczywiście: nie goni w swym pisaniu za nowinkami, nie trzyma maniakalnie ręki na pulsie zdarzeń codziennych. Nie imają się go także sezonowe fascynacje intelektualne ani inne modne bzdury. Dużo częściej spogląda w przeszłość, by raczej tam znajdować inspiracje do swoich interpretacyjnych konceptów".

26 czerwca prof. Wiesław Juszczak będzie świętował 85. urodziny. —mp

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE