Marek Migalski: Koniec polityki, jaką znamy. Nowe twarze liberalizmu i konserwatyzmu

aktualizacja: 17.06.2017, 22:56
Satyryczna wizja równowagi sił politycznych w XIX-wiecznej Wielkiej Br...
Satyryczna wizja równowagi sił politycznych w XIX-wiecznej Wielkiej Brytanii. Po lewej torysi, czyli konserwatyści, po prawej wigowie, czyli liberałowie. W czasach współczesnych wigów na brytyjskiej scenie politycznej zastąpiła Partia Pracy.
Foto: Hulton Archive/Getty Images

Świat polityki był przez ostatnie dwa stulecia opisywany za pomocą podziału na prawicę i lewicę. Dziś ów sposób jest prawie całkowicie nieadekwatny do rzeczywistości. Dlaczego tak się stało i co może go zastąpić?

REDAKCJA POLECA
26.11.2016
Rozwój internetu prowadzi do wymiany elit
kariera
Wulgaryzmy w pracy niedopuszczalne, chociaż powszechne

Podział na prawicę i lewicę przestał być pomocny w ocenie politycznej rzeczywistości. Dziś coraz więcej przywódców politycznych, rządów czy ugrupowań partyjnych wymyka się tej kategoryzacji. Jak bowiem opisać za jej pomocą Nowoczesną Ryszarda Petru, która chce zarówno legalizacji związków partnerskich oraz świeckości państwa (czyli klasycznych postulatów lewicy), jak i liberalizacji gospodarki i poszanowania prawa własności naszych oszczędności gromadzonych w OFE (pomysły charakterystyczne dla prawicy)? Prawicowe czy lewicowe jest Prawo i Sprawiedliwość, które hołubi naród, Kościół i tradycyjne małżeństwo, ale zarazem prowadzi bardzo redystrybucyjną politykę gospodarczą i społeczną? A Platforma Obywatelska? Konia z rzędem temu, kto z jej slalomu ideologicznego i licznych deklaracji ideowych, prezentowanych na przestrzeni ostatniej dekady, potrafiłby odgadnąć jej miejsce na diadzie prawica-lewica.

Ale to nie tylko polska przypadłość. Jak określić bowiem nowego prezydenta Francji oraz powołany przez niego rząd? Przecież to mix idei i osobowości przynależnych zarówno do lewicy, jak i prawicy. A Donald Trump? Czy na pewno jest to klasyczny prawicowiec? Jeśli tak, to jak wytłumaczyć jego deklaracje walki z globalizacją, chęci zamknięcia amerykańskiego rynku dla obcych inwestorów i zapowiedzi swoistej autarkii gospodarczej, której celem jest ochrona miejsc pracy w Ameryce? A także jego mało prawicowe życie osobiste. Dosyć to dalekie od tego, co przez dziesięciolecia prezentowała Partia Republikańska.

O ból głowy może także przyprawić politologów program najbardziej klasycznej w Europie partii konserwatywnej, czyli brytyjskich torysów. Są oni od lat zwolennikami legalizacji małżeństw homoseksualnych, czy też walki o równouprawnienie kobiet. A Putin? Kim jest – prawicowcem czy lewicowcem?

Tego typu uwagi można czynić wobec prawie każdego systemu partyjnego i wobec prawie każdej partii. Pokazuje to, iż dotychczasowe narzędzia opisu świata polityki wyczerpały się i muszą zostać zastąpione nowymi, bardziej odpowiadającymi współczesnym realiom. Bo trudno się dziwić, że pojęcia stworzone jeszcze w XVIII wieku przestają być użyteczne obecnie.

Dwieście lat opisu świata

Podział na lewicę i prawicę po raz pierwszy został zastosowany podczas rewolucji francuskiej. Przedstawiciele tej pierwszej charakteryzowali się radykalizmem społecznym, skłonnością do zmiany politycznej, niechęcią do monarchii i zastanego porządku politycznego. Z kolei reprezentanci prawicy rekrutowali się spośród zwolenników utrzymania status quo ante, poszanowania tradycji i dotychczasowego ładu społecznego, zwolenników władzy Kościoła oraz szerokich uprawnień monarchy. W dużym uproszczeniu był to więc podział na wyznawców klasycznego liberalizmu i konserwatyzmu. Za kanałem La Manche doskonale egzemplifikował go spór między już od dawna istniejącymi stronnictwami wigów i torysów, w którym ci pierwsi mogliby być opisywani jako typowi liberałowie swojej epoki, a ci drudzy jako konserwatyści. Dopiero w XX wieku wigowie zostali wyparci z roli głównej siły konkurencyjnej wobec torysów przez lewicowców z Labour Party, ale w czasie, gdy we Francji kształtował się podział na prawicę i lewicę, to właśnie torysi i wigowie byli ich odpowiednikami po drugiej stronie Kanału Angielskiego.

Co zresztą ciekawe – wprowadzenie badanej przez nas terminologii mogło być nie tylko dziełem przypadku i beznamiętnego opisu rozmieszczenia poszczególnych stronnictw politycznych we francuskim Zgromadzeniu Narodowym, ale także... sprytnym zabiegiem „marketingowym" ideologów prawicy. Są bowiem opinie, że zaproponowane nazwy miały się odwoływać do biblijnego opisu tych, którzy siedząc po prawicy pańskiej, śpiewają hosanny na wysokościach, a tymi po lewicy zgrzytającymi zębami.

Bez względu jednak na to, czy rzeczywiście tak było, podział wówczas wprowadzony przetrwał ponad dwa stulecia, w miarę sensownie opisując wygląd sceny politycznej oraz, co nawet ważniejsze, pozwalając wyborcom na autoidentyfikacje. Wraz bowiem z rozszerzaniem się praw wyborczych i demokratyczną inkluzją, kolejne miliony uprawnionych do głosowania – dzięki definicjom prawicy i lewicy – mogły się odnaleźć w systemie politycznym i zgodnie ze swoimi mniemaniami brać udział w akcie wyborczym.

To, co przez 200 lat składało się na typowy zestaw światopoglądu prawicowego i lewicowego, było nieco odmienne w każdym kraju, ale rdzeń tego, co mogło uchodzić za postawę lewicową i prawicową, był relatywnie zbieżny z każdym prawie opisem, dokonywanym post factum przez świat nauki. I choć różni badacze problemu w różny sposób definiowali inkryminowany fenomen, to można pokusić się o przedstawienie podziału na prawicę i lewicę, obowiązującego od końca XVIII wieku w następujących kategoriach: kanonem myślenia prawicowego było przekonanie o tym, że ekonomia winna być oparta na liberalizmie, a władza na szacunku; małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, a dzieci są jego (małżeństwa) celem; życie ludzkie jest święte od naturalnego początku do naturalnej śmierci; Kościół powinien mieć wpływ na życie polityczne, a naród to coś więcej niż społeczeństwo; najlepszym modelem ustrojowym była monarchia lub – ewentualnie – silna prezydentura.

Z kolei lewica zawsze opowiadała się za alternatywnymi wobec liberalizmu sposobami zarządzania gospodarką; rodzina i płeć były dla niej kategoriami płynnymi i niejednoznacznymi; „świętością" była świeckość państwa; równouprawnienie kobiet powinno obejmować także prawo do aborcji; model ustrojowy państwa winien zmierzać ku systemowi parlamentarno-gabinetowemu, a pojęciem bardziej stosownym niźli naród było zawsze społeczeństwo.

Rozpędzony świat

Każdy z badaczy zajmujących się interesującym nas problemem dodawał lub odejmował z tego zestawu pewne wartości i zagadnienia, ale przedstawiony powyżej rejestr cech dystynktywnych dla prawicy i lewicy wyglądał zazwyczaj podobnie. Dziś jednak nie ma on nic wspólnego z rzeczywistością, bowiem niewiele jest partii, które w „czystej" postaci akceptują i wyznają cały wachlarz wymienionych stanowisk i opinii. Podobnie jest w odniesieniu do poszczególnych wyborców – tylko niewielka ich część wyznaje koherentny zestaw opinii właściwych dla prawicy lub lewicy. Zazwyczaj hołdują oni zarówno aksjologii prawicowej, jak i lewicowej, wybierając sobie z nich to, co im pasuje i odpowiada. Dlaczego tak się stało? Jest kilka powodów tego, że obecnie klasyczny podział jest już nieaktualny.

Pierwszym, i chyba najważniejszym, jest to, że na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci bardzo zmienił się świat. Tylko wyznawcy Janusza Korwin-Mikkego uważają, że taka gospodarka, jaka funkcjonowała w Stanach Zjednoczonych w XIX wieku, jest możliwa dzisiaj, w dobie zglobalizowanych rynków i szybkich przepływów kapitałowych. Tylko fundamentaliści religijni mogą wciąż sądzić, że to Bóg określa, co jest naturalnym początkiem życia, a co jego – oczywiście także naturalnym – końcem. Postępy medycyny i nauki w ogóle pozbawiły nas tej słodkiej naiwności i pewności co do tego, że wszystko, czego potrzebujemy do oceny moralnej człowieka, jest zapisane w świętych księgach. Tylko ignoranci nie zauważają, jak bardzo skomplikowała się machina państwowa i jak specjalistyczne są działania poszczególnych jej agend; oraz to, że rządzenie według dawnych wskazań filozofów może być nadal aktualne.

Słowem – o śmierci diady prawica-lewica w dużej mierze zdecydował rozwój świata i jego coraz bardziej komplikująca się materia. Nic już nie jest takie proste i oczywiste, jak było u schyłku XVIII wieku, kiedy to opisanie świata w kategoriach wówczas zaproponowanych było satysfakcjonujące. Obecnie życie, także życie polityczne, tak bardzo się skomplikowało, że nieadekwatne wydają się nie tylko dawne odpowiedzi religijne i etyczne, ale także polityczne.

Droga do populizmu

Drugą przyczyną odchodzenia w przeszłość klasycznego podziału na prawicę i lewicę jest to, co partie reprezentujące ich idee robiły na przestrzeni ostatnich dekad. Zamiast dawać odmienne i konkurencyjne wobec siebie recepty i rozwiązania społecznych problemów, ugrupowania prawicowe i lewicowe coraz bardziej się do siebie upodabniały i powoli stawały się nierozróżnialne. Jak modele aut różnych marek, które w ostatnich czasach wyglądają prawie tak samo i by je rozróżnić, trzeba zobaczyć logo, bowiem po samym ich kształcie jest to nieomal niemożliwe.

Identyczny proces zaszedł w odniesieniu do prawicowych i lewicowych partii, które z każdą kadencją coraz bardziej się do siebie upodabniały i zbliżały tak, że na przełomie wieków wiele z nich straciło już cechy osobnicze. Socjaldemokratyczna SPD mogła zupełnie dobrze współrządzić z chadecką CDU, postsolidarnościowe PiS lub PO z postkomunistyczną Samoobroną lub PSL, EPP z socjalistami w Parlamencie Europejskim. Kogokolwiek wybierał europejski i światowy wyborca, to i tak dostawał w efekcie ten sam zestaw rozwiązań politycznych i posunięć ekonomicznych. Wykorzystując słynne powiedzenie Forda: mógł żądać każdego modelu samochodu, pod warunkiem że był to czarny Ford T.

Skutkowało to spadkiem zaufania do świata polityki, frekwencji wyborczej oraz aktywności społecznej. Ludzie coraz bardziej czuli się oszukiwani, a ich nadzieje na radykalną poprawę swego losu pozostawały płonne. Bo przecież nawet jeśli wybierali lewicę, to... obniżała ona podatki dla najbogatszych, a gdy do władzy dochodziła prawica, to... wprowadzała ona małżeństwa homoseksualne.

Bunt rodził się na obrzeżach systemu politycznego – na skrajnej lewicy i na skrajnej prawicy. Stawały się one coraz bardziej „tożsamościowe", ale poprzez swoją marginalizację w systemie – radykalizowały się. Efektem było to, że o ile mainstream stawał się coraz bardziej bezideowy, o tyle marginesy polityczne stawały się coraz bardziej fundamentalistyczne i tylko one reprezentowały wartości prawicy lub lewicy, ale za cenę ich patologizacji. Skutkiem było to, że do prawdziwej i spójnej prawicowości lub lewicowości przyznawały się tylko ugrupowania i jednostki najbardziej radykalne – w Polsce nacjonaliści spod znaku mieczyka Chrobrego lub internacjonaliści z partii Razem. Musiało to implikować kolejne odchodzenie od interesującej nas diady. Jeśli bowiem przyznawali się do niej jedynie fundamentaliści i ludzie z politycznego marginesu, to trudno, żeby działało to na jej korzyść.

Zablokowanie zmian w systemie demokratycznym, bezalternatywność bezideowego sojuszu formacji mainstremowych, żywotność podziału prawica-lewica jedynie na obrzeżach sceny politycznej – wszystko to musiało zakończyć się wybuchem populizmu. Był on naturalną reakcją na fikcyjność zaistniałej sytuacji. Gdy bowiem demos uświadomił sobie - lub raczej – poczuł, że jego głos w żaden prawie sposób nie wpływa na polityczną rzeczywistość, i że bez względu na to, kogo wybierze, to szefem europarlamentu będzie zawsze „Buzko-Schulz", zwrócił on swoją uwagę na polityków populistycznych, wprost wyrażających jego frustracje z zaistniałej sytuacji. Pojawili się politycy, którzy chętnie obsłużyli to niezadowolenie – Trump, Le Pen, Kukiz. Populiści, czasem z sukcesem, a czasem bez niego, odwołali się bezpośrednio do poczucia krzywdy „zwykłego wyborcy", którego głos jest ignorowany i niesłuchany; który nie ma możliwości rzeczywistego i przekładającego się na decyzje polityczne wyrażenia swego sprzeciwu; który nie odnajduje się we współczesnym, bardzo skomplikowanym świecie. I który odrzuca, jako nieadekwatny i nieodpowiadający rzeczywistości, podział na prawicę i lewicę.

Powrót do przeszłości

Co zatem może zastąpić ten dotychczasowy podział? Jak naukowcy, ale także politycy oraz – co najważniejsze – sami wyborcy mają w przyszłości opisywać polityczną rzeczywistość? Słowem – co już zastępuje i co może w przyszłości całkowicie zastąpić podział na prawicę i lewicę?

Część komentatorów już podjęła się próby opisania głównego podziału politycznego, dzielącego współczesne sceny partyjne i współczesne społeczeństwa. Najczęściej pojawia się opis, wyróżniający postawy (a co za tym idzie także partie) otwarte i zamknięte. Te pierwsze miałyby się charakteryzować akceptacją wolnego rynku i takiegoż modelu rodziny, a także inkluzji społecznej oraz tolerancją i poszanowaniem praw mniejszości wszelakich. Te drugie z kolei odwoływałyby się do zasad protekcjonizmu ekonomicznego, sprzeciwu wobec procesów globalizacji, a także ekskluzji wobec środowisk mniejszościowych, wzmocnienia obowiązujących reguł i zasad wyznawanych przez dominującą większość, egoizmem narodowym i darwinizmem społecznym.

W takim ujęciu przedstawiciele postawy otwartej byliby liberałami po przejściach, a reprezentanci postawy zamkniętej konserwatystami z przeszłością. Doświadczeni przez okropności XX wieku, ale także bogatsi o wiedzę o człowieku, którą owo stulecie przyniosło, wyznawcy obu paradygmatów odtwarzaliby zatem ten podział polityczny, który... poprzedzał podział na prawicę i lewicę! Byłby to powrót do przeszłości, choć powrót z bolesną świadomością, jak wiele się wydarzyło w dziejach ludzkości przez ostatnie 200 lat.

Z przedstawionym powyżej podziałem koresponduje inny, zakładający, że główny spór polityczny i ideowy w obecnym świecie przebiega między globalistami a lokalistami. Jeśli pominąć nieistotne szczegóły, to nakłada się on na konflikt między zwolennikami otwartości i zamknięcia. Bo przecież w obu ujęciach do tej samej grupy zaliczymy Trumpa, Le Pen, Kaczyńskiego, Kukiza, Wildersa, Orbana czy Putina, a do innej Clinton, Macrona, Petru, Schetynę czy Merkel i Schulza. To w istocie ta sama odsłona sporu między postnowoczesnymi konserwatystami a postnowoczesnymi liberałami.

Oba powyższe podziały mają jednak jedną wadę – od razu widać, że tworzyli je zwolennicy postawy otwartości i globalizmu. Bowiem w ich świetle wyznawcy zamknięcia i lokalizmu muszą jawić się jako mający mniejsze racje, jako nierozumiejący współczesności i żyjący jedynie przeszłością oraz resentymentem. To trochę tak, jak swego czasu rozróżnienie sposobów filozofowania przedstawione przez Leszka Kołakowskiego, dzielącego myślicieli na „błaznów" i „kapłanów". Po przeczytaniu ich charakterystyk każdy szanujący się filozof chciał być postrzegany jako arcybłazen, bowiem zaliczenie w poczet kapłanów równało się oskarżeniem o scholastyczny lub marksistowski dogmatyzm.

Wolnościowcy i bezpieczniacy

Dlatego kilka tygodni temu zaproponowałem na łamach „Rzeczpospolitej" inny podział polityczny opisujący współczesne demokracje zachodnie (i nie tylko). Pisałem następująco: „Wydaje mi się, że najtrafniej może to zjawisko wyjaśniać podział na wolnościowców i bezpieczniaków. Pod pierwszym pojęciem rozumiem tych, którzy za najważniejszą wartość w swoim życiu, ale także w życiu społecznym, uważają wolność. Wolność osobistą, polityczną, gospodarczą. Po prostu wolność i jej pochodne. Tego typu ludzie są otwarci na inne kultury, doznania, emocje, ludzi, aksjologie. Nie boją się ich i konfrontacji z nimi – pod warunkiem właśnie, że nie ograniczy to ich swobód. Za największe zagrożenie będą uważać ograniczenia ich wolności i możliwości wyboru.

Kim z kolei są bezpieczniacy? To ludzie, którzy za najwyższą wartość uważają swoje osobiste bezpieczeństwo, ale także bezpieczeństwo swojej rodziny oraz większych wspólnot, takich jak naród czy państwo. W swej aksjologii na najwyższym piętrze umieścili właśnie bezpieczeństwo, uważając, że we współczesnym świecie właśnie ono jest najbardziej zagrożone i w jego imię można nieco ograniczyć inne wartości".

Wyższość zaproponowanego przeze mnie podziału nad innymi zawiera się między innymi w tym, że nie jest on na samym początku wartościujący, bowiem trudno powiedzieć, czy ważniejsza i bardziej warta obrony jest wolność czy też jednak bezpieczeństwo. Do w pełni godnej egzystencji człowiek potrzebuje ich obu, choć od naszych indywidualnych wyborów zależy, która z nich będzie dla każdego z nas istotniejsza. Ale od decyzji, co cenimy bardziej, zależeć będzie to, na jakie partie będziemy głosować i jakich polityków popierać.

Stany Zjednoczone w czasie ostatnich wyborów prezydenckich były doskonałą egzemplifikacją obu postaw, bowiem według zaproponowanej typologii moglibyśmy zakwalifikować wyborców Trumpa do bezpieczniaków, a elektorat Clinton do wolnościowców. Ci pierwsi boją się napływu imigrantów, chcą ochrony swoich miejsc pracy, świat postrzegają jako niebezpieczny i zły (dlatego muszą mieć broń w domu). Najwyższą wartością dla nich jest bezpieczeństwo ich rodzin i Ameryki, która musi być znów wielka. Nawet jeśli będzie to wymagało wybudowania muru na granicy z Meksykiem, zaatakowania Korei Północnej czy też zakazu propagandy gejowskiej i twierdzeń, jakoby człowiek pochodził od małpy, a nie był dziełem Boga, który stworzył świat w ciągu tygodnia, jakieś sześć tysięcy lat temu.

Kim zatem jest elektorat Clinton? Wolnościowcami – to znaczy, że opowiada się za globalizacją, otwarciem na imigrantów, eksperymentowaniem zarówno z modelem rodziny, jak i genami. Jest otwarty na różnego rodzaju transgresje i dziwactwa, nawet jeśli mogą one być groźne dla nich i dla społeczeństwa. Byleby tylko nie ograniczały ich osobistych wolności oraz wolności innych obywateli.

Analogicznie jest w Europie oraz w naszym kraju. Bezpieczniacy chcą nas ochronić przed zagrożeniami płynącymi z napływu imigrantów, propagandy homoseksualnej, procesów globalizacyjnych, rozwoju islamu oraz międzynarodowego terroryzmu. Wolnościowcy zaś zapewniają, że obronią nasze wolności – zarówno przed uzurpatorami z zewnątrz, jak i z wewnątrz.

Czy zaproponowany przeze mnie podział wyczerpuje całą pstrokatość postaw społeczeństw zachodnich i czy najlepiej opisuje obecną scenę ideową na całym świecie? Zapewne nie, ale prawdopodobnie jest bardziej adekwatny w przedstawieniu politycznej rzeczywistości niż poczciwy podział na prawicę i lewicę. Ten ostatni wyczerpał bowiem swoją wartość w deskrypcji tego, co nas otacza, przestał właściwie opisywać procesy społeczne, nie odpowiada na potrzeby współczesnego dyskursu naukowego i politycznego. Być może zresztą jest i tak, że żaden spójny i koherentny opis świata polityki nie jest obecnie możliwy, bowiem rzeczywistość tak się zróżnicowała, tak silnie weszła w Tofflerowską „trzecią falę", że niemożliwy jest współcześnie żaden ogólnoświatowy konstrukt myślowy, trafnie tłumaczący zawiłości nieprzystających już do siebie i odstandaryzowanych Sebeokowskich „umweltów". Ale jedno jest pewne – prawie każdy nowy opis polityki i poszczególnych scen partyjnych jest lepszy, niż diada prawica-lewica. Bo ta ostatnia jest dziś jak pralka Frania – kiedyś niezawodna i najlepsza, ale obecnie zupełnie nieprzydatna i wzbudzająca jedynie miłe wspomnienia o czasach minionych.

Marek Migalski jest politologiem, publicystą i byłym europosłem. Współtworzył partie Polska Jest Najważniejsza i Polska Razem.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE