Irena Lasota: Lech Kaczyński jak Jan III Sobieski

aktualizacja: 16.06.2017, 17:08
Foto: Fotorzepa, Darek Golik

W maju odbył się VII Kongres Polska Wielki Projekt. Gdy usłyszałam o tej inicjatywieprawie dziesięć lat temu, miałam wrażenie, że przypomina mi on coś, co dobrze znam i w czym sama uczestniczyłam.

REDAKCJA POLECA

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, w okresie rozkwitu amerykańskiego IDEE (nie mylić z polskim, o tej samej nazwie) namawialiśmy naszych przyjaciół w krajach postkomunistycznych do tworzenia zespołów, które zajmowałyby się refleksją nad dziedzictwem przeszłości i wizją reform. Oczywiście ideałem miał być brytyjski gabinet cieni, ale cieszyły nas nawet przedsięwzięcia na lokalną skalę, na przykład w Armenii czy Kosowie, a już prawdziwy entuzjazm wzbudzały ogólnokrajowe inicjatywy opozycji demokratycznej, na przykład w Rumunii czy Azerbejdżanie.

Ta pierwsza stworzyła Rumuńską Konwencję Demokratyczną, której kandydat, profesor geologii Emil Constantinescu, zwyciężył w wyborach prezydenckich w 1996 roku. Rumunia była jeszcze wtedy przeżarta postkomunizmem i mimo wielu pozytywnych inicjatyw, rząd Constantinescu tracił popularność, a on sam postanowił nie ubiegać się o reelekcję w 2000 roku. W czasie czterech lat rządów Konwencji Demokratycznej czołowe funkcje w Rumunii pełnili ludzie, którzy po upadku Ceausescu zajmowali się odbudową w kraju normalnego społeczeństwa i tworzyli plany dotyczące gospodarki, edukacji i kultury.

Azerbejdżański projekt nie odniósł takiego sukcesu, chociaż Kongres Demokratyczny poważnie przygotowywał się do wyzwania, jakim byłoby objęcie władzy. Regularnie zbierały się komisje ekonomiczna, stosunków zagranicznych (niesłychanie trudna ze względu na sąsiedztwo Rosji, Iranu i Armenii), szkolnictwa, kultury, planowano walkę z korupcją, wprowadzenie nowej ordynacji wyborczej, zmianę prawa medialnego.

Niestety, 12 października 2003 roku, gdy wyglądało na to, że szef partii Musawat, Isa Gambar, ma szansę na zwycięstwo w wyborach prezydenckich, do akcji wkroczyły policja i wojsko. Podczas nocy wyborczej aresztowano liderów i zniszczono siedziby partii demokratycznych. Przy całkowitym milczeniu Zachodu, którego oczy zasłaniała skutecznie gęsta ropa naftowa.

Polska Wielki Projekt od wielu lat kontynuuje debatę o reformowaniu kraju, teraz dostarcza również kadr do obecnego rządu. Nie wypada mi się tym chwalić, ale podczas ostatniej edycji Kongresu wręczono mi, a właściwie mojemu bratu (byłam w tym czasie unieruchomiona w gipsie) medal „Odwaga i Wiarygodność". Przyznała mi go kapituła Nagrody im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Nie wspominałabym o tym, gdyby nie pewien mój znajomy z wrogiego (nie mnie, tylko PiS-owi) plemienia, który stwierdził, że łatwo mi było porównywać prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Jana III Sobieskiego w gronie „swoich", ale że nigdy nie wygłosiłabym takiego porównania na szerszym forum.

Słowo „Odwaga" w nazwie medalu zobowiązuje. Poza tym bardzo lubię wyzwania, więc poniżej zamieszczam fragment mego podziękowania za przyznanie mi owego medalu.

„Chcę powtórzyć to, co mówiłam już publicznie poprzednio: 12 sierpnia 2008 roku jest porównywalny do 12 września 1683 czy 16 sierpnia 1920.

Pod Wiedniem – powstrzymując nawałę Imperium Otomańskiego – Jan III Sobieski dowodził wojskami austriackimi, niemieckimi i polskimi, liczącymi łącznie blisko 70 tysięcy żołnierzy.

W kontruderzeniu wyprowadzonym znad Wieprza Naczelny Wódz, Józef Piłsudski, dysponował prawie 30 tysiącami żołnierzy.

Lecąc w sierpniu 2008 roku do Gruzji, do której wkroczyły właśnie rosyjskie wojska, Prezydent Lech Kaczyński miał ze sobą czterosobową armię, w skład której wchodzili prezydenci Ukrainy i Litwy oraz premierzy Łotwy i Estonii. Prezydent Polski namówił ich do wzięcia udziału w misji ratowania terytorialnej integralności Gruzji.

Nie ulega wątpliwości, że przylot pięciu przywódców uratował suwerenność Gruzji. Wątpliwości co do bohaterstwa Lecha Kaczyńskiego nie ma też Rosja i jej sojusznicy. I dlatego Prezydenta Lecha Kaczyńskiego obrzuca się błotem. Nie za błędy, które mógł popełnić, ale właśnie za czyn, który powstrzymał inwazję imperialnej Rosji. A przynajmniej opóźnił ją na sześć lat, aż do Anschlussu Krymu".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE