Grzegorz Mielcarski: Do wstydu potrzeba odwagi

aktualizacja: 10.06.2017, 10:00
Grzegorz Mielcarski (z lewej, jeszcze w barwach Pogoni), walczy z Bart...
Grzegorz Mielcarski (z lewej, jeszcze w barwach Pogoni), walczy z Bartoszem Bosackim (jeszcze w koszulce Amiki). W ligach Polski, Szwajcarii, Portugalii, Hiszpanii i Grecji Mielcarski strzelił ponad 70 bramek.
Foto: PAP, Jerzy Undro

– Słuchając hymnu Ligi Mistrzów, myślałem o tym, skąd pochodzę. Widziałem bramkę, za którą służyły filary kościoła, żużlowe boiska, koszulki, które po zrzutce kupowaliśmy w spółdzielni wojskowej. Do dziś chleb ze smalcem smakuje mi bardziej niż krewetki – mówi Michałowi Kołodziejczykowi były piłkarz i komentator telewizyjny Grzegorz Mielcarski.

REDAKCJA POLECA

Plus Minus: FIFA klasyfikuje reprezentację Polski na dziesiątym miejscu na świecie. Wreszcie jesteśmy potęgą.

Nie. Ale możemy czuć się tak jak wtedy, kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej. Ludzie zaczęli do Polski chętniej przyjeżdżać, a my zaczęliśmy się chwalić. Powstawały autostrady, odnawiano miasta, robiliśmy się normalni, otwarci. Teraz można tak patrzeć na naszą piłkę. Kiedy z zagranicy przyjeżdża jakiś skaut, widzi piękne stadiony, na których kibice są coraz lepiej traktowani, widzi w sklepach pełne półki, wyremontowane chodniki i przyjaznych ludzi. Ranking nie powstaje przez pryzmat ligi, bo jednak nie promujemy piłkarzy bezpośrednio do wielkich klubów. Do takich Bayernów czy Borussii nasze gwiazdy nie wskakują tak od razu, ale często droga na futbolowy szczyt zaczyna się właśnie w Polsce. I z tego korzysta też reprezentacja.

Czyli dołączenie do piłkarskiej Europy zajęło nam ponad dziesięć lat?

Nic nie wydarzyło się od razu, to był proces. Ważne jest, kto zarządza Polskim Związkiem Piłki Nożnej i kto prowadzi kadrę. Przez ostatnich dziesięć lat prezesów było kilku, selekcjonerów też – nawet jeśli zrobili tylko jedną rzecz na dziesięć dobrze, to następca miał już coś z głowy i mógł się zająć pracą nad kolejnymi punktami. Można się śmiać z kadencji Michała Listkiewicza czy Grzegorza Laty, ale przecież nie jest tak, że robili wszystko źle. To prawda, że Zbigniew Boniek jest autorem naprawy polskiej piłki, ale nie zgodzę się, że tylko on. Po prostu najbardziej widoczne jest to, co tu i teraz.

Pana też wiele osób widziało w strukturach PZPN. Nie chciał pan czy czeka na swój czas?

To była przemyślana decyzja. Dwukrotnie byłem jednym z kandydatów do pełnienia jakieś funkcji, raz przez stronę internetową ogłoszono nawet, że wszedłem w struktury działu zagranicznego. Wybrali mnie na jakimś kolegium, tylko że zapomnieli mnie o tym poinformować. Teraz wszystko wygląda dobrze, nie jestem do niczego potrzebny. Jeśli mi się coś nie podoba, to o tym głośno mówię, ale z moją opinią można się nie liczyć. Pracuję między innymi jako dziennikarz i zawsze będę oceniał, bez względu na to, kto jest na samym szczycie.

Zazdrości pan współczesnym piłkarzom naszej reprezentacji czasów, w których grają? Pokolenie srebrnych medalistów z igrzysk w Barcelonie zostało stracone?

Bzdura. Doszliśmy do finału wielkiej imprezy, osiągnęliśmy wielki sukces i chcieliśmy dalej wygrywać, ale zaczęły się liczyć osobiste ambicje. Na igrzyskach wygraliśmy więcej, niż może się wydawać. Przegraliśmy z gospodarzami dopiero w finale, 2:3, tracąc gola w ostatniej minucie, na stadionie, na którym siedziało 90 tysięcy Hiszpanów. Naszymi rywalami byli zawodnicy Barcelony, Atletico czy Realu, którzy po prostu chcieli wygrać mecz, my mieliśmy w głowach wszystko – swoją przyszłość, lepszych pracodawców, marzenia. Nie przegraliśmy 0:4, nie leżeliśmy na łopatkach. Chłopcy trenujący na żużlu, na parkingach, na bramkach bez siatek stawili czoła najlepiej szkolonym piłkarzom Europy. W wiosce olimpijskiej, gdy siedziałem obok Steffi Graf, patrzyłem, czy aby na pewno jemy te same posiłki. Czułem, że dotykam magii, znanej tylko z telewizji.

Powrót do polskiej rzeczywistości był bolesny?

W PZPN zaczęła się wojna trenera Janusza Wójcika z całą resztą. Mam o to duży żal do trenera, nie dano nam szansy, bo głośno krzyczał o zmianie szyldu. Sami też byśmy sobie nie poradzili, ale zamiast dołączyć do pierwszej reprezentacji dziesięciu chłopaków, dołączano po dwóch, trzech, za każdym razem innych. Nie wkomponowaliśmy się w zespół, bo inne były priorytety. Zgrupowania służyły wtedy do spotkań towarzyskich. Stracono nas przez prywatne wojenki, a przecież w zagranicznych klubach udowodniliśmy swoją klasę. Andrzej Juskowiak w Sportingu, Tomek Wałdoch w Schalke, Piotrek Świerczewski, Marek Koźmiński... Nikt z nas nie znał obcego języka, w zagranicznych klubach był limit trzech obcokrajowców, a jakoś nie utonęliśmy. W Porto było sześciu napastników, grało najwyżej dwóch, sami reprezentanci. Cały czas ktoś czekał w kolejce.

Żałuje pan, że urodził się za wcześnie?

Tylko jeśli miałbym patrzeć przez pryzmat zarobków. Pewnie każdy chciałby zarabiać więcej, mieć większe premie za sukcesy. Zakładam, że obecnie wicemistrzostwo olimpijskie zostałoby lepiej docenione. Ale z drugiej strony co mają powiedzieć Boniek czy Józef Młynarczyk, którzy za Puchar Europy dostawali być może mniejsze pieniądze niż teraz Legia za mistrzostwo Polski? Nie żałuję swojej kariery, wiem, z kim rywalizowałem i na jakich stadionach. Wspomnień meczów z Ajaksem Amsterdam, Manchesterem United czy Realem Madryt nikt mi nie odbierze. Spotkań przeciwko Ericowi Cantonie, Ruudowi Gullitowi, Markowi Hughesowi, Predragowi Mijatoviciowi, Raulowi czy Redondo nie da się wymazać z pamięci. Dotykałem rzeczy historycznych, byłem bardzo blisko wielkiego futbolu. I zawsze, mówię to śmiertelnie poważnie, kiedy przed meczem Ligi Mistrzów stałem i słuchałem hymnu, myślałem, skąd pochodzę.

Że z Polski?

Raczej – jaką drogę musiałem pokonać, żeby znaleźć się w tym miejscu.

I co pan widział?

Swoje ubranie. Bramkę, za którą służyły filary kościoła, żużlowe boiska, koszulki, na które zrzucaliśmy się i kupowaliśmy w spółdzielni wojskowej, by później, używając szablonów, namalować na nich numery. Widziałem kolegów, a nie jest to trudne, bo z większością do dzisiaj mam dobry kontakt. Zresztą takie same myśli mam teraz, kiedy komentuję Ligę Mistrzów w telewizji. Wiem, że chłopaki mnie słuchają. Te kontakty są dla mnie bardzo ważne, bo między tymi kolegami dorastałem, uczyłem się dryblingu, walki o piłkę. Wie pan, ja tę drogę pokonywałem bez specjalnych marzeń. Nigdy nie myślałem, że będę grał w jakimś tam klubie, że koniecznie muszę walczyć o Puchar Europy albo o mistrzostwo jakiegoś kraju. Kochałem futbol bezwarunkowo. Nie składałem sobie żadnych obietnic.

Andrzej Janisz z Polskiego Radia przed wielkim meczem mówi zawsze do Stefana Szczepłka z „Rzeczpospolitej": „Patrz, Stefciu, a my, chłopcy z Falenicy, oglądamy ten mecz na żywo".

No właśnie. A ja jestem chłopak z Chełmna, z którego nikt nigdy nie grał na poziomie ekstraklasy. I mam dobrą perspektywę do oceniania rzeczywistości, bo dorastałem w czasach przemian w Polsce. Pamiętam, kiedyś przez pięć dni do szkoły nosiłem kanapkę ze smalcem i sałatą. Musiałem to polubić, innych rzeczy za bardzo nie miałem. Zresztą smalec lubię do dzisiaj, bo to nie tak, że jak się więcej zarabia, to jest już tylko szynka, i to grubo krojona. Jestem naturalny, prawdziwy, nie chcę grać kogoś innego tylko przez to, że więcej zarobiłem. A na pewno nie pomyślę o sobie, że jestem przez to lepszy.

Ale czuje pan dumę, że ta droga była trudna?

Mam satysfakcję. Dzisiaj sam prowadzę akademię dla dzieci i staram się wpajać im pewne wartości, które doceniłem być może za późno. Pamiętam swoje trampki, w których, gdy przetarła się podeszwa, wymieniałem tylko wkładkę, żeby za szybko nie namiękały, żebym nie poobcierał sobie stóp. Nie stać mnie było na nowe. Ale tak mieli wszyscy moi koledzy, nie byłem żadnym wyjątkiem. Myślę, że pod tym względem było mi trochę łatwiej, niż byłoby teraz biednemu chłopakowi. Gdybym siedział obok kogoś, kto ma trzy pary nowiutkich korków lekkich jak piórko, pewnie w tych trampkach nie czułbym się zbyt komfortowo. Za moich czasów nie było śmiechu, graliśmy w za dużych butach albo w za małych. Sam chodziłem do szkoły w butach o dwa numery za dużych, bo akurat takie dostałem z darów kościelnych i byłem z nich dumny. Nikt się ze mnie nie śmiał, raczej wszyscy mi zazdrościli. Dzisiaj szatnia mogłaby mnie zjeść.

Na pana drodze do wielkiej piłki były ostre zakręty?

Były. To jest taka fala, która cię zabierze i nawet tego nie dostrzeżesz. Trafiałem jednak na mądrych i dobrych ludzi. Zawsze mówię, jak wiele zawdzięczam trenerom.

Rozumiem, że nie tylko ciekawe treningi.

Od siódmego roku życia wychowywałem się tylko z matką. Nie miałem ojca, nie miałem wzoru, który trzymałby dyscyplinę. Rodzice się rozwiedli, ojciec był alkoholikiem. Zmarł pięć lat temu. W moim życiu w jego rolę wcielali się trenerzy, którzy potrafili ze mną po męsku porozmawiać. Był taki moment, kiedy wydawało mi się, że mogę robić co chcę.

Na czym polegały te męskie rozmowy?

Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się wokół mnie dzieje. Nie rozumiałem, jak wiele będę zawdzięczał obcym ludziom, którzy dbali o to, bym na kogoś wyrósł. Pamiętam, że w Polonii Bydgoszcz trener Henryk Staszewski chodził na wywiadówki do mojej klasy. Jak ojciec. Któregoś dnia woła mnie przed treningiem i pyta, czy chodzę do szkoły. Długas na mnie wołał. Skłamałem, że nie opuszczam lekcji. Byłem przecież jednym z najlepszych piłkarzy w drużynie i wydawało mi się, że wszystko da się jakoś załatwić. Bydgoszcz to było trochę większe miasto, jako piłkarz wchodzący na boisko w trzeciej lidze zarabiałem już jakieś pieniądze, miałem stypendium. Przy indywidualnym toku nauczania mogłem wybierać, na które lekcje chodzić, ale wybrałem tak, że nie chodziłem na żadne. Dłużej spałem, więcej trenowałem i myślałem, że jakoś to będzie.

Trener się zorientował?

Powiedział mi, że mam się nie przebierać, bo nie będę trenował. I że jeśli jutro przyjdę i nadal będę utrzymywał, że chodzę do szkoły, to już mnie więcej nie wpuści na zajęcia. Domyśliłem się później, jak bardzo bolało go serce, wiem, że mnie bardzo lubił, traktował jak syna. No i znalazłem w sobie odwagę, by się wstydzić.

Do tego trzeba odwagi?

Tak, przyznać, że oszukuje się nie tylko trenera, chłopaków z drużyny, ale przede wszystkim samego siebie, młodemu chłopakowi nie jest łatwo. Staszewski szybko mnie naprostował, nazywał rzeczy po imieniu, a ja stałem i robiłem się coraz bardziej czerwony. Słuchałem opowieści o zmarnowanych talentach i wiedziałem, że jestem na najlepszej drodze, by stać się kolejnym. Szedłem idealną drogą. To był ostatni raz, kiedy go okłamałem, kiedy nie byłem w porządku wobec drużyny. Miałem 16 lat i zacząłem brać za siebie odpowiedzialność.

Szybko.

Trener wziął mnie pod lupę. Miał przepisane wszystkie moje oceny ze szkolnego dziennika. Czułem, że mam opiekuna, który nie pozwoli mi tak łatwo skręcić. Gdyby trener nie wyprowadził mnie z tego zakrętu, sam nie dałbym rady. Wypadłbym szeroko z tego łuku, a później byłyby kolejne etapy upadku. Zawsze, kiedy na Wszystkich Świętych jestem w Bydgoszczy, na grobie trenera zapalam znicz, dziękując za swoje życie. Nie miałem przecież menedżera, nie miałem ojca. Chociaż tak naprawdę to nie wiedziałem nawet, co to znaczy, że nie mam taty.

Jak to rozumieć?

Nie wiem, co by mi dał. Rodzice rozwiedli się, jak miałem siedem lat, a pierwszy raz jego brak poczułem, gdy miałem 15. Zmieniałem szkołę podstawową na średnią i zupełnie nie wiedziałem, co chcę robić. Mama próbowała wymyślić dla mnie zawód, a ja uważałem, że nie umiem nic, poza graniem w piłkę. Nie wiem, czy tata by coś wymyślił, ale brakowało mi stanowczej rozmowy. Ja sobie ją nawet później narysowałem. Powinien powiedzieć mi, że widzi we mnie różne talenty, że widzi, że jestem zdolny w tym i tym, ale że będzie mnie wspierał niezależnie od tego, na jaką szkołę się zdecyduję. Powinien powiedzieć mi, że zna mnie 15 lat i nikt inny nie da mi lepszej rady. Brakowało mi tego. Żałuję, że nie oglądał moich meczów, że to zaniedbałem, że go nie zabrałem do Porto i nie posadziłem na trybunach. Że nie powiedziałem: zobacz, co osiągnąłem. Przecież nigdy nie przestał być moim ojcem, mimo rozwodu i jego choroby.

Tęsknił pan?

Mama robiła wszystko, żebym przez te lata nie czuł straty. Samych początków po rozwodzie rodziców nie pamiętam. Po prostu wyprowadziłem się z domu i mieszkałem w innym. Miałem drugi telewizor – tak to oceniałem. Może myślałem, że zmieniłem adres, żeby było mi lepiej i żebym mógł się normalnie wykąpać, bo w poprzednim mieszkaniu wannę się przynosiło i napełniało ją wodą grzaną na gazie. Przeprowadziłem się i widziałem zmiany, ale nie zauważyłem braku jednej osoby. Ojciec mieszkał dwie ulice dalej.

Mieliście w ogóle kontakt?

Kiedy grałem w Pogoni Szczecin, wziąłem go na odwyk. Był zamknięty w klinice przez trzy miesiące i w końcu, mając 29 lat, mogłem go poznać. Chodziłem w odwiedziny. Witał się ze mną: „Cześć synu, to ja, tata alkoholik". Nie potrafiłem się oswoić z tym stwierdzeniem, ale dzięki rozmowom chociaż trochę się zbliżyliśmy. Wiem, co źle zrobił w swoim małżeństwie i że ogromny wpływ na to miał alkohol, ale nigdy nie usłyszałem od ojca złego słowa o mamie i za to jestem mu bardzo wdzięczny. Nie zrzucał winy za swoje picie na moją matkę, nie nasączał mnie złą energią, jadem. Nie psuł mi domu, nie psuł mi krwi. Nie zatruł mi obrazu swojej byłej żony. Potrzebowałem lat, żeby to docenić. Ludzie w konfliktach rozwodowych potrafią się obrzucać błotem, a jak błoto się skończy, to leci gówno.

O mamie pan przy hymnie Ligi Mistrzów nie myślał?

Na pewno dzięki niej to wszystko osiągnąłem. Jako była sportsmenka czuła, czym może być sport, gdy się go pokocha. Kiedy po testach w drugoligowej Zawiszy powiedziano mi, że do niczego się nie nadaję i że jestem za słaby, sama zadzwoniła do Polonii, do trenera Staszewskiego, i poprosiła o szansę dla chłopaka kompletnie zwariowanego na punkcie futbolu. To były wakacje, trudny moment. Siedziałem w Chełmnie i piłem piwo, cały dzień wolny, klucz na szyi, w piłkę już pograne, więc różne głupie rzeczy przychodziły do głowy. Nie było telefonów, ale mama szybko mnie znalazła i powiedziała, że za dwie godziny jedziemy do Bydgoszczy na testy. Nie wiedziała, że wypiłem piwo, na zajęciach w Polonii się nie zorientowali. Staszewski powiedział wtedy, że będą się o mnie jeszcze biły kluby z pierwszej ligi, ale oczywiście to do mnie nie dotarło. Mamie zawdzięczam to, że walcząc o mnie, nie bała się odciąć pępowiny. Naciskała, żeby jej ukochany syn zamieszkał w internacie. Pamiętam, jak razem z wujkiem odwozili mnie maluchem. Ja ryczałem, że zostaję sam w nowym środowisku, ona ryczała, że mnie zostawia. Zresztą, w Polonii postawiła sprawę na ostrzu noża, bo kiedy po testach dwa tygodnie się nie odzywali, zakomunikowałem, że jeśli nie zrobią tego dziś, to zostanę w FAM-ie Chełmno, do czego namawiali mnie wszyscy koledzy. Uparła się, by mnie wypchnąć z mojego miasteczka, uparła się, bym szedł tą drogą, dzwoniła do Polonii bez przerwy. Gdyby nie ona, toby się nie udało. Sam miałbym dzwonić po klubach?

Od razu poczuł pan swoją siłę? Że jest lepszy od rówieśników?

Za dużo czasu straciłem na bijatyki w trakcie meczów. Dzisiaj, kiedy komentuję ekstraklasę, trochę mi wstyd, gdy mówię o skandalicznym zachowaniu jakiegoś piłkarza. Grałem tak samo, tylko inne czasy były. Dwie kamery na meczu nie wystarczały czasami nawet na pokazanie gola, bo realizator zasnął, a co dopiero mówić o zbliżeniach na jakieś sprzeczki. Myśmy się wtedy zwyczajnie tłukli. Żałuję, że wtedy nie znalazł się jakiś trener, który wziąłby mnie za łeb i zagroził wyrzuceniem z drużyny. Chciałem pokazać, że nikogo się nie boję, że jeśli będą mnie walić po achillesach, to nie będę stał bierny. Oddawałem łokciami, pięściami – tak, żeby czuli przede mną strach. Wpadłem w taki rytm, że bardziej się biłem, niż grałem w piłkę.

Alkohol nigdy panu nie przeszkadzał?

Nie byłem specjalnie alkoholowy, ale kiedy rozmawialiśmy o zakrętach, powinienem wspomnieć o czasach Olimpii Poznań. To były lata 1987–1989 i to był czas, kiedy moja przygoda z alkoholem po prostu się nie zaczęła. Starsi piłkarze chodzili po dancingach i kazali się na nie wozić swoimi samochodami. Po imprezie odwoziliśmy ich do domu, rano przyjeżdżaliśmy zabrać ich na trening i dopiero po zajęciach sami siadali za kierownicą. Pamiętam taki wieczór w Adrii – siedziałem z młodym Jurkiem Brzęczkiem czy Krzyśkiem Sadzawickim, naprzeciwko nas Andrzej Borówko, który do dzisiaj jest moim wielkim przyjacielem. Spokojny był zawsze, wyważony, powoli mówiący. Nagle na stole pojawia się alkohol. Kelnerka pyta Andrzeja: – A dla tych młodych panów co przynieść? – Dla nich niech pani przyniesie brzoskwinię na pół – powiedział.

Brzoskwinię?

No tak. Ale nie było brzoskwiń, bo to komuna była. – Może być jabłko? – zapytała kelnerka. Mogło być. Mam przed oczami, jak nam to jabłko przynosi i kroi nożem. I my przy tym jabłku cały wieczór spędziliśmy.

No i co to ma wspólnego z zakrętem?

Gdyby mnie wtedy starsi wciągnęli, to pewnie bym popłynął. Brakowało tylko iskry, jakiegoś tekstu w stylu: „Młody, dawaj, nie pijesz, to nie grasz", i zaczęłoby się domino. Patrzysz, jak ktoś odurzony pada, musisz go podnieść, nie chcesz być gorszy od starszych, to się z nimi zaczynasz ścigać na szklanki piwa czy kieliszki wódki. A z tego można już się nie podnieść. Starsi pili, ale jestem im wdzięczny, że nie wciągali w to młodych. Ułatwiliby mi drogę w dół. Grałbym w pierwszym składzie w ekstraklasie, pił z reprezentantami Polski, czułbym się królem życia. Krótko by to trwało.

W korupcję też pana nie wciągnęli?

To kolejny dar od Boga, że wyjechałem z Polski w 1994 roku, bo nie wiem, jak to by się potoczyło. Może to jest kontrowersyjne, kiedy nie podoba mi się, że ktoś został ukarany za korupcję, ale wtedy myślę o Łukaszu Piszczku. Jest mi go po prostu żal, zrobili z niego kozła ofiarnego tylko dlatego, że coś osiągnął w piłce i był znany. Młody chłopak, któremu kazali coś zanieść i przynieść. Ja zacząłem grać w 1989 roku, ale przez pięć lat do wyjazdu do Porto co chwila zmieniałem klub, nie udało mi się zakotwiczyć w żadnej grupie. Po Olimpii wyjechałem na osiem miesięcy do Servette Genewa, później trafiłem do Górnika Zabrze, znowu na osiem miesięcy, następnie ponownie była Olimpia, Widzew i w końcu transfer do Porto. W Olimpii między młodymi a starszymi piłkarzami było po sześć, siedem lat różnicy. Nie byliśmy dla nich partnerami do rozmów. Nie wykluczam, że mój zespół był w korupcję umoczony, jednak nie rozdawałem kart, co chwila wchodziłem w nowe środowisko. W korupcyjnym błocie miałem ubrudzone nogi, bo brudna była cała liga, jednak nigdy nie ubrudziłem sobie rąk. Największym problemem rozgrywek byli sędziowie, którzy całą tą mafią zarządzali. Brali od jednych i drugich, a kto przegrał licytację, po meczu otrzymywał zwrot pieniędzy. Prezesi też potrafili płacić premie zawodnikom za kupiony mecz. Mnie byłoby zwyczajnie przykro, gdybym strzelał fałszywe gole, nie potrafiłbym się z nich cieszyć. To musiałaby być jakaś wyższa szkoła aktorska. Młody chłopak biegnie przez pół boiska z radości po golu na 1:0, chociaż wie, że i tak skończy się 3:0? Widzi pan to w ogóle?

Po wyjeździe do Porto zobaczył pan inny świat?

Robiły na mnie wrażenie samochody kolegów z drużyny.

Drogie były?

Wszedłem do szatni i zdałem sobie sprawę, że obok mnie siedzi 17 reprezentantów różnych krajów. Vitor Baia przyjechał jakimś porsche. Ja w Polsce miałem złotego poloneza, którego dostałem za medal na igrzyskach w Barcelonie. I przez chwilę hondę prelude. Kupiłem od kolegi i na pierwszym skrzyżowaniu odpadło mi lusterko i klapa od silnika. Auto było po jakimś wypadku, powiązane sznurkami, poskręcane śrubami. Młody kawaler byłem, chciałem zaszpanować. Mądre to nie było. Na samochód w Porto nie było mnie na początku stać, zresztą tak naprawdę dopiero tam zacząłem zarabiać większe pieniądze i zamiast w coś inwestować, lubiłem patrzeć, jak leżą na koncie. W Porto szybko zrozumiałem jednak, że pieniądze się nie liczą.

Nie rozumiem.

Patrzyłem, jak koledzy chodzą ubrani, jakie rzeczy kupują. Ale widziałem też, jak się zachowują wobec innych. Nie czułem się gorzej, nikt do tego nie dopuścił. Nie było podziału na to, że ktoś z porsche jest dobry, a ktoś z poloneza – słaby. Bo chłopak z poloneza mógł być na boisku lepszy od wielu zawodników z kadry Porto. Wywalczył miejsce w składzie, pokazywał, że jest wysoko w hierarchii. Pieniądze jednak przez długi czas były dla mnie tematem tabu.

Wstydził się pan niższych zarobków?

Twardo wchodziłem w najsilniejszą grupę w zespole, koledzy lubili mnie, śmiali się, jak przekręcałem jakieś słowa po portugalsku. Któregoś dnia Paulinho Santos zapytał mnie wprost: „Greg, a ile ty właściwie zarabiasz?". Nie chciałem powiedzieć, ale oni grali w pięciu w karty i nalegali. Tłumaczyli mi, że w zespole nie mają przed sobą tajemnic, ale nie umiałem się przełamać. Na następnym zgrupowaniu Paulinho przyniósł mi swój kontrakt i położył na stole. To samo zrobił Secretario. – Patrz, żebyś nie myślał, że cię oszukujemy – mówili i niemal zmusili mnie, żebym spojrzał na kwoty. Kiedy powiedziałem im, ile zarabiam, było dużo śmiechu. Secretario cieszył się, że jednak nie ma najniższej umowy. On miał jednak menedżera, ja znalazłem się w Porto, bo Józef Młynarczyk namawiał Bobby'ego Robsona, że warto przyjechać do Polski i mi się przyjrzeć. W klubie wszyscy znaliśmy swoje zarobki, nikt nie miał z tym problemu. – Przecież to nie nasza sprawa, ile sobie wynegocjowałeś – tłumaczyli mi. Ale to była szkoła życia. Największa, jaką przeszedłem. Gdybym przez te cztery lata nie zagrał nawet w jednym meczu, to i tak byłbym wygrany. Wartości z tego klubu pozwoliły mi się stać innym człowiekiem.

Jakie wartości?

Jak wygląda dom, jak przy olbrzymich zarobkach zachować normalność. Zobaczyłem, co to ludzka wrażliwość.

A co wrażliwość ma wspólnego z futbolem?

Córka naszego kolegi z drużyny, Bandeirinhy, miała mieć operację serca w Paryżu. W Porto mieliśmy wypłacane pensje, a do tego przed każdym meczem dostawaliśmy czeki, w przeliczeniu na dwa tysiące marek. Nasz kapitan Paulinho położył swój na stole i powiedział: „Córka naszego przyjaciela będzie miała zabieg. Kto chce, może się dołożyć, nie ma żadnego przymusu". Wszyscy położyli swoje czeki, nikt się nie wyłamał. Paulinho wręczył je Banderinhii w szatni, uzbierała się naprawdę duża kwota. Bandeirinha zaczął płakać, mówił, że nie potrzebuje pieniędzy, że przecież ma kontrakt, że dobrze zarabia. „Twoja córka gra w Porto tak samo, jak my wszyscy. Jest częścią naszej drużyny. Weź te czeki" – powiedział kapitan. Bandeirinha już nie płakał, już wył, łzy mu leciały po policzkach. Robson obserwował wszystko z boku. W końcu powiedział, że nie ma treningu. Kazał młodziutkiemu Ricardo Carvalho przynieść szampany. Biedny Ricardo nie wiedział, gdzie je znaleźć, ale jakoś sobie poradził. Wspólnota w zespole została zbudowana, gdy padło słowo „dziecko". Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żeby piłkarze w szatni płakali, żeby się wzruszyli i żeby szatnia była taką jednością.

We współczesnym futbolu jest miejsce na takie akcje?

Bardzo dużo. Wystarczy obejrzeć się dookoła. W Porto zorientowaliśmy się, że na Das Antas każde nasze spotkanie ogląda kibic na wózku inwalidzkim. Deszcz, nie deszcz. No i Paulinho zarządził któregoś dnia zrzutkę, by kupić temu człowiekowi wózek z daszkiem, żeby już nie mókł więcej. Jeśli masz nadwyżkę pieniędzy, możesz pojechać na Teneryfę na urlop i zrobić fajne zdjęcie. Tyle z tego masz. Ale możesz zmienić też swoje życie, jeśli komuś odmienisz trudny los. Ktoś musi cię tylko naprowadzić, pokazać, że tak można.

Może to tylko Porto było jak wielka rodzina?

To na pewno wyjątkowy klub, ale można go naśladować. Kiedy zdobywaliśmy jakieś trofeum, szliśmy razem na kolację. Kiedyś zacząłem namawiać Ivicję Kralja, żeby poszedł z nami. Natychmiast usłyszałem pytanie od starszego kolegi: „A ty ile tu jesteś? Jeszcze nic nie zrozumiałeś? Jeśli Ivica nie chce, to daj mu spokój. Może ma coś ważnego do załatwienia, może musi odebrać dziecko ze szkoły albo pomóc żonie? Nie ma obowiązku chodzenia z nami na kolacje" – usłyszałem. Mówił niby do mnie, ale to był też przekaz do Ivicy, że jeżeli nie pójdzie drugi, trzeci raz, to znaczy, że sam się wymiksuje z zespołu. Nie że od razu wszystko zrozumiałem, nie potrafiłem aż tak patrzeć do przodu. Ale to właśnie takie drobne rzeczy sprawiały, że nasz zespół wygrywał niemal wszystko. Mogliśmy na siebie liczyć.

Trener nie przeszkadzał?

Był częścią zespołu, ale zostawiał nam przestrzeń. Kiedyś graliśmy z Benficą w Lizbonie. 90 tysięcy ludzi na trybunach robiło taki tumult, że trzęsły się ściany w szatni. Koledzy grali w siatkonogę i nagle wchodzi trener Antonio Oliveira z krzykiem: „Co wy, k..., robicie? Macie się koncentrować!". Wstał kapitan i z lekkim uśmiechem, ale dało się wyczuć w jego głosie wielkie napięcie, odpowiedział: „Niech pan zostawi nas w spokoju, my nie wchodzimy do pana gabinetu i nie mówimy, co ma pan robić". Przeraziłem się, że go wyrzucą z drużyny. Trener wyszedł, a kapitan powiedział nam, że już wiemy, co mamy robić.

Jaki był wynik?

Wygraliśmy 5:0.

W Porto nadal pana szanują.

Nie chcę się chwalić, ale musimy się kiedyś przejść przez to miasto i zobaczy pan, jak mnie tam ludzie traktują. Nawet teraz, kiedy komentuję mecze Ligi Mistrzów, podchodzą do mnie portugalscy dziennikarze. Pamiętam taki moment, kiedy żegnałem się z klubem. Prezydent Jorge Nuno Pinto da Costa próbował ze mną negocjować pozostanie w klubie na tych samych warunkach, a ja chciałem więcej zarabiać w Salamance. „Muszę grać, a w klubie jest Jardel – powiedziałem. – Ale Jardel odejdzie – powiedział prezydent. – Ale na razie jest" – nie dawałem za wygraną. W tym samym momencie Pinto da Costa wyciągnął rękę i życzył mi powodzenia. Nie było żadnego taniego targowania, próby dosypywania gotówki. Dowiedziałem się jednak, że brama tego klubu będzie dla mnie zawsze otwarta. Porto jest jak sekta, nie pokochasz klubu za 50 tysięcy więcej. Jeśli chcesz odejść, to odejdź. W Polsce prezesi potrafili wejść przed meczem i krzyknąć, że dają milion więcej za wygraną. Nienawidziłem takich sytuacji. Jeżeli chcesz z kimś wygrać, strzelić gola, to milion niczego nie zmieni. Nie spowoduje, że będziesz szybciej biegać i skakać wyżej. A biedny prezes później się żalił: „Dawałem gnojom milion, a nie wygrali. Nie chce im się!".

Gdzie nauczył się pan pokory do pieniędzy?

W Porto poczułem, że jestem bogaty, ale zamiast zainwestować w ziemię i mieć sto razy więcej, trzymałem wszystko na koncie. Po prostu lubiłem patrzeć, jak odłożona kwota rośnie. Kiedyś podczas zamkniętego treningu na Das Antas na siatce oddzielającej trybuny od boiska wisiał kibic. Trzydzieści metrów nad ziemią, trzymał się tam w samych spodenkach i koszulce, a padał deszcz. Zaczęliśmy w niego celować piłką. Robson poprosił ochronę, by przyprowadziła tego chłopaka. Był trochę niedorozwinięty. Trener zapytał go, co robił. Odpowiedział, że jesteśmy jego idolami, że uwielbia drużynę i nie chce przegapić żadnego treningu. „A w piłkę grasz?" – zapytał Robson. Chłopak grał i to całkiem nieźle, o czym przekonaliśmy się następnego dnia, gdy na polecenie trenera dołączył do drużyny. Dostał kompletny strój i opaskę kapitana, wybierał składy razem z Baią. Po zajęciach Robson poprosił, by już więcej nie przychodził na zamknięte treningi, bo ci idioci – i wskazał na nas – zrobią wszystko, by go zrzucić z tej siatki.

To lekcja pokory do pieniędzy?

Tak. Kiedy chłopak opuścił trening, Robson powiedział: „Może macie to, czego on nie ma. Może jesteście bogaci, a on nie ma domu. Ale on ma coś, co jest dużo cenniejsze od tego, co macie wy. On ma miłość do klubu. Wy tylko samochody, sławę i luksusy. Jeżeli to zrozumiecie, to będziemy mistrzami, inaczej jesteśmy bez szans". Milczeliśmy. Znowu staliśmy się tacy mali. Trenera tłumaczył Jose Mourinho. Myślę, że później w swojej pracy czerpał z tych lekcji motywacji garściami. Taki drobiazg, jak z tym kibicem, został przekuty w czynnik mobilizujący. Mieliśmy potem serię chyba dziesięciu meczów bez straconego gola. Zrozumieliśmy, jak niewiele mamy. Pieniądze nie są mi potrzebne.

No, bez przesady.

Naprawdę, mogę ich jutro nie mieć. Wrócę do swojego miasta, będę normalnie funkcjonował. Mam 46 lat, syna, któremu próbuję te wszystkie wartości przekazywać. Najspokojniej, jak się da. Marzę o tym, żeby widział ojca naturalnego, żeby widział uczciwość i szczerość. Ma dopiero osiem lat, może pewne rzeczy zrozumie dopiero później. Nieważne, czym się jeździ ani gdzie się spędza wakacje, chcę, żeby syn widział, że nawet kiedy jestem zdenerwowany, to jedynym moim argumentem jest uczciwość, a nie chęć władzy. Nie załatwiam niczego z pozycji bogatszego, bardziej znanego. Na kopercie dla inwalidy nie stanę, bo kiedyś, gdy miałem 19 lat, podszedł do mnie człowiek i powiedział, że to przez takich jak ja musi z ojcem na wózku jeździć na koniec parkingu. Nie nauczyłby mnie tego żaden mandat na 500 zł. Chcę, żeby mój syn te lekcje miał już odrobione. Czekałem na syna bardzo długo, urodził się, gdy miałem 39 lat, a żona 40. Czasami morduję go miłością, ale chciałbym, żeby pamiętał mnie jako naturalnego faceta. Chleb ze smalcem smakuje mi bardziej niż krewetki.

 

— rozmawiał Michał Kołodziejczyk Redaktor naczelny WP SportoweFakty

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE