Plus Minus

Cyborgi, klony, zielone ludziki. Jaki będzie człowiek przyszłości?

Po jakimś milionie lat, na odległej wyspie... „Galapagos” Kurta Vonneguta (na zdjęciu przed nowojorską premierą sztuki opartej na tej powieści)
Getty Images/AFP, Eugene Gologursky
Jak będzie wyglądał? Co będzie myślał? Co będzie jadł, jakie będzie miał priorytety? Jakie społeczeństwo utworzy?

Sto lat temu z okładem w eseju „The Man of the Year Million" („Człowiek z roku milionowego"; 1893 r.) Wells przedstawił wygląd egzemplarza homo sapiens z dalekiej przyszłości: nienormalnie wielka łysa głowa i zredukowane w stosunku do niej bezwłose ciało. Oczy powiększone, za to uszy i nos ledwo zaznaczone. Przez całe życie będzie pływał w basenach wypełnionych odżywczym płynem (kto pokryje koszty tych wiecznych wakacji?). Ten nie bardzo mądry model, wynikły z tendencji zaobserwowanych w toku ewolucji oraz z analizy funkcji wzorowego dwunoga (dużo myśleć, dużo widzieć, mało słuchać, niewiele oddychać), odniósł zdumiewający sukces i wielu pisarzy później go naśladowało. Jeszcze dziś domniemani piloci UFO przedstawiani są w ten właśnie sposób: wielki łeb, oczy jak latarnie, gdzieś niżej plącze się reszta mikroskopijnego ciała. Stosunkowo spore mają być u takiego osobnika ręce, potrzebne wszak do naciskania guzików.

Przeciwko wizji Wellsa przemawia przede wszystkim biologia: takie głowacze nie mogłyby się rodzić w sposób naturalny, jako że drogi rodne kobiety byłyby dla nich za wąskie. Musiałyby więc być wydawane na świat w sposób sztuczny, np. jak u Huxleya w „Nowym wspaniałym świecie". Z drugiej strony oprzyrządowanie biologiczne człowieka wykształcone w toku ewolucji jest bardzo użyteczne w środowisku naturalnym, ale mniej przydatne w kosmosie. Pewien astronauta zapytany, co mu najbardziej przeszkadzało w stanie nieważkości, odparł, że nogi. Istotnie, polatując między sekcjami stacji orbitalnej, nóg się nie używa, stanowią one balast, który najlepiej byłoby odczepić i zostawić gdzieś na przechowanie, a gdy grawitacja wróci, domontować z powrotem. W trakcie długotrwałych lotów kosmicznych ciało wykształcone na Ziemi okazuje się démodé.

Jeśli już przy Wellsie jesteśmy, wspomnijmy o jego słynnej wizji przyszłej ludzkości z powieści „Wehikuł czasu". Ludzkość w roku 802701 jest podzielona między Morloków, ludzi mroku, i Eloi, kochających światło, a trwożących się z nastaniem nocy. Pierwsi są potomkami klasy robotniczej, w znoju wytwarzającej rozmaite dobra, drudzy klas wyzyskiwaczy: burżuazji oraz posiadaczy wszelkiej maści, którzy nie skalali rąk pracą. Wells prowadzi do aktu sprawiedliwości dziejowej: Morlokowie, którzy nadal coś produkują w podziemiach, utrzymują Eloi przy życiu, hodując ich niejako, ale za to od czasu do czasu porywają kilku w celach gastronomicznych. Jako że powieść powstała w czasach, gdy obowiązywał pewien umiar, nic się nie mówi o ekscesach seksualnych.

Cyborgi i bioformanty

Wszyscy jesteśmy cyborgami (nazwa pochodzi od złożenia CYBernetyczny ORGanizm). Kto ma plomby, a zwłaszcza sztuczną szczękę, nosi szkła kontaktowe, komu zmieniono staw biodrowy albo poskręcano kręgosłup śrubami, ten już zaczął stawać się sztucznym człowiekiem. Kierowca rajdowy z opowiadania Lema „Czy pan istnieje, mister Jones?" jest nim w pełni, jako że wymieniono mu wszystko. W rozumieniu science fiction sztuczne przeobrażenia organizmu muszą iść tak daleko, by powstała nowa jakość.

W powieści Fredericka Pohla „Człowiek Plus" specjaliści biorą w obroty kandydata na marsjańskiego astronautę, aby maksymalnie przystosować go do życia na Czerwonej Planecie. Musi być więc odporny na chłód, jaki tam panuje, nie bać się toksycznej i rzadkiej marsjańskiej atmosfery, odejść od delikatności ciała, jakiej nabył na Ziemi. Dawna skóra musi ulec zerwaniu i zastąpieniu przez sztuczną, która jako ten pancerz ochroni przed Marsem. Czytałem tę książkę jako opis okrutnej, a nikomu niepotrzebnej martyrologii, męczenia człowieka w imię głupiego uzasadnienia, niezależnie, czy wyraził na to zgodę czy nie. Nikt nie zaprzeczy, że organizm, który w ten sposób otrzymano, zachował tylko zgrubne podobieństwo do dumnego gatunku homo sapiens. Astronautyka, która wymaga takich poświęceń, bez wątpienia zasługuje na miano heroicznej.

Niestety, także po drugiej stronie globu pisarzom przyświecały podobne mrzonki. W krótkiej powieści Kira Bułyczowa „Białe skrzydła Kopciuszka" mamy do czynienia z całym zwierzyńcem z przeformowanych biologicznie ludzi. Ktoś jest ptakiem o białych skrzydłach, kto inny płaszczką, trzeci zasię żółwiem, a występuje też kobieta ze skrzelami, zwana podwodniaczką. Cała ta grupa okaleczonych w imię nauki ludzi zwie się bioformantami; powołuje się ich ze względu na konieczność pracy w warunkach ekstremalnych, bez skafandra czy bezpiecznego pojazdu.

Co dziwne, nikt przeciw temu nie protestuje, wszyscy zgadzają się, że tak trzeba. Dziś tę kwestię rozwiązalibyśmy inaczej, zamiast ludzi-ptaków konstruując drony, a zamiast podwodniaczek – mikroboty pływające w głębinach.

Do organizmów wyposażonych w innego typu usprawnienia należą bohaterowie modnego jeszcze nie tak dawno, ale już wygasłego nurtu SF zwanego cyberpunkiem. Mają oni na głowie albo z tyłu czaszki przeróżne trody, wszczepy i gniazda, umożliwiające bezpośrednie sprzęgnięcie z komputerem. W ten sposób ładowanie danych do mózgu odbywa się szybciej, a i załadować można więcej, choć niektórzy po przyjęciu potężnej porcji bitów tracą przytomność, dostają mdłości, torsji albo rozdwojenia jaźni. Nikogo stan ich zdrowia nie obchodzi, panuje twardy kapitalizm, czarny rynek dyktuje sposoby postępowania i ceny za usługi, na miejsce tego, kto wypadnie z gry, przyjdzie dziesięciu innych. Oczywiście żywe pendrive'y przenoszą te dane, których nie da się wysłać oficjalną drogą z powodu ich trefności.

Trudno się spodziewać, by koncepcja bioformanta albo radykalnego cyborga jak z opisu Pohla została kiedyś praktycznie zastosowana; jej miejsce wśród legend gatunku. U Bułyczowa zabieg jest niby odwracalny, jeśli bioformant nie przebywał za dużo czasu w skórze kreta, żółwia czy ryby. Wątpię, by organizm ludzki był do tego stopnia plastyczny, a chirurgia przyszłości do tego stopnia doskonała, by takie operacje dawały się przeprowadzać tam i z powrotem na zawołanie.

Homo superior

Przyjęło się mniemać, że wraz z upływem czasu i osiąganiem coraz wyższych stadiów ewolucji nasz gatunek będzie coraz mądrzejszy. Nic z tych rzeczy; wystarczy rozejrzeć się wokół. Autorzy SF kultywują pogląd, że przynajmniej wśród tzw. normalnych trafiać się będzie pewien odsetek cudownych dzieci, a potem i dorosłych obdarzonych ponadnormatywnymi mocami umysłowymi. Z grupy utworów na ten temat wybija się „Dziwny John" Olafa Stapledona, podejmujący się opisu takiego fenomenu, najpierw indywidualnego, a potem mikrospołeczności, jaką owi tytani intelektu utworzą.

Rodzice Johna należeli do ludzi dość przeciętnych; nawet takim zdarza się wydać geniusza w ramach loterii genowej. Już jako dziecko góruje intelektualnie nad dorosłymi ze swego otoczenia. Machinalnie, jak roślina przebijająca się do światła, szuka kontaktu z osobami wybitnymi. Emocjonalnie mało zrównoważony, rychło konstatuje własną samotność wśród pospolitych ludzi, do których jako do gatunku żywi jeno pogardę. Błyskawicznie opanowuje obce języki, a nawet sztukę posługiwania się nimi „od tyłu", gdy trzeba rozmawiać szyfrem. Bystra orientacja, szybka przyswajalność nowych faktów, żonglerka danymi naukowymi, a nawet telepatia, praktykowana także wstecz – gdy trzeba się porozumieć z innymi geniuszami, którzy zmarli, John cofa się niejako do okresu, kiedy pozostawali wśród żywych.

Naturalną potrzebą takiego supermana jest odnalezienie podobnych sobie egzemplarzy i radosne przebywanie wraz z nimi. Po telepatycznym rozpoznaniu dochodzi do powstania kolonii geniuszy na wyspie, którą najpierw oczyszcza się z rdzennych mieszkańców (czyszczenie etniczne?). Dla przedstawiciela homo superior zabić matołka homo sapiens to jak splunąć; samemu Johnowi zdarza się to kilkakrotnie. Stanu izolacji wyspy nie daje się długo utrzymać, pojawiają się konflikty ze światem zewnętrznym, a po ostatecznej konfrontacji z udziałem okrętów wojennych wyspa zostaje unicestwiona wraz ze wszystkimi mieszkańcami.?Widać więc w toku narracji zasadniczą sprzeczność: grupa genialnych nadludzi nie jest w stanie wypracować strategii bezpiecznego przetrwania. Wyosobnienie się ze społeczeństwa i zademonstrowanie mu swych mocy było najgłupszą rzeczą do zrobienia. Zamiast tego należało praktykować kamuflaż, zaszyć się w społeczeństwie i porozumiewać się nad nim czy też obok niego, realizując swoje cele. Dekonspiracja była tu największym błędem. Jeśli jednak genialne umysły tego nie pojmują, to może nie są tak genialne, jak zapewnia autor? Zamiast cierpliwie budować potęgę i wpływy takiej grupy, a w stosownym czasie z ukrycia zawładnąć planetą, nowy gatunek człowieka odegrał tylko epizod na scenie dziejów i znikł z niej z własnej winy.

Olaf Stapledon imał się zadań pisarskich znacznie wykraczających poza typową SF. W innej powieści, „Ostatni i pierwsi ludzie", przedstawił ewolucję gatunku homo sapiens na przestrzeni dwóch miliardoleci. Zaczyna się cywilizacją pierwszego człowieka, czyli z grubsza naszą, a kończy na człowieku osiemnastym. Każdy z nich tworzy zręby porządku na długie wieki, który następnie się wali, by ustąpić nowym formom organizacji. Zmienia się też postać fizyczna bohatera tej epopei; jedno z wcieleń to „człowiek latający", dochodzi do przeprowadzek najpierw na Wenus, potem na Neptuna itp. W tak długim okresie wszystko jest do pomyślenia.

Ludzie ery posthumanizmu

Tu po raz pierwszy odwołamy się do twórcy rodzimego, czyli do Jacka Dukaja, który w powieści „Perfekcyjna niedoskonałość" zarysował wizję cywilizacji człowieka XXIX wieku. Ludzie podobni do nas są w tej epoce reliktem, upierają się przy dawnej postaci fizycznej z powodu kaprysu, a może konserwatywnego nastawienia, skoro w każdej chwili mogą doprowadzić do przeformowania swych ciał. Różne formy istnienia współegzystują w tej rzeczywistości: stahsowie, osca, phoebe, inkluzje...

Stahs, jak tłumaczy sam autor, to standardowy homo sapiens, przy czym i on się rozłamuje na rodzaje ze względu na podejście do Tradycji. Nazwa phoebe pochodzi od posthuman being, osca zaś to out of space computer. Żeby czytelnik jakoś się w tym rozeznawał, wszystkie formy posługują się manifestacjami identycznymi z wyglądu z człowiekiem, aczkolwiek w ich doborze pokazują swą indywidualność (dla przykładu: Słowiński, superfizyk tamtej epoki, przybywa na spotkanie w ciele nagiej piękności). Formy Dukaja rywalizują ze sobą, intrygują, ale w oplocie skomplikowanych przepisów, które nie dopuszczają do nadużyć. Prawdopodobnie dzięki nim w ogóle może być mowa o koegzystencji, bo o równouprawnieniu już chyba nie.

Oprócz manifestacji formy owe mają obowiązkowo archiwizacje, gdyby im się przytrafiło coś nieprzyjemnego. Są one aktualizowane nawet co kwadrans; gdy jeden z bohaterów ginie w zamachu, zaraz przegrywają go do pustaka, czyli ciała, które czeka przygotowane na taką okoliczność. W tej rzeczywistości zmuszony jest odnaleźć się antyczny astronauta ze statku „Wolszczan", niejaki Zamoyski; wśród bogactwa niezrozumiałych szczegółów i fenomenów czuje się jak troglodyta. Dzięki inwencji autora i on będzie mógł odegrać w wydarzeniach tego świata czołową rolę.

Nie wygląd jednak i nie szata odróżniają radykalnie człowieka przyszłości od dzisiejszego, prędzej sposób myślenia, emocje, wrażliwość. Pod tym względem wstrząsające wrażenie wywiera opowiadanie „Ludzie piasku i popiołu" Paolo Bacigalupiego, nowej gwiazdy na amerykańskim rynku SF. „Na kolację jedliśmy piasek", wyznaje Chen, jeden z trójki ochroniarzy zautomatyzowanej kopalni czegoś. Ludzie z tej rzeczywistości noszą na potylicy płetwy rozszerzeń pamięci, jedzą błoto poflotacyjne, a rtęć to dla niech żadna trucizna. Są biotechami, w brzuchach mają robaki symbiotyczne, które „złe zżerają i na dobre przerabiają". Koleżance z trójki w ramach rozrywki amputują kończyny, żeby zaznała poczucia bezbronności, zanim jej odrosną – to taka nowa moda, lansowana w LA. Kadłubek Lizy traktują jako obiekt seksualny; jak się bawić, to na całego. Ziemia jest do cna zatruta, byle strzał zapala wody oceanu.

Skąd wziął się tam pies, nie wiadomo. Jak przeżył? Ogarnia ich entuzjazm, postanawiają go hodować, ale nie wiedzą, jakie to delikatne zwierzę: nie regeneruje się, wymaga opieki, musi mieć czystą wodę i specjalne jedzenie, a to kosztuje. Pada pomysł, aby go skonsumować. W smaku niespecjalny. „Wciąż pamiętam, jak polizał mnie po twarzy, jak wlazł mi całym kudłatym ciężarem na pryczę, pamiętam jego ciepły oddech obok mnie i czasami mi tego brakuje", wspomina Chen.

Ecce homo.

Foki, klony, zielone ludziki

To jacy są ludzie przyszłości, rzutuje na tworzone przez nich społeczeństwa. Luniarze z powieści Iana McDonalda „Luna. Nów" to jakby odbicie kowbojów z Dzikiego Zachodu: agresywni, sprawni fizycznie, bezwzględni dla przeciwnika. W sali sądowej można wyzwać drugą stronę na pojedynek i w majestacie prawa zarżnąć nożem, wygrywając proces. Księżyc jest tu mitycznym Eldorado, do którego ciągnie kto żyw, aby się wzbogacić. Działki gruntu księżycowego przejmuje ten, kto je zajmie, oznaczy i zarejestruje, a krwawa zemsta rozstrzyga waśnie między rodami. Już drugie pokolenie jest wyższe od tych, co przybyli z Ziemi, ale słabsze fizycznie wskutek mniejszej grawitacji. Przychodzi taki moment, kiedy trzeba podjąć decyzję: zostaję na Księżycu do końca życia, bo na Ziemi ciążenie połamałoby mi kości.

W powieści „Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm mamy do czynienia ze społecznością klonów. Wojna wysterylizowała ludzi; broniąc się przed wymarciem, zdecydowano się na klonowanie. I oto obserwujemy, jak sobie owe klony radzą. Wiedzie im się niespecjalnie, jest to społeczeństwo nieruchawe, bierne, bez pomyślunku, sztuka i nauka leżą odłogiem i widać gołym okiem, że tak czy owak zmierza ono ku zagładzie. Wilhelm tworzy wizualnie piękne obrazki, kiedy pięć sióstr podobnych do siebie jak krople wody zajmuje się tą samą czynnością albo siedmiu identycznych braci naradza się w jakiejś sprawie. Dopiero powrót do naturalnych sposobów, gdy plaga bezpłodności ustąpi, spowoduje, że sprawy potoczą się sprawdzoną koleiną dziejów.

Im dalej w przyszłość, tym więcej dziwolągów. W powieści Kurta Vonneguta „Galapagos" przypadkowi turyści wybrali się statkiem trasą, którą przebył Karol Darwin. Akurat przebywają na tytułowym archipelagu, gdy wybucha wojna, która wszystko unicestwia. Po jakimś milionie lat potomkowie wycieczkowiczów zamieniają się w łagodne fokopodobne stwory o opływowym kształcie, co pomaga skuteczniej polować na ryby. Potomkini Japonki napromieniowanej w Hiroszimie rodzi się pokryta futerkiem, co okazuje się zbawienne w przypadku zimna, jakie ciągle panuje w tej krainie.

Vonnegut o wszelkie nieszczęścia dzisiejszej ludzkości oskarża – chyba serio – monstrualnie wielkie mózgi; człekofoki z Galapagos mają mózgi małe, co gwarantuje im długie i szczęśliwe bytowanie.

Z kolei w powieści „Cieplarnia" Briana Aldissa człowiek przypomina nadrzewnego zielonego szczura o rozmiarach około 30 cm. Dzieje się to w epoce odległej od naszego dziś o 5 miliardów lat, kiedy Słońce wypaliło w swym jądrze cały wodór i zabiera się za hel. Było więc sporo czasu na ewolucję form żywych i zaiste bogactwo form biologicznych jest w „Cieplarni" imponujące. Inteligentne są nawet grzyby smardze.

Zmiany nie są bezkarne

Podobno człowiek zmienia się najwolniej. Rozwój technologii wywraca świat do góry nogami, tornada zmian walą się nam na łeb – pośrodku tego cyklonu tkwi człowiek niezmienny jak skała, taki sam od 20, a może nawet od 100 tys. lat. Nawet jeśli uznać to za prawdę, stan taki utrzyma się już niedługo. W naszej epoce po raz pierwszy człowiek zawładnął poważnymi narzędziami do zmieniania samego siebie: inżynierią genetyczną jako ingerencją głęboką i kosmetologią jako tylko powierzchniową (choć i to z czasem się zmieni). Farmakologiczne poprawianie zdolności czy inteligencji będzie miało masowe poparcie. Także rozwój inteligencji maszynowej wymusi na człowieku dodatkowe zmiany.

Człowiek przyszłości jawi się nam jako zdrowy, rosły i piękny osobnik, piekielnie inteligentny i w porównaniu z dzisiejszym tak długowieczny, że prawie nieśmiertelny. Będzie jednak podlegał przeobrażeniom. Dzisiejszy model człowieka stabilnego jak głaz, niezmiennego przez stulecia albo i tysiąclecia, w krótkim czasie, może na naszych oczach, odejdzie do lamusa.

Co nastąpi potem? Być może ludzkość zachowa się jak rozbite lustro: w każdym kawałku odbije się jakaś nowa właściwość. Nowe cechy będą szybko ewoluować, dając rozmaite odmiany homo sapiens, które w krańcowym przypadku mogą mieć trudności z dogadaniem się. Nastąpi podział homo sapiens na coraz bardziej różnicujące się podgatunki.

A jeszcze dalej? Wkraczamy w krainę wszechmożliwości, którą z takim zapałem penetrują autorzy SF. Tu ujawnia się ogólniejsza prawda, wynikła z przypadku Dziwnego Johna: człowiek dzisiejszy jest urządzony z grubsza optymalnie i za wykroczenie poza przyznane mu pasmo musi płacić aberracjami. Zwłaszcza dotyczy to geniuszy wszelkiej maści, ale nie wyłącznie. Dowolnych zmian w naszym zwierzęcym ciele nie wolno instalować bezkarnie i to może być wąskim gardłem szykujących się etapów przyspieszonej sztucznie ewolucji.

Autor jest pisarzem, dziennikarzem, specjalizuje się w zagadnieniach cywilizacyjnych

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL