Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Cyborgi, klony, zielone ludziki. Jaki będzie człowiek przyszłości?

Po jakimœ milionie lat, na odległej wyspie... „Galapagos” Kurta Vonneguta (na zdjęciu przed nowojorskš premierš sztuki opartej na tej powieœci)
Getty Images/AFP, Eugene Gologursky
Jak będzie wyglšdał? Co będzie myœlał? Co będzie jadł, jakie będzie miał priorytety? Jakie społeczeństwo utworzy?

Sto lat temu z okładem w eseju „The Man of the Year Million" („Człowiek z roku milionowego"; 1893 r.) Wells przedstawił wyglšd egzemplarza homo sapiens z dalekiej przyszłoœci: nienormalnie wielka łysa głowa i zredukowane w stosunku do niej bezwłose ciało. Oczy powiększone, za to uszy i nos ledwo zaznaczone. Przez całe życie będzie pływał w basenach wypełnionych odżywczym płynem (kto pokryje koszty tych wiecznych wakacji?). Ten nie bardzo mšdry model, wynikły z tendencji zaobserwowanych w toku ewolucji oraz z analizy funkcji wzorowego dwunoga (dużo myœleć, dużo widzieć, mało słuchać, niewiele oddychać), odniósł zdumiewajšcy sukces i wielu pisarzy póŸniej go naœladowało. Jeszcze dziœ domniemani piloci UFO przedstawiani sš w ten właœnie sposób: wielki łeb, oczy jak latarnie, gdzieœ niżej plšcze się reszta mikroskopijnego ciała. Stosunkowo spore majš być u takiego osobnika ręce, potrzebne wszak do naciskania guzików.

Przeciwko wizji Wellsa przemawia przede wszystkim biologia: takie głowacze nie mogłyby się rodzić w sposób naturalny, jako że drogi rodne kobiety byłyby dla nich za wšskie. Musiałyby więc być wydawane na œwiat w sposób sztuczny, np. jak u Huxleya w „Nowym wspaniałym œwiecie". Z drugiej strony oprzyrzšdowanie biologiczne człowieka wykształcone w toku ewolucji jest bardzo użyteczne w œrodowisku naturalnym, ale mniej przydatne w kosmosie. Pewien astronauta zapytany, co mu najbardziej przeszkadzało w stanie nieważkoœci, odparł, że nogi. Istotnie, polatujšc między sekcjami stacji orbitalnej, nóg się nie używa, stanowiš one balast, który najlepiej byłoby odczepić i zostawić gdzieœ na przechowanie, a gdy grawitacja wróci, domontować z powrotem. W trakcie długotrwałych lotów kosmicznych ciało wykształcone na Ziemi okazuje się démodé.

Jeœli już przy Wellsie jesteœmy, wspomnijmy o jego słynnej wizji przyszłej ludzkoœci z powieœci „Wehikuł czasu". Ludzkoœć w roku 802701 jest podzielona między Morloków, ludzi mroku, i Eloi, kochajšcych œwiatło, a trwożšcych się z nastaniem nocy. Pierwsi sš potomkami klasy robotniczej, w znoju wytwarzajšcej rozmaite dobra, drudzy klas wyzyskiwaczy: burżuazji oraz posiadaczy wszelkiej maœci, którzy nie skalali ršk pracš. Wells prowadzi do aktu sprawiedliwoœci dziejowej: Morlokowie, którzy nadal coœ produkujš w podziemiach, utrzymujš Eloi przy życiu, hodujšc ich niejako, ale za to od czasu do czasu porywajš kilku w celach gastronomicznych. Jako że powieœć powstała w czasach, gdy obowišzywał pewien umiar, nic się nie mówi o ekscesach seksualnych.

Cyborgi i bioformanty

Wszyscy jesteœmy cyborgami (nazwa pochodzi od złożenia CYBernetyczny ORGanizm). Kto ma plomby, a zwłaszcza sztucznš szczękę, nosi szkła kontaktowe, komu zmieniono staw biodrowy albo poskręcano kręgosłup œrubami, ten już zaczšł stawać się sztucznym człowiekiem. Kierowca rajdowy z opowiadania Lema „Czy pan istnieje, mister Jones?" jest nim w pełni, jako że wymieniono mu wszystko. W rozumieniu science fiction sztuczne przeobrażenia organizmu muszš iœć tak daleko, by powstała nowa jakoœć.

W powieœci Fredericka Pohla „Człowiek Plus" specjaliœci biorš w obroty kandydata na marsjańskiego astronautę, aby maksymalnie przystosować go do życia na Czerwonej Planecie. Musi być więc odporny na chłód, jaki tam panuje, nie bać się toksycznej i rzadkiej marsjańskiej atmosfery, odejœć od delikatnoœci ciała, jakiej nabył na Ziemi. Dawna skóra musi ulec zerwaniu i zastšpieniu przez sztucznš, która jako ten pancerz ochroni przed Marsem. Czytałem tę ksišżkę jako opis okrutnej, a nikomu niepotrzebnej martyrologii, męczenia człowieka w imię głupiego uzasadnienia, niezależnie, czy wyraził na to zgodę czy nie. Nikt nie zaprzeczy, że organizm, który w ten sposób otrzymano, zachował tylko zgrubne podobieństwo do dumnego gatunku homo sapiens. Astronautyka, która wymaga takich poœwięceń, bez wštpienia zasługuje na miano heroicznej.

Niestety, także po drugiej stronie globu pisarzom przyœwiecały podobne mrzonki. W krótkiej powieœci Kira Bułyczowa „Białe skrzydła Kopciuszka" mamy do czynienia z całym zwierzyńcem z przeformowanych biologicznie ludzi. Ktoœ jest ptakiem o białych skrzydłach, kto inny płaszczkš, trzeci zasię żółwiem, a występuje też kobieta ze skrzelami, zwana podwodniaczkš. Cała ta grupa okaleczonych w imię nauki ludzi zwie się bioformantami; powołuje się ich ze względu na koniecznoœć pracy w warunkach ekstremalnych, bez skafandra czy bezpiecznego pojazdu.

Co dziwne, nikt przeciw temu nie protestuje, wszyscy zgadzajš się, że tak trzeba. Dziœ tę kwestię rozwišzalibyœmy inaczej, zamiast ludzi-ptaków konstruujšc drony, a zamiast podwodniaczek – mikroboty pływajšce w głębinach.

Do organizmów wyposażonych w innego typu usprawnienia należš bohaterowie modnego jeszcze nie tak dawno, ale już wygasłego nurtu SF zwanego cyberpunkiem. Majš oni na głowie albo z tyłu czaszki przeróżne trody, wszczepy i gniazda, umożliwiajšce bezpoœrednie sprzęgnięcie z komputerem. W ten sposób ładowanie danych do mózgu odbywa się szybciej, a i załadować można więcej, choć niektórzy po przyjęciu potężnej porcji bitów tracš przytomnoœć, dostajš mdłoœci, torsji albo rozdwojenia jaŸni. Nikogo stan ich zdrowia nie obchodzi, panuje twardy kapitalizm, czarny rynek dyktuje sposoby postępowania i ceny za usługi, na miejsce tego, kto wypadnie z gry, przyjdzie dziesięciu innych. Oczywiœcie żywe pendrive'y przenoszš te dane, których nie da się wysłać oficjalnš drogš z powodu ich trefnoœci.

Trudno się spodziewać, by koncepcja bioformanta albo radykalnego cyborga jak z opisu Pohla została kiedyœ praktycznie zastosowana; jej miejsce wœród legend gatunku. U Bułyczowa zabieg jest niby odwracalny, jeœli bioformant nie przebywał za dużo czasu w skórze kreta, żółwia czy ryby. Wštpię, by organizm ludzki był do tego stopnia plastyczny, a chirurgia przyszłoœci do tego stopnia doskonała, by takie operacje dawały się przeprowadzać tam i z powrotem na zawołanie.

Homo superior

Przyjęło się mniemać, że wraz z upływem czasu i osišganiem coraz wyższych stadiów ewolucji nasz gatunek będzie coraz mšdrzejszy. Nic z tych rzeczy; wystarczy rozejrzeć się wokół. Autorzy SF kultywujš poglšd, że przynajmniej wœród tzw. normalnych trafiać się będzie pewien odsetek cudownych dzieci, a potem i dorosłych obdarzonych ponadnormatywnymi mocami umysłowymi. Z grupy utworów na ten temat wybija się „Dziwny John" Olafa Stapledona, podejmujšcy się opisu takiego fenomenu, najpierw indywidualnego, a potem mikrospołecznoœci, jakš owi tytani intelektu utworzš.

Rodzice Johna należeli do ludzi doœć przeciętnych; nawet takim zdarza się wydać geniusza w ramach loterii genowej. Już jako dziecko góruje intelektualnie nad dorosłymi ze swego otoczenia. Machinalnie, jak roœlina przebijajšca się do œwiatła, szuka kontaktu z osobami wybitnymi. Emocjonalnie mało zrównoważony, rychło konstatuje własnš samotnoœć wœród pospolitych ludzi, do których jako do gatunku żywi jeno pogardę. Błyskawicznie opanowuje obce języki, a nawet sztukę posługiwania się nimi „od tyłu", gdy trzeba rozmawiać szyfrem. Bystra orientacja, szybka przyswajalnoœć nowych faktów, żonglerka danymi naukowymi, a nawet telepatia, praktykowana także wstecz – gdy trzeba się porozumieć z innymi geniuszami, którzy zmarli, John cofa się niejako do okresu, kiedy pozostawali wœród żywych.

Naturalnš potrzebš takiego supermana jest odnalezienie podobnych sobie egzemplarzy i radosne przebywanie wraz z nimi. Po telepatycznym rozpoznaniu dochodzi do powstania kolonii geniuszy na wyspie, którš najpierw oczyszcza się z rdzennych mieszkańców (czyszczenie etniczne?). Dla przedstawiciela homo superior zabić matołka homo sapiens to jak splunšć; samemu Johnowi zdarza się to kilkakrotnie. Stanu izolacji wyspy nie daje się długo utrzymać, pojawiajš się konflikty ze œwiatem zewnętrznym, a po ostatecznej konfrontacji z udziałem okrętów wojennych wyspa zostaje unicestwiona wraz ze wszystkimi mieszkańcami.?Widać więc w toku narracji zasadniczš sprzecznoœć: grupa genialnych nadludzi nie jest w stanie wypracować strategii bezpiecznego przetrwania. Wyosobnienie się ze społeczeństwa i zademonstrowanie mu swych mocy było najgłupszš rzeczš do zrobienia. Zamiast tego należało praktykować kamuflaż, zaszyć się w społeczeństwie i porozumiewać się nad nim czy też obok niego, realizujšc swoje cele. Dekonspiracja była tu największym błędem. Jeœli jednak genialne umysły tego nie pojmujš, to może nie sš tak genialne, jak zapewnia autor? Zamiast cierpliwie budować potęgę i wpływy takiej grupy, a w stosownym czasie z ukrycia zawładnšć planetš, nowy gatunek człowieka odegrał tylko epizod na scenie dziejów i znikł z niej z własnej winy.

Olaf Stapledon imał się zadań pisarskich znacznie wykraczajšcych poza typowš SF. W innej powieœci, „Ostatni i pierwsi ludzie", przedstawił ewolucję gatunku homo sapiens na przestrzeni dwóch miliardoleci. Zaczyna się cywilizacjš pierwszego człowieka, czyli z grubsza naszš, a kończy na człowieku osiemnastym. Każdy z nich tworzy zręby porzšdku na długie wieki, który następnie się wali, by ustšpić nowym formom organizacji. Zmienia się też postać fizyczna bohatera tej epopei; jedno z wcieleń to „człowiek latajšcy", dochodzi do przeprowadzek najpierw na Wenus, potem na Neptuna itp. W tak długim okresie wszystko jest do pomyœlenia.

Ludzie ery posthumanizmu

Tu po raz pierwszy odwołamy się do twórcy rodzimego, czyli do Jacka Dukaja, który w powieœci „Perfekcyjna niedoskonałoœć" zarysował wizję cywilizacji człowieka XXIX wieku. Ludzie podobni do nas sš w tej epoce reliktem, upierajš się przy dawnej postaci fizycznej z powodu kaprysu, a może konserwatywnego nastawienia, skoro w każdej chwili mogš doprowadzić do przeformowania swych ciał. Różne formy istnienia współegzystujš w tej rzeczywistoœci: stahsowie, osca, phoebe, inkluzje...

Stahs, jak tłumaczy sam autor, to standardowy homo sapiens, przy czym i on się rozłamuje na rodzaje ze względu na podejœcie do Tradycji. Nazwa phoebe pochodzi od posthuman being, osca zaœ to out of space computer. Żeby czytelnik jakoœ się w tym rozeznawał, wszystkie formy posługujš się manifestacjami identycznymi z wyglšdu z człowiekiem, aczkolwiek w ich doborze pokazujš swš indywidualnoœć (dla przykładu: Słowiński, superfizyk tamtej epoki, przybywa na spotkanie w ciele nagiej pięknoœci). Formy Dukaja rywalizujš ze sobš, intrygujš, ale w oplocie skomplikowanych przepisów, które nie dopuszczajš do nadużyć. Prawdopodobnie dzięki nim w ogóle może być mowa o koegzystencji, bo o równouprawnieniu już chyba nie.

Oprócz manifestacji formy owe majš obowišzkowo archiwizacje, gdyby im się przytrafiło coœ nieprzyjemnego. Sš one aktualizowane nawet co kwadrans; gdy jeden z bohaterów ginie w zamachu, zaraz przegrywajš go do pustaka, czyli ciała, które czeka przygotowane na takš okolicznoœć. W tej rzeczywistoœci zmuszony jest odnaleŸć się antyczny astronauta ze statku „Wolszczan", niejaki Zamoyski; wœród bogactwa niezrozumiałych szczegółów i fenomenów czuje się jak troglodyta. Dzięki inwencji autora i on będzie mógł odegrać w wydarzeniach tego œwiata czołowš rolę.

Nie wyglšd jednak i nie szata odróżniajš radykalnie człowieka przyszłoœci od dzisiejszego, prędzej sposób myœlenia, emocje, wrażliwoœć. Pod tym względem wstrzšsajšce wrażenie wywiera opowiadanie „Ludzie piasku i popiołu" Paolo Bacigalupiego, nowej gwiazdy na amerykańskim rynku SF. „Na kolację jedliœmy piasek", wyznaje Chen, jeden z trójki ochroniarzy zautomatyzowanej kopalni czegoœ. Ludzie z tej rzeczywistoœci noszš na potylicy płetwy rozszerzeń pamięci, jedzš błoto poflotacyjne, a rtęć to dla niech żadna trucizna. Sš biotechami, w brzuchach majš robaki symbiotyczne, które „złe zżerajš i na dobre przerabiajš". Koleżance z trójki w ramach rozrywki amputujš kończyny, żeby zaznała poczucia bezbronnoœci, zanim jej odrosnš – to taka nowa moda, lansowana w LA. Kadłubek Lizy traktujš jako obiekt seksualny; jak się bawić, to na całego. Ziemia jest do cna zatruta, byle strzał zapala wody oceanu.

Skšd wzišł się tam pies, nie wiadomo. Jak przeżył? Ogarnia ich entuzjazm, postanawiajš go hodować, ale nie wiedzš, jakie to delikatne zwierzę: nie regeneruje się, wymaga opieki, musi mieć czystš wodę i specjalne jedzenie, a to kosztuje. Pada pomysł, aby go skonsumować. W smaku niespecjalny. „Wcišż pamiętam, jak polizał mnie po twarzy, jak wlazł mi całym kudłatym ciężarem na pryczę, pamiętam jego ciepły oddech obok mnie i czasami mi tego brakuje", wspomina Chen.

Ecce homo.

Foki, klony, zielone ludziki

To jacy sš ludzie przyszłoœci, rzutuje na tworzone przez nich społeczeństwa. Luniarze z powieœci Iana McDonalda „Luna. Nów" to jakby odbicie kowbojów z Dzikiego Zachodu: agresywni, sprawni fizycznie, bezwzględni dla przeciwnika. W sali sšdowej można wyzwać drugš stronę na pojedynek i w majestacie prawa zarżnšć nożem, wygrywajšc proces. Księżyc jest tu mitycznym Eldorado, do którego cišgnie kto żyw, aby się wzbogacić. Działki gruntu księżycowego przejmuje ten, kto je zajmie, oznaczy i zarejestruje, a krwawa zemsta rozstrzyga waœnie między rodami. Już drugie pokolenie jest wyższe od tych, co przybyli z Ziemi, ale słabsze fizycznie wskutek mniejszej grawitacji. Przychodzi taki moment, kiedy trzeba podjšć decyzję: zostaję na Księżycu do końca życia, bo na Ziemi cišżenie połamałoby mi koœci.

W powieœci „Gdzie dawniej œpiewał ptak" Kate Wilhelm mamy do czynienia ze społecznoœciš klonów. Wojna wysterylizowała ludzi; bronišc się przed wymarciem, zdecydowano się na klonowanie. I oto obserwujemy, jak sobie owe klony radzš. Wiedzie im się niespecjalnie, jest to społeczeństwo nieruchawe, bierne, bez pomyœlunku, sztuka i nauka leżš odłogiem i widać gołym okiem, że tak czy owak zmierza ono ku zagładzie. Wilhelm tworzy wizualnie piękne obrazki, kiedy pięć sióstr podobnych do siebie jak krople wody zajmuje się tš samš czynnoœciš albo siedmiu identycznych braci naradza się w jakiejœ sprawie. Dopiero powrót do naturalnych sposobów, gdy plaga bezpłodnoœci ustšpi, spowoduje, że sprawy potoczš się sprawdzonš koleinš dziejów.

Im dalej w przyszłoœć, tym więcej dziwolšgów. W powieœci Kurta Vonneguta „Galapagos" przypadkowi turyœci wybrali się statkiem trasš, którš przebył Karol Darwin. Akurat przebywajš na tytułowym archipelagu, gdy wybucha wojna, która wszystko unicestwia. Po jakimœ milionie lat potomkowie wycieczkowiczów zamieniajš się w łagodne fokopodobne stwory o opływowym kształcie, co pomaga skuteczniej polować na ryby. Potomkini Japonki napromieniowanej w Hiroszimie rodzi się pokryta futerkiem, co okazuje się zbawienne w przypadku zimna, jakie cišgle panuje w tej krainie.

Vonnegut o wszelkie nieszczęœcia dzisiejszej ludzkoœci oskarża – chyba serio – monstrualnie wielkie mózgi; człekofoki z Galapagos majš mózgi małe, co gwarantuje im długie i szczęœliwe bytowanie.

Z kolei w powieœci „Cieplarnia" Briana Aldissa człowiek przypomina nadrzewnego zielonego szczura o rozmiarach około 30 cm. Dzieje się to w epoce odległej od naszego dziœ o 5 miliardów lat, kiedy Słońce wypaliło w swym jšdrze cały wodór i zabiera się za hel. Było więc sporo czasu na ewolucję form żywych i zaiste bogactwo form biologicznych jest w „Cieplarni" imponujšce. Inteligentne sš nawet grzyby smardze.

Zmiany nie sš bezkarne

Podobno człowiek zmienia się najwolniej. Rozwój technologii wywraca œwiat do góry nogami, tornada zmian walš się nam na łeb – poœrodku tego cyklonu tkwi człowiek niezmienny jak skała, taki sam od 20, a może nawet od 100 tys. lat. Nawet jeœli uznać to za prawdę, stan taki utrzyma się już niedługo. W naszej epoce po raz pierwszy człowiek zawładnšł poważnymi narzędziami do zmieniania samego siebie: inżynieriš genetycznš jako ingerencjš głębokš i kosmetologiš jako tylko powierzchniowš (choć i to z czasem się zmieni). Farmakologiczne poprawianie zdolnoœci czy inteligencji będzie miało masowe poparcie. Także rozwój inteligencji maszynowej wymusi na człowieku dodatkowe zmiany.

Człowiek przyszłoœci jawi się nam jako zdrowy, rosły i piękny osobnik, piekielnie inteligentny i w porównaniu z dzisiejszym tak długowieczny, że prawie nieœmiertelny. Będzie jednak podlegał przeobrażeniom. Dzisiejszy model człowieka stabilnego jak głaz, niezmiennego przez stulecia albo i tysišclecia, w krótkim czasie, może na naszych oczach, odejdzie do lamusa.

Co nastšpi potem? Być może ludzkoœć zachowa się jak rozbite lustro: w każdym kawałku odbije się jakaœ nowa właœciwoœć. Nowe cechy będš szybko ewoluować, dajšc rozmaite odmiany homo sapiens, które w krańcowym przypadku mogš mieć trudnoœci z dogadaniem się. Nastšpi podział homo sapiens na coraz bardziej różnicujšce się podgatunki.

A jeszcze dalej? Wkraczamy w krainę wszechmożliwoœci, którš z takim zapałem penetrujš autorzy SF. Tu ujawnia się ogólniejsza prawda, wynikła z przypadku Dziwnego Johna: człowiek dzisiejszy jest urzšdzony z grubsza optymalnie i za wykroczenie poza przyznane mu pasmo musi płacić aberracjami. Zwłaszcza dotyczy to geniuszy wszelkiej maœci, ale nie wyłšcznie. Dowolnych zmian w naszym zwierzęcym ciele nie wolno instalować bezkarnie i to może być wšskim gardłem szykujšcych się etapów przyspieszonej sztucznie ewolucji.

Autor jest pisarzem, dziennikarzem, specjalizuje się w zagadnieniach cywilizacyjnych

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL