Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Niewolnicy zawsze w galopie

Pragnienia z dostawš na jutro (magazyn sklepu internetowego Amazon w walijskim Swansea)
rex features/east news
Jeszcze nigdy powiedzenie „czas to pienišdz" nie było tak aktualne, jak obecnie. A umiejętnoœć zarzšdzania czasem tak pożšdana. To deficyt czasu stoi za kulturš on demand.

Prawie każda szanujšca się firma ma dziœ specjalistę od mediów społecznoœciowych. Nie zawsze tylko po to, by o niej pisano i mówiono dobrze. Często ważne jest, żeby „zaistniała", przebiła się w social mediach, dotarła do grup docelowych, do młodych, którzy kiedyœ będš starzy, a gdy już się nimi stanš, to będš mieli grubsze portfele. Najlepiej zasiać ziarno wczeœnie. Żeby wzrosło z czasem. Najlepiej więc, żeby to, co mamy do powiedzenia o swoich usługach czy produktach, było angażujšce. Tak, by ludzie klikali, dzielili się opiniami, a najlepiej, gdyby wybuchła między nimi goršca dyskusja.

Internet roi się od poradników i przepisów na sukces. „Jak tworzyć angażujšce posty na Facebooku? Mamy 5 sprawdzonych pomysłów", „21 inspiracji na angażujšce posty na Facebooku", „Social media w Koœciele. Jak je wykorzystać?". Bardziej wkręceni w temat mogš nawet kupić 800-stronicowš „Social Media Bible". W œwiecie mediów społecznoœciowych nie tylko firmy sš markami, które muszš dbać o swój wizerunek. Markš jest każdy z jego bohaterów. Wszyscy mogš – a wielu czuje nawet przymus – budować swój wizerunek, często daleki od rzeczywistoœci. Dla nich to właœnie „angażowanie" jest ważne, bo w zalewie codziennej rutyny nie ma już czasu, by wejœć w kontakt z drugim człowiekiem.

Ale oprócz angażujšcych mamy też angażowanych. Zwykle sš to zresztš ci sami ludzie. To œwiat, w którym odbiorcy stajš się nadawcami, usługodawcy – klientami. Ten œwiat permanentnej zmiany ról ma swojš konkretnš walutę: czas.

Nie jest wcale tak, że internet wprowadził do tej wymiany rewolucję. Stał się kolejnym pożeraczem czasu. A tym od lat jest głównie telewizja. Dziœ Polacy spędzajš przed telewizorem œrednio ok. 4,5 godz. Jak szacuje dom mediowy Zenith, uœredniajšc, każdy dorosły człowiek na planecie poœwięca ok. 170 min dziennie telewizji i 140 min internetowi. Razem daje to imponujšce 5 godz. i 10 min. Jeœli dodamy do tego osiem godzin snu, osiem godzin pracy i dajmy na to godzinę na dojazdy, to z 24 godz. zostajš nam już tylko niecałe 2 godz. na życie. W przypadku Polaków czas ten wynosi jeszcze mniej, bo ok. 30 min dziennie.

A trzeba przecież znaleŸć miejsce na relacje rodzinne, ksišżki, kino, ruch na œwieżym powietrzu, prasowanie, pranie, sprzštanie, gotowanie, seks, modlitwę, fryzjera i co się komu żywnie podoba. Nie wyglšda na to, by było to możliwe. Z czegoœ trzeba zrezygnować. Zoptymalizować plan dnia.

Ale przecież o nasz czas nie rywalizujš tylko media. Walczš o niego wszyscy, którzy majš jakiœ przekaz. Politycy, pisarze, muzycy, publicyœci, celebryci, duchowni, trenerzy personalni czy wszelkiej maœci autorytety, goœcie coraz liczniejszych konferencji, forów i konwentów.

Potrzebę trzeba stworzyć

W społeczeństwie, gdzie rzšdzš zasady zmasowanego marketingu, wszyscy rywalizujš o nasz czas, naszš uwagę. Owszem istotne jest, ile osób odwiedzi jakiœ portal. Ale dla reklamodawców równie ważny, a może nawet ważniejszy jest czas, jaki na nim spędzš.

W jakiœ sposób staliœmy się więc zakładnikami marketingu. Jego rolš jest w końcu kreowanie rynków i potrzeb. Rynki to w skrócie traktowani jako masa klienci, a potrzeby to nie tylko to, na co wydajš swoje pienišdze, ale też to, na co poœwięcajš czas. Tak postrzegany marketing, za pomocš reklamy lub innych bardziej wysublimowanych œrodków, służy do tworzenia pożeraczy czasu. Czym jest więc np. potrzeba posiadania konsoli do gier? Nie jest to tylko chęć posiadania przedmiotu, ale bardziej rozrywki, doznania emocji, który ów przedmiot ma nam dostarczyć. I może nie tak daleko takiemu przekazowi od reklamy prezerwatyw czy œrodków na potencję, sprzedawanych zwykle wraz z pakietem emocji. Cišgle w myœl zasady, że najłatwiej dotrzeć i uœwiadomić potencjalnemu odbiorcy potrzeby hedonistyczne. Tam, gdzie przekaz kończy się mniej lub bardziej zmodyfikowanym zapewnieniem: satysfakcja gwarantowana.

Guru marketingu jak mantrę powtarzajš, że nic nie jest stałe. Gdy wykreuje się już potrzebę, stworzy rynek czy nawet go zdominuje, nadchodzi kolejny etap – utrzymanie go. Dlatego marketing jest działaniem długoterminowym. Jako taki sprawia, że potrzeby po stronie odbiorcy mogš się kumulować. Nie zawsze jedne zastępujš drugie. Czasami do tych uœwiadomionych potrzeb dochodzš kolejne, o których wczeœniej nigdy byœmy nie pomyœleli.

To narastanie potrzeb bywa społecznie szkodliwe. Bardziej widoczne jest na poziomie finansowym, gdy ludzie pod wpływem komunikatów marketingowych chcš zaspokajać swoje zachcianki, nie majšc na to pieniędzy. Te tragedie sš najbardziej słyszalne, bo medialnie spektakularne. Spirale długów, samobójstwa, rozbite rodziny. Ale co z ludŸmi, którzy cierpiš na cišgły deficyt czasu? Moment, w którym zdajš sobie sprawę, że nie majš czasu, by zaspokoić kolejne mniej lub bardziej wykreowane potrzeby, to dla nich chwila próby. Trudno jest bowiem z czegoœ zrezygnować.

W prosty sposób prowadzi to do uzależnień. Mamy więc zakupoholizm, gromadzenie, kompulsywne objadanie się i wiele innych. Częœć z nich to uzależnienia behawioralne, bezpoœrednio zwišzane z emocjami: przyjemnoœciš, ulgš, zaspokojeniem, euforiš.

Recepta na przecišżenie

Narażeni na setki bodŸców, często napędzani wewnętrznym imperatywem cišgłego bycia na bieżšco, coraz łatwiej gubimy się w œwiecie informacji. Nie ma miary czasu, która pozwoliłaby nam na objęcie umysłem oceanu informacji, które codziennie docierajš do nas z internetu, telewizji, radia. Na dodatek istnienie w mediach społecznoœciowych – na Facebooku, Twitterze i Instagramie – sprawiło, że przybywa osób odczuwajšcych wewnętrzny przymus brania udziału. A branie udziału nie tylko jest czasochłonne, wymaga cišgłej, powtarzalnej interakcji. Z nadziejš, że obdarzajšc emocjš, sami dostaniemy jš w zamian.

To jest też œwiat szybkiej reakcji. W efekcie na wszystkie czynnoœci, nawet te wymagajšce skupienia, przeznaczamy coraz mniej czasu. Stajemy się niewolnikami galopujšcego społeczeństwa.

Informacje majš to do siebie, że podlegajš interpretacji. Nie wystarczy w cišgu dnia przeczytać setki newsów, by być na bieżšco. Trzeba jeszcze umieć wycišgnšć z nich wnioski. To analiza i synteza œwiadczš o intelekcie. A czynnoœci te wymagajš czasu. Choćby po to, by zadać sobie krytyczne pytania.

Może to właœnie brak czasu na myœlenie jest jednym z powodów sukcesu fake newsów. Nie analizujemy informacji, nie sprawdzamy ich wiarygodnoœci, bo nie mamy kiedy.

W sytuacji nazywanej przez socjologów information overload, przecišżeniem informacjš, na którš nakłada się cišgłe bombardowanie przekazami marketingowymi, odwołujšcymi się do naszych mniej lub bardziej uœwiadomionych potrzeb, kluczowš umiejętnoœciš staje się zarzšdzanie czasem. Najproœciej jest sięgać więc po takie produkty, usługi, emocje, które dajšc oczekiwane bodŸce, pochłaniajš go najmniej. To jedno ze Ÿródeł kultury on demand. Zjawiska, gdzie wszystko musimy mieć tu i teraz, najlepiej w formie szwedzkiego stołu. Ta potrzeba już dawno została zdefiniowana nie tylko przez marketingowców, ale też producentów. Nie bez powodu mamy dania „on the go", telewizję na żšdanie czy możliwoœć robienia zakupów bez wychodzenia z domu. Te potrzeby pojawiły się już dawno temu, więc dostawcy usług szybko przekuli je w produkty.

Czy więc on demand jest potrzebš wykreowanš, czy tylko sposobem zaspokajania głodu informacji i usług? Co było pierwsze: podaż czy popyt? A może to po prostu efekt uboczny zatomizowanego œwiata, w którym najtrudniej utrzymać jest dobro najbardziej bezcenne i wyczerpywalne – czas.

Imperatyw wydajnoœci

Marketing, angażowanie przez media to przykłady tego, co się dzieje, gdy czas dosłownie staje się pienišdzem. Ale przecież nie jest wcale tak, że to merkantylne myœlenie o czasie cechuje tylko handel czy relacje producent – dostawca i klient – konsument. Czas jest miernikiem efektywnoœci, a ta jest kluczem do rozwoju gospodarek, do dobrobytu społeczeństw.

Dla społeczeństwa takiego jak polskie efektywnoœć stała się wręcz słowem kluczem. Ekonomiœci od pewnego czasu powtarzajš jak mantrę, że jedynš skutecznš drogš wzrostu gospodarczego stało się dla naszego kraju zwiększanie wydajnoœci. Inne, proste drogi wyczerpujš się. Nie możemy wszystkiego budować w oparciu o niskie koszty, a nawet doskonałej relacji kosztu do jakoœci. Jeœli wyjœciem z tej pułapki œredniego rozwoju ma być wydajnoœć, to jej zwiększenie zawsze dotyczy wyprodukowania w danej jednostce czasu dóbr o wyższej wartoœci.

– Pokazujemy, od czego zależy jej (gospodarki – red.) rozwój: od tego, ile ludzi będzie pracować oraz jak szybko będzie rosła ich wydajnoœć – mówił niedawno na łamach „Rzeczpospolitej" prof. Leszek Balcerowicz, odnoszšc się do raportu FOR. – Głównym motorem wzrostu nie była i nie będzie tania siła robocza, ale rosnšca wydajnoœć pracy, czyli zmiany jakoœciowe, w szczególnoœci innowacje technologiczne i rosnšce kwalifikacje pracowników – pisał kilka miesięcy wczeœniej prof. Stanisław Gomułka.

To, jak efektywnie wykorzystujemy nasz czas, jest więc miarš naszego obecnego i przyszłego dobrobytu. Kultura on demand jest w tej sytuacji pewnym rozwišzaniem, sposobem optymalnego wykorzystania skończonego zasobu. I jest, co pokazujš przykłady w tekœcie Artura Bartkiewicza (str. 4–7), bezpoœrednio zwišzana z rozwojem technologii.

Z braku czasu żyjemy w społeczeństwie cišgłego poœpiechu. Z jednej strony potrzebujemy czasu, by zdobyć pienišdze. Z drugiej potrzebujemy pieniędzy, by zaspokoić nasze potrzeby, na które potrzebujemy czasu. Nic dziwnego, że żyjemy w œwiecie otoczonym zjawiskami, w przypadku których czas jest najważniejszy. Firmy muszš znajdować własne „window of opportunity", momenty, gdy szansa na sukces jest największa, a w coraz większej iloœci produktów liczy się „time to market" – czas, możliwie jak najkrótszy, w którym dotrš z gotowym (w domyœle innowacyjnym) produktem do klienta.

Ale dostawcy produktów i usług nie sš wcale tworami abstrakcyjnymi. To my sami nimi jesteœmy. Nasza praca w coraz większym stopniu przypomina walkę z czasem. Cišgłe zderzanie się z dylematem: albo szybko, albo dobrze. Presja na czas nigdy nie była tak silna. Bo nigdy wczeœniej czas, aż w takim stopniu jak dziœ, nie był pienišdzem.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL