Król fałszerzy wyszedł z więzienia

aktualizacja: 23.04.2017, 12:31
Wolfgang Beltracchi w swoim studio z namalowanym przez niego „La Horde...
Wolfgang Beltracchi w swoim studio z namalowanym przez niego „La Horde". Obraz sprzedano za ponad 4,7 mln euro. Jego nabywca był przekonany, że kupuje oryginalne dzieło Maksa Ernsta.
Foto: Rzeczpospolita

Mógł namalować nawet 300 obrazów, podszywając się pod znanych artystów. Mógł, bo sam nawet nie pamięta, ile dzieł sfałszował. Zarobił na nich miliony. Skazano go za zaledwie 14 udowodnionych podróbek. Ale król fałszerzy znów jest na wolności.

REDAKCJA POLECA
03.05.2017
Paryż: Marszand zgubił obraz wart 1,5 mln euro
kariera
Millenialsi - czego oczekują od pracodawcy?

W 2002 r. na niemieckim rynku sztuki pojawiają się nieznane dotąd obrazy Maxa Ernsta. Wśród nich jest „La Horde" z 1927 r. Obraz kupuje francuski reżyser za 900 tys. euro. Wkrótce dzieło zmienia właściciela, a kilka lat później zostaje wycenione na 6,6 mln euro. Niestety, nie znajduje nabywcy. Licytujący w domu aukcyjnym Christie's w Londynie uważają, że obraz jest przeszacowany. Krótko po aukcji, w 2008 r., „La Horde" kupuje za 4,7 mln euro Reinhold Wuerth, niemiecki miliarder od śrubek, kolekcjoner, twórca wielu nowoczesnych muzeów i wystawia obraz w Kunsthalle Wuerth, którą ufundował małemu, uroczemu miasteczku Schwaebisch Hall, niedaleko Stuttgartu.

Zwiedzający są zachwyceni. Obraz robi wrażenie. Przedstawia grupę amorficznych stworów wlokących ze sobą człekopodobne postacie. W tle jasnoniebieskie niebo. Obraz jest niepokojąco piękny, tak jak piękna może być groza czy brzydota. Na wernisażu jeden z oglądających powiedział: „Ernst miał przeczucie". Zwiedzający – wśród nich znakomite osobistości świata sztuki – nie mieli żadnego przeczucia. Nikomu nawet się nie przyśniło, że kilka lat wcześniej pewien malarz, spacerując nadmorską plażą, zauroczył się kawałkami zbutwiałego drewna, które fale wyrzuciły na brzeg. Zabrał drewno do domu i schował do kartonu. Pewnego dnia otworzył karton, spojrzał na jego zawartość i zdecydował: To będzie Max Ernst. I tak też się stało.

Wystarczy znaleźć swój styl

Deszczowy sierpniowy wieczór 2010 r. Helene i Wolfgang Beltracchi wraz z dwójką dzieci jadą na spóźniony obiad. Wrócili właśnie z Meze na południu Francji, gdzie mają posiadłość, do swojej willi koło Freiburga. Gdy na ich drodze pojawiają się na sygnale policyjne samochody, domyślają się, o co chodzi. Akcja przebiega jak w brutalnym kryminale: pytanie o broń, kajdanki i przesiadka z luksusowego samochodu do osobnych policyjnych wozów. Dzieci – 22-letni Manuel i 17-letnia Franciszka są w szoku. Co takiego zrobili ich rodzice, że potraktowano ich jak bandytów? Wolfgang i Helene tylko podejrzewają. Wolfgangowi nie chciało się przygotować farby do jego autorskiego obrazu Campedonka, więc poszedł i kupił gotową biel. Ekspertyza wykazała, że użyty w farbie pigment nie pasuje do czasu, w którym tworzył malarz. I tak oto milionowe obroty przerwało zwykłe lenistwo. Gdy Wolfgang i Helene zmierzali w kierunku więzienia w Kolonii, obraz „La Horde" wciąż wisi jako dzieło Maxa Ernsta, tym razem na wystawie w Muzeum w Salzburgu.

Wolfgang Beltracchi (właściwie Wolfgang Fischer, Beltracchi to nazwisko żony, które zdecydował się przyjąć, poślubiając Helene, bo brzmiało bardziej artystycznie) nawet nie przeczuwał, że od tej chwili już na zawsze będzie kojarzony z największą aferą fałszerstwa w malarstwie i zostanie okrzyknięty „królem fałszerzy". Malował od dziecka, a jego pierwszy „picasso" wprawił ojca – konserwatora obrazów w kościele, w małym miasteczku Geilenkirchen na północ od Aachen – w zdumienie. Nie ulegało wątpliwości, syn ma talent i to jaki! Wolfgang był tego świadom. Malował, bo malowali prawie wszyscy w jego rodzinie. „To było jak czyszczenie zębów" – powie po latach w sądzie. Nie marzył o karierze malarza. Po roku nauki w szkole rzemiosła artystycznego, zrezygnował. Nudziło go mozolne wypracowywanie własnego stylu. Lubił wolność i barwne życie. Był to czas wielkiej rebelii młodości. Czas dragów, rock and rolla i wolnej miłości. Zapuszcza więc włosy, zakłada okulary a la John Lennon, kupuje harleya i przyłącza się do zbuntowanych hippisów.

Na początku kopiuje dzieła Franza Marca i Andre Deraina, które sprzedaje handlarzom sztuki. Kupuje również stare obrazy, odnawia i upłynnia na targach staroci, które odwiedza, podróżując po Europie. Maluje też kilka obrazów we własnym stylu, sygnuje nazwiskiem Fischer i wystawia w Monachium w Domu Sztuki. Podobają się i „idą" za kilkanaście tysięcy marek. Jedna z galerii proponuje mu nawet współpracę, ale malarz się na nią nie decyduje – praca nad własnym stylem to harówka i wcale nie tak dobrze płatna. Kopiowanie i sprzedawanie falsyfikatów jako oryginałów, to jednak zajęcie zbyt ryzykowne. Dobre oko może wyłowić drżenie ręki, ten moment zawahania, który gubi każdego fałszerza. Poza tym, dla Wolfganga jest mało twórcze.

W jego głowie dojrzewa plan – będzie uzupełniał dorobek malarzy moderny. Będzie malował obrazy, które przepadły w zawirowaniu historii, o których poza tytułem i wymiarami nic nie wiadomo. Zabiera się ostro do pracy. Gromadzi katalogi i doskonali technikę malarską. Przystępuje do pracy przygotowany nie tylko warsztatowo. O malarzu, którego obraz będzie podrabiał wie wszystko: jak odpoczywał, co lubił jeść, jakiej słuchał muzyki. Jeśli był leworęczny jak Raoul Dufy, Wolfgang będzie malował lewą ręką.

Wolfgang maluje, graf handluje

Postanawia zacząć od malarza średnio popularnego i prawie zapomnianego – Johanesa Molzahna. niemieckiego ekspresjonisty, który wystawiał w galerii Flechtheima w Düsseldorfie, a w 1938 r. opuścił ojczyznę. Maluje kilka obrazów, a na rynek wprowadza je berliński antykwariusz. Jeden z obrazów – „Portret Oskara Schlemmera" kupuje za 60 tys. marek wdowa po malarzu, Loretto Molzahn. Nie ma wątpliwości, ten obraz mógł namalować tylko jej mąż. Drugi, „Erigone und Maera", trafia do prywatnego kolekcjonera. W umowie kupna-sprzedaży zapisano, że „obraz został legalnie sprowadzony do Francji z Polski. Został nabyty od polskiego właściciela". Interes się rozpędzał, apetyt rósł, a Wolfgang nabierał pewności, że może namalować wszystko. No – prawie wszystko.

Pewnego dnia w latach 80. malarz Fischer poznaje w kawiarni w Krefeld Ottona Schulte-Kellinghausa, jak mówiła ówczesna miejscowa bohema – „Grafa Ottona". Osiem lat starszy, dobrze ubrany, elokwentny i z koneksjami ów syn piekarza z Krefeld, imał się różnych zajęć, aż w końcu postanowił otoczyć opieką malarzy wkraczających na rynek. Wolfgang zwierza się Ottonowi ze swoich marzeń i... panowie zawierają umowę: Wolfgang będzie malował, a Ottona w tym głowa, by były pieniądze – duże i szybko.

Wiadomo, że obrazy sprzed prawie 100 lat powinny mieć swoją wiarygodną historię. Najlepiej żeby pochodziły z jakiejś znanej kolekcji, która rozproszyła się po świecie i ślad po niej zaginął. Wybór pada na Alberta Flechtheima, jednego z największych niemieckich kolekcjonerów, właściciela znanej galerii w Düsseldorfie i przyjaciela artystów, którego w 1933 r. pozbawiono wszelkich praw z powodu żydowskich korzeni. Flechtheim opuścił ojczyznę, zabierając ze sobą część kolekcji i przez Szwajcarię, Francję przybył do Londynu, gdzie w 1937 r. zmarł. Żona w obawie przed deportacją, w 1941 r. popełniła w Berlinie samobójstwo. Resztę kolekcji zajęli naziści.

Wolfgang projektuje etykietkę z podobizną Flechtheima i postarza ją w... herbacie. Będzie przyklejana do ramy z tyłu obrazu. Teraz trzeba wymyślić historię, w jaki sposób obrazy znalazły się u Ottona. To proste: były własnością jego dziadka, krawca Wilhelma Knopsa z Krefeld, który przyjaźnił się z Flechtheimem i kupował obrazy w jego galerii (Krefeld leży w pobliżu Düsseldorfu). Taką historyjką Otton będzie częstował nie tylko właścicieli renomowanych galerii jak Marc Blondeau – będzie ją opowiadał koneserom sztuki, w tym Wernerowi Spiesowi, byłemu dyrektorowi Musee National d'Art w Centre Pompidou. Znawcy twórczości Maxa Ernsta i zarazem jego przyjacielowi.

W 1992 r. Wolfgang poznaje Helene Beltracchi. To była miłość z wzajemnością i od pierwszego wejrzenia. Miłość – jak czas pokaże na dobre i na złe. Gdy na świat przychodzi Franciszka, pobierają się. Helene jest piękna, inteligentna i podobnie jak Wolfgang kocha wolność i ... sztukę. Para kupuje samochód kempingowy i wyrusza w podróż po Europie – oczywiście śladami wielkiej sztuki. Helene zostaje wtajemniczona w działalność męża. Ma też własne pomysły. Część obrazów namalowanych przez Wolfganga może przecież pochodzić z kolekcji (tym razem) jej dziadka – Wernera Jaegersa, ona i zaś siostra Jeanette są spadkobierczyniami. Pisze nawet list do Wernera Spiesa, zapewniając go, że niektóre obrazy, które są teraz w jej posiadaniu, dziadek osobiście kupił u Flechtheima, pozostałe przywoził z podróży do Paryża. Helene ma więc ekspresjonistów: Campendonka, Pechsteina, Neuena, Mense'a, Ernsta i malarzy francuskich: Braque'a, Derreina, Dufy'ego i innych. Mało tego, by uwiarygodnić pochodzenie zbioru, para przygotowuje dokumentację fotograficzną: starym aparatem na starej kliszy robią kilka zdjęć kolekcji dziadka. Na pierwszym planie szlachetnej sepii, przy stole nakrytym białym obrusem, siedzi ubrana na czarno, ze sznurem pereł na szyi – kobieta. W tle wiszą obrazy. Kobieta ze zdjęcia jest uderzająco podobna do Helene. Nikt nie ośmieliłby się nawet pomyśleć, że ma do czynienia z tą samą osobą, Helene Beltracchi.

Oszukać przyjaciela

Gdy Otto przynosi na umówione spotkanie z Wernerem Spiesem obraz Maxa Ernsta z Sammlung Jaegers (kolekcji Jaegers), ekspert jest oczarowany. Czy mógł nie uwierzyć, że ma przed sobą obraz przyjaciela, którego żegnał w kwietniu 1976 r. na cmentarzu Pere-Lachaise? Spies wiedział o Maxie wszystko, podobnie jak Wolfgang: wiedział, że Flechtheim zrobił Ernstowi w 1929 r. dwie wystawy, że wydano nawet katalog z pracami malarza, choć nie wszystkie posiadały dokumentację fotograficzną, i... że nie wszystkie do niego wróciły. Intuicja mówiła znawcy, że ma przed sobą zaginiony obraz. – Patrząc na podpis na tym obrazie – powie dziennikarzowi „Sterna" – nie mogłem nie myśleć o Maxie Ernście. Nigdy nie widziałem tak dobrego falsyfikatu. Beltracchi jest genialnym klonem Maxa Ernsta. Odkryciu, o jakim marzy każdy historyk sztuki, towarzyszy wzruszenie. Nie ma problemu z potwierdzeniem autentyczności – wystarcza oko konesera. W ten sposób w ciągu pięciu lat Werner Spies uzna za autentyki siedem obrazów Maxa Ernsta. Zarobi na tym 400 tys. euro.

Interes nabiera rozpędu. Obrazy sprzedają się jak świeże bułeczki i wszyscy są szczęśliwi: właściciele znanych galerii, domy aukcyjne, Werner Spies, Otto Schulte-Kellinghaus, a przede wszystkim małżeństwo Beltracchi. To czas luksusu: pięknej posiadłości z winnicami w Meze na południu Francji, willi we Freiburgu, podróży i czego dusza zapragnie. Sprzedane obrazy zmieniają właścicieli, a ich cena wciąż rośnie. Pojawiają się też na wystawach. Nabywcy obrazów z Sammlung Jaegers są dumni z zakupu. Są pewni, że za kilka lat ich cena wzrośnie trzykrotnie, a może więcej – za „La Mere" i „La Horde" w 2001 r. galeria we Francji zapłaciła ponad 1 mln euro, a w 2008 r. kolekcjoner Wuerth zapłacił tylko za „La Horde" 4,7 mln euro z prowizją.

W listopadzie 2006 r. w domu aukcyjnym Lempertz w Kolonii licytowany jest obraz Heinricha Campendonka – „Rotes Bild mit Pferden" („Czerwony obraz z końmi"). Napięcie sięga zenitu. O obraz walczy trzech licytatorów, sala wstrzymuje oddech: 2,4 mln euro po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci i... młotek przybija cenę. To światowy rekord za Campendonka. Szczęśliwiec licytujący przez telefon, wliczając prowizję, płaci 2,88 mln euro.

Kilka dni później Sofia Komarowa z Galerii w Genewie, przygotowując na prośbę właściciela nabytego dzieła potrzebne do transportu dokumenty (galeria zajmuje się między innymi przechowywaniem obrazów oraz ich transportem), stwierdza, że nie ma pisemnej ekspertyzy, potwierdzającej autentyczność obrazu. Bez tego dokumentu dzieło o takiej cenie praktycznie nie powinno być sprzedane – obraz tak słynnego malarza bez ekspertyzy jest bezwartościowy.

Zdradziecka biel

Ekspertem od Campendonka jest Andrea Firmenich, która opracowała z pomocą syna malarza katalog wszystkich jego obrazów, aż do śmierci w 1957 r. w Amsterdamie, ale w katalogu widnieje tylko tytuł zlicytowanego obrazu. Zdjęcia brak. Galeria w Genewie zwraca się więc do domu aukcyjnego Lempertz o przesłanie pisemnej ekspertyzy. Lempertz odpowiada, że Andrea Firmenich obraz widziała i na początku 2007 r. ekspertyza zostanie sporządzona. Zamiast dokumentu, przychodzi informacja, że pani ekspert, zanim wyda potwierdzenie autentyczności, zażyczyła sobie poddania obrazu analizie w Doerner – Institut w Monachium. Opinia instytutu nie jest jednoznaczna. Wprawdzie znaleziono, biel tytanową (w bieli cynkowej), którą zaczęto się posługiwać dopiero na przełomie lat 1937/1938, a na odwrocie – zieloną plamkę, ślad późniejszej farby, to jednak, by stwierdzić, czy mamy do czynienia z falsyfikatem, potrzebne jest zbadanie stylu i proweniencji obrazu.

Mija półtora roku od licytacji, a właściciel obrazu wciąż nie wie, co kupił. Angażuje do wyjaśnienia sprawy panią adwokat, specjalizującą się w sprawach dotyczących autentyczności sztuki, Friderike Graefin von Bruehl. Tym razem obraz Campendonka zostaje oddany w ręce ekspertów od technik malarskich w... Londynie. Rezultat jest miażdżący – nie pochodzi z 1914 r., powstał najwcześniej w latach 1940/1950. A co z logo Flechtheima? Czy też jest fałszywe?

Andrea Firmenich zwraca się do kolegi po fachu Ralpha Jentscha, który, opracowując dorobek innego malarza George'a Grosza, miał do czynienia z obrazami z kolekcji Flechtheima – wysyła zdjęcie etykietki z pytaniem, co o niej sądzi? Dla Ralfa Jentscha jest mocno podejrzana. Jego zdaniem kolekcjoner tej rangi nigdy nie pozwoliłby sobie na tak partacką robotę. Podobizna Flechtheima przypomina raczej karykaturę z antysemickiej ulotki. Szczegółowe badanie wykazuje ślady herbaty i współczesnego kleju! Niemiecki rynek sztuki jest w szoku.

Rene Alongne, komisarz policji w Berlinie w dziale przestępstw dotyczących sztuki, już w 1998 r. poszukiwał Wolfganga Fischera-Beltracchi z powodu fałszywego Molzahna, ale malarz, dowiedziawszy się o tym, opuścił Niemcy i przeniósł się na południe Francji, gdzie ślad po nim zaginął, choć obrazy spokojnie krążyły po galeriach i domach aukcyjnych. Tym razem żarty się skończyły. Policja przeszukuje willę we Freiburgu i mieszkanie Ottona. Akcja jest już przygotowana.

Upadek

W sierpniu 2010 r. Helene i Wolfgang Beltracchi zostają zatrzymani i przewiezieni do aresztu śledczego w Köln, gdzie do procesu spędzą 14 miesięcy. Zobaczą się dopiero po czterech miesiącach, do dzieci będą mogli zadzwonić po ośmiu. To będzie najtragiczniejszy okres w ich życiu. To, co się zaczęło, przerosło ich wyobrażenie: „brutalnie przerwane wspólne życie, rozłąka z dziećmi, izolacja i uzależnienie od woli strażnika i humoru współwięźniów" – powiedzą później przed kamerami telewizji.

Od pierwszego dnia zaczynają pisać do siebie listy. Piszą codziennie, ale zanim te trafią z celi 218 do celi 232 i odwrotnie, mija tydzień, czasami dwa. Wolfgang od razu zdobywa sympatię współwięźniów – wiadomo artysta, o którym rozpisuje się prasa, więc każdy chce być sportretowany. Na początku są to tylko rysunki, później skromne akwarele, w końcu wychodzący na przepustkę przynoszą prawdziwe farby. Cela zmienia się w pracownię. Wolfgang zapuszcza brodę, która wraz z opadającymi na ramiona siwymi lokami upodabnia go do mistrza Dürera. Gorzej z Helene, oprócz codziennych więziennych utrudnień dochodzą kłopoty ze zdrowiem (przechodzi operację). Przede wszystkim muszą jednak odpowiedzieć na setki zadawanych im pytań. I odpowiadają: chętnie i obrazowo.

Pierwszego września 2011 r. przed budynkiem sądu w Kolonii zgromadził się tłum. Akta sprawy liczą 8000 stron, przesłuchano setki świadków. Helene i Wolfgang Beltracchi dobrze się prezentują i są w znakomitym humorze. Przytulają się. Dziennikarze łowią każde ich słowo i uwieczniają każdy gest. Wszyscy zastanawiają się, co jeszcze zostanie powiedziane na sali sądowej, zanim zapadnie wyrok. Akt oskarżenia obejmuje parę Beltracchi, Jaennette S. (siostra Helene) i Ottona Schulte-Kilinghausa. „Bandzie Beltracchi" – jak ich nazwano, zarzucono sfałszowanie 14 obrazów i wprowadzenie ich na rynek, co spowodowało milionowe straty nabywców.

W trakcie śledztwa wypłynęły też inne obrazy. Wolfgang nie ukrywał, że może ich być nawet 300, nie pamięta, przecież nie liczył. Gdzie są? Kto to wie, pewnie gdzieś zdobią jakieś rezydencje, ale na razie nikt się nie zgłosił. Sfałszował w swoim życiu dzieła około 100 malarzy. Właściwie mógłby namalować więcej, ale po co, nie jest zachłanny. Lubi malować, a przede wszystkim mierzyć się z najwybitniejszymi, sprawdzać, czy im sprosta. Dziś jest pewien, że może namalować wszystko: Rembrandta proszę bardzo, ale nie w dwie godziny, jak proponowała mu szwajcarska telewizja. – Teraz znacie moją winę – powie na zakończenie procesu. – Ale muszę powiedzieć, że wtedy było to dla mnie wielką frajdą. Dopiero teraz widzę, co uczyniłem. Proszę tylko o oszczędzenie mojej żony, która nigdy by się tu nie znalazła, gdyby mnie nie poznała.

Proces jest krótki – trwa zaledwie dziesięć dni. Ilu handlarzy, ekspertów, kolekcjonerów odetchnęło z ulgą, kiedy stało się jasne, że już nic więcej nie wypłynie. Wolfgang dostaje sześć lat więzienia, Helene – cztery lata, Otto – pięć lat, a Jaennette wyrok w zawieszeniu (to ona zaniosła w czerwcu 2006 r. pechowego Campendonka do domu aukcyjnego w Kolonii). Ale w więzieniu będą spędzać tylko noce. Wolfgang będzie musiał ponadto pracować. Na szczęście w fachu. W wynajętym w Kolonii atelier będzie malował. Może malować, co chce, ale sygnować własnym nazwiskiem. To, co namaluje, zostanie sprzedane, a pieniądze zasilą konto poszkodowanych.

Narodziny malarza

9 stycznia 2015 r. Wolfgang Beltracchi został zwolniony. Helene opuściła mury więzienia nieco wcześniej. Musiał jednak nadal obowiązkowo malować do czasu spłaty wierzycieli – wyliczono, że uda mu się tego dokonać w tym roku. Tak oto skończył się Beltracchi fałszerz, a narodził – Beltracchi malarz, to przed czym Wolfgang bronił się całe dorosłe życie. Mało tego – przyszła też sława, której wcale nie pragnął. Jego atelier odwiedzali dziennikarze, reżyserzy i ludzie ze świata sztuki. Były wystawy, wywiady, jest film i dwie książki: autobiografia i listy z „odsiadki".

Dziś Helene i Wolfgang są całkowicie wolni. Opuścili Niemcy i przenieśli się na południe Francji, tam gdzie powstały obrazy warte jeszcze kilka lat temu miliony euro i gdzie w barach na wieść o ich aresztowaniu, wznoszono toasty „Niech żyją artyści". Stracili wszystko. Skonfiskowany majątek wyceniono na 7 mln euro. Na pytanie dziennikarza, gdzie jest reszta pieniędzy (wyliczono, że zarobili przez 30 lat ponad 30 mln euro), oburzają się. „Ta kwota jest przesadzona. O takiej kwocie można mówić, biorąc pod uwagę dalszy obrót, a z tym nie mieliśmy już nic wspólnego".

Kim właściwie jest Wolfgang Beltracchi? Geniuszem czy jak chcą inni – średnio zdolnym malarzem o genialnych pomysłach. Co myśli o tym sam Wolfgang? „Często jestem pytany: jest pan geniuszem czy oszustem? Jestem także oszustem, ale fałszowanie jest procesem twórczym. Nie kopiowałem obrazu, ale malowałem tak, jak malarz mógłby go namalować. Zastanawiałem się, jaki obraz pasowałby do jego dorobku.(...) Próbowałem dany styl doprowadzić do perfekcji. (...) Wcześniej moje obrazy były uznawane przez dyrektorów muzeów za mistrzowskie, a teraz są nagle mizerią?(...) Dziś żałuję tego. Ale jest też pokusa innego myślenia: no, wprawdzie oszukiwałeś, ale te obrazy były przecież obiektami czystej spekulacji, były kupowane przez przedsiębiorców z siedzibą w rajach podatkowych".

Jest też pytanie, może bardziej istotne, czym jest współczesny rynek sztuki z jego ekspertami, marszandami, galeriami i domami aukcyjnymi? – Po aferze Beltracchi wiele się zmieniło – mówi komisarz Rene Allonge w rozmowie z dziennikarzem. Domy aukcyjne dzwonią do nas, gdy pojawia się coś podejrzanego. Poza tym są konkretne wytyczne dla handlujących sztuką.

W Berlinie w 1932 r. na procesie w sprawie fałszywych „van goghów" krytyk sztuki Meier Graefe powiedział: – Ten, kto kupuje obrazy jedynie na podstawie ekspertyzy i płaci za nie horrendalne sumy, zasługuje na to, by go oszukiwano.

Wolfgang Beltracchi sfałszował obrazy ponad stu malarzy, malując i wprowadzając w obieg około setki obrazów, 55 z nich rozpoznano jako falsyfikaty. Na pytanie dziennikarza, czy to możliwe, by niektóre wisiały w muzeach i czy natknął się na nie, odpowiada: – Tak. Zdarzyło się. Czasami byłem przygotowany na to, ale bywały też niespodzianki. To było niezwykłe uczucie. Myślę, że obraz też mnie rozpoznał. ©?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Plus Minus

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE