Michał Żewłakow: Nie muszę się niczego wstydzić

aktualizacja: 15.04.2017, 12:13
Foto: PAP, Leszek Szymański

– Nigdy nie byłem profesjonalistą. Trudno nazwać tak kogoś, kto po meczu idzie na balet do szóstej rano, a o dziewiątej ma trening. Moja rzetelność polegała tylko na tym, że na ten trening szedłem i nie płakałem – mówi były kapitan reprezentacji Polski Michał Żewłakow.

REDAKCJA POLECA
16.04.2017
Bramkarz BVB: Po zamachu wciąż mam kłopoty ze snem
Kariera.pl
Menedżer nie musi być wiecznie lojalny wobec dawnej firmy
kancelarierp.pl
Stwórz swoją umowę - szybko i profesjonalnie!

Rz: Piłkarze po zakończeniu kariery często marudzą, że urodzili się za późno albo za wcześnie.

Ja urodziłem się w dobrym czasie.

Zagrał pan w reprezentacji Polski 102 mecze, to rekord. Ale dopiero teraz kadra odnosi jakieś sukcesy.

Tyle że moim największym sukcesem wcale nie jest wyjazd na mistrzostwa świata czy mistrzostwo Polski. Cieszę się, że jako dzieciak wymarzyłem sobie, by zostać piłkarzem i to marzenie udało mi się spełnić. Jestem zadowolony z tego, co przeżyłem. Dla niektórych byłem słabym piłkarzem, dla innych przeciętnym, ale są i tacy, którzy uważają, że byłem bardzo dobry. Wiem tylko, że nie muszę się niczego wstydzić. Dzięki piłce zrozumiałem, na czym polega rywalizacja, poświęcenie, nauczyłem się życia. Przy okazji trochę zarobiłem, poznałem ludzi i po karierze robię to, w czym najlepiej się odnajduję.

Co to znaczy, że nauczył się pan życia?

Sport wcale nie jest sprawiedliwy. Uczy, że czasami musisz się pogodzić z porażką, chociaż tak naprawdę na nią nie zasłużyłeś. Możesz być w cudownej formie, ale wcale nie musisz wygrać meczu, a twojej formy nawet nikt nie zauważy. Piłka nauczyła mnie pokory w odniesieniu do codzienności, do tego, co nas spotyka. Jak masz pieniądze i masz kolegę, który chce zainwestować razem z tobą, to wcale nie oznacza, że razem zarobicie. Sport przygotował mnie do tego, jak radzić sobie w ciężkich chwilach, albo – co może jeszcze ważniejsze – jak radzić sobie z euforią, kiedy jest naprawdę dobrze. Dla mnie ważne jest także to, że – choć musiałem dużo poświęcić – jako człowiek za bardzo się nie zmieniłem. Zyskałem doświadczenie, ale kolegów mam tych samych i lubię tak samo spędzać czas.

Co to znaczy, że musiał pan dużo poświęcić?

Nie byłem przy narodzinach swojego syna. Pierwsze urodziny córki obchodziłem z nią wspólnie, gdy skończyła osiem lat. Są w życiu rzeczy naturalne dla mężczyzny, kobiety, męża, żony, a ja wszystko meblowałem po swojemu tylko po to, żeby zagrać jakiś mecz albo wyjechać na zgrupowanie. Przez 25 lat nie miałem urlopu w normalnym terminie. Albo sztukowaliśmy sobie dni wolne, albo jechaliśmy bez jednego dziecka, albo nie tam, gdzie planowaliśmy. Pewne rzeczy mi uciekły, chociaż tak naprawdę piłkarz nie prowadzi zupełnie odmiennego życia od przeciętnego człowieka. Zmianie ulegają tylko proporcje, do pewnych rzeczy trzeba się przystosować.

No jednak życia piłkarza nie da się porównać z życiem przeciętnego człowieka...

Córka mi niczego nie wypomina, dzieci przyzwyczaiły się do takiego stylu życia do tego stopnia, że nie wiem, czy by zniosły, gdyby tata był codziennie w domu. Przez lata większość czasu spędzały z żoną, niestety nie jestem tym, który pomaga w utrzymaniu dyscypliny, ale raczej ją rozwala. Może robię to podświadomie, ale wiedząc, że tego wspólnego czasu mamy tak mało, zamiast trzymać towarzystwo w ryzach, to je rozpieszczam. Mam nadzieję, że nie rozpuszczam.

Zmieniając kluby, zabierał pan rodzinę zawsze ze sobą?

Tak, wszędzie. Mój rytm był ich rytmem. Kiedyś moje dzieci w dwa lata musiały cztery razy zmieniać szkołę. Wiadomo, że młodzi się szybko adaptują do nowych realiów, ale na pewno nie była to dla nich łatwa sytuacja. Moja kariera spowodowała, że nie miały normalnego dzieciństwa, takiego stacjonarnego, jak inni. Starałem się jednak, by ich życie nie było nudne. Może nie było idealne, ale dzieciaki nie mogą narzekać, bo są rzeczy, które zyskały. Na przykład znajomość języka francuskiego. Kiedy wejdą w poważniejsze życie, może przyjdzie im refleksja, że wszystko się dobrze potoczyło, będzie im łatwiej.

Pan z życia brał garściami.

Dla mnie piłka to nie było tylko zarabianie pieniędzy i zdobywanie trofeów. Traktowałem swoją karierę jako szansę na poznanie świata, innego sposobu życia, innego na nie patrzenia. Będąc dłużej w Grecji, do niektórych rzeczy się za bardzo przyzwyczaiłem i po powrocie do Polski nie zdaje to egzaminu. Ale jako człowiek jestem bogatszy, powiedziałbym – bardziej elastyczny. Problemy, które spotykają mnie w życiu, nie sprawiają, że załamuję ręce. Staram się je rozwiązywać od razu, a nie odkładać na później.

Zawsze tak było?

Oczywiście, że nie. Pamiętam taki czas, kiedy wyjechałem do Belgii, do Beveren. To było najgorsze osiem miesięcy w moim życiu. Codziennie płakałem. Codziennie.

Dlaczego?

Byłem młodym chłopakiem i nagle zderzyłem się z innym światem. Mieszkaliśmy razem z bratem w małej holenderskiej wiosce nad Morzem Północnym, w której naprawdę nic się nie działo. Kiedy mieliśmy dwa treningi i zjeżdżaliśmy w bloku windą o siódmej rano, to jak wracaliśmy o osiemnastej, ta sama winda na nas czekała. To był blok-rezydencja dla bogaczy, przyjeżdżali tam latem, a kiedy my tam byliśmy, był pusty, szary i ciemny.

I ta szarość tak bolała?

Miałem świadomość tego, co działo się sześć miesięcy wcześniej. Byłem w Warszawie, u siebie, miałem kolegów, podobne emocje sportowe i wiarę w to, że będę się rozwijał. Nagle wszystko musiałem zostawić i pojechać do ciężkiej pracy. Z pytaniem, czy będę w stanie przekuć ją w sukces. Ten okres najbardziej wyrąbał w mojej psychice przekonanie, że jeżeli chce się coś osiągnąć, to trzeba liczyć się z poświęceniem. Podejrzewam, że bez mojego brata Marcina, który trafił tam razem ze mną, bym sobie nie poradził. Miałem blisko osobę, która potrafiła mi pomóc, wziąć czasem coś na siebie. Sytuacja była jeszcze o tyle łatwiejsza, że naszym menedżerem był Włodzimierz Lubański, a trenerem inny Polak – Stanisław Gzil. To były dwie osoby, na które mogliśmy liczyć w trudnych momentach. Od czasu do czasu przyjeżdżali też do nas rodzice.

Pomagali?

No tym, że się pojawiali – tak. Ale miałem 22 lata i tylko jedną myśl w głowie: nie chciałem wrócić do Polski z podkulonym ogonem, to byłby za duży wstyd. Taka presja pomagała mi wszystko przeżyć, przeboleć i stać się lepszym.

Mówił pan, że problemem był wyjazd z Warszawy do Beveren, z wielkiego miasta do małego. Dlaczego osoby z wielkich miast rzadziej osiągają sukces w sporcie?

Ludzie z mniejszych miejscowości bardziej dążą do tego, by im wyszło. Mają ograniczone możliwości dokoła, ale za to więcej charakteru. A w sporcie chodzi głównie o charakter, bo sam talent może być wizytówką tylko do pewnego momentu. Później dźwignią sukcesu jest wytrwałość i rzetelność. Nie mówię, że profesjonalizm, bo sam za profesjonalistę nigdy się nie uważałem. Byłem co najwyżej rzetelny.

Jak to?

No chyba profesjonalistą nie jest piłkarz, który po meczu idzie na balet, kończy go o szóstej rano, a o dziewiątej idzie na trening. Ja szedłem na trening, wiedziałem, że muszę się wymęczyć, wypocić, ale nie płakałem, nie uciekałem w kontuzje ani nie mówiłem trenerowi, że źle się czuję. Trzeba było iść i mielić na boisku.

Często te balety były?

Im wyższy poziom, tym mniej było czasu. Ale tak szczerze, to ja nigdy z baletów nie wyrosłem. Dopasowywałem je do harmonogramu treningów i meczów, powagi sytuacji, natomiast zawsze, kiedy mogłem, to szedłem zatańczyć.

Trenerzy panu często wybaczali, bo ładnie pan mówił.

Starałem się być szczery i nigdy nie ukrywałem prawdy przed trenerami. Stawiałem na dialog, pokazując moje zalety i wady. Jeśli paliłem papierosy, to nie chowałem się po kątach, tylko umawiałem się z trenerem, że jak już sobie zapalę, to może chociaż tak, żeby młodzi piłkarze nie widzieli.

Zawsze pan palił?

Nie, zacząłem po trzydziestce, w Olympiakosie.

W klubie przymykali oko?

Miałem kilku takich trenerów, którzy pokazali mi, że szczerość daje zdecydowanie więcej, niż udawanie kogoś, kim się nie jest. Na przykład Timur Kecbaja, z którym co prawda pracowałem bardzo krótko, pokazał mi, że tak naprawdę ważne jest tylko to, jak prezentuję się na boisku. Nauczył, że dając z siebie 120 procent na treningach, podczas meczów będę dawał 150 procent. Nie interesowało go, co robię po meczu, nie przejmował się takimi rzeczami. Uważał, że każdy piłkarz jest człowiekiem, a każdy człowiek potrzebuje czego innego, by być szczęśliwym. A Kecbaja uważał, że tylko szczęśliwy człowiek jest efektywny.

Odnalazłby się pan we współczesnym futbolu? Te wszystkie kulki mocy i diety bez glutenu to dla pana?

Widzę te wszystkie trendy i rzeczywiście w dzisiejszych czasach ciężko byłoby mi być nawet rzetelnym. Ale przecież odżywianie nie jest jedyną drogą do sukcesu, patrzymy na nie inaczej przez Roberta Lewandowskiego. To przykład i wzór tego, jak nad sobą pracować. Robert udowodnił, że Polak może być jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. Pamiętając o swoich doświadczeniach, nie wiem jednak, czy byłbym w stanie żyć tak jak on. Lewandowski ma widocznie inne priorytety, które powodują, że jest spełniony i szczęśliwy.

Stan konta?

Wydaje mi się, że on od jakiegoś czasu na konto już nie patrzy. Nic go tam już nie jest w stanie zdziwić. Człowiek chce pieniędzy do pewnego momentu, a jak ma ich już dużo, to bardziej ucieka w to, by wytyczać trendy, we władzę, w możliwość oddziaływania na innych. Są też ludzie, którzy uwielbiają robić to, co robią i zwyczajnie chcą być codziennie lepsi. Według mnie Robert, bez względu na to, jak długo będzie jeszcze grał, ciągle będzie chciał bić kolejne rekordy i tego mu serdecznie życzę.

Graliście razem w reprezentacji. Było widać, że dużo osiągnie?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że tak. Widać było za to, że on wie, co chce zrobić. Był zdecydowany, cicho pracował, nie był osobą, która liczyła, że pomoże jej ktoś z boku. Pytał pan o kariery sportowców z małych i dużych miast, a ja mam inną teorię. Uważam, że bardziej zdeterminowane są osoby, które w dzieciństwie przeżyły jakieś tragedie, były uczestnikami jakiejś patologii. Nie chodzi mi o aż tak drastyczne przykłady, jak u Kuby Błaszczykowskiego. Nie chodzi mi o alkoholizm albo przemoc w rodzinie. Ale jeśli czegoś brakuje – nieważne czy pieniędzy, jednego rodzica, po prostu ciepła, albo zwyczajnie wzrostu – ciągle się z czymś walczy i walkę ma się we krwi. Tak wykuwa się charakter zwycięzcy. Nie twierdzę, że tylko ludzie z problemami osiągają sukces, ale mam wrażenie, że przynajmniej nie spoczną na laurach, bo zawsze będą musieli coś udowadniać. Niektórzy piłkarze z naszej kadry idealnie wpisują się w moją teorię. Kuba, Lewandowski, Kamil Glik, Artur Boruc...

A pan się niby jak wpisuje w swoją teorię?

Miałem brata bliźniaka i wszyscy się z nas śmiali.

A poważnie?

Niby nic poważnego, ale dla mnie traumą z dzieciństwa było nawet nazwisko. Takie były czasy, Rosja kojarzyła się źle. Kiedy miałem się przedstawić, używałem samego imienia, nazwisko podawałem tylko wtedy, kiedy już naprawdę trzeba było. Żewłakow to Rusek i tyle. Teraz jestem dumny z tego, jak się nazywam, ale nawet kiedy brałem ślub, a żona chciała zachować także swoje panieńskie nazwisko, powiedziałem, że moje jest tak szczególne, że albo zostaje Konowrocką, albo decyduje się na Żewłakowa.

Kto miał największy wpływ w na pana charakter?

Rodzice, a zwłaszcza ojciec, który wpajał we mnie zasady od małego. Były jak drogowskazy. Poza tym spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy chcieli dla mnie dobrze – po pierwszym sezonie w Beveren na stole pojawiło się osiem ofert z innych klubów: trzy z Niemiec, trzy z Holandii i dwie z Belgii. Włodzimierz Lubański wcale nie sugerował tej, na której zarobiłbym najwięcej, wskazał najkorzystniejszą dla mojego rozwoju. Współpracowałem z nim bardzo długo, to on utorował moją karierę, która przecież nie wyglądała tak, jak na przykład Radka Matusiaka, który z Bełchatowa trafił do Palermo. Nie, ja szedłem powoli. Z Polonii Warszawa odszedłem do słabego belgijskiego klubu, później zmieniłem go na średniaka, by trafić do najlepszego. Ligę belgijską przetasowałem sobie od dołu do góry. Po ośmiu latach doszedłem do wniosku, że zdobyłem tam już wszystko i skorzystałem z propozycji Olympiakosu Pireus – była atrakcyjniejsza finansowo, a poza tym chciałem się sprawdzić w innych warunkach. Przy okazji połączyłem ją z cudownym życiem.

Ojciec pana bardziej głaskał czy dawał kopa?

Nie głaskał. Nie sposób powiedzieć, że nas nie kochał, bo kochał i to bardzo, ale nigdy nam o tym nie powiedział. To nie był człowiek, który potrafił wyrazić emocje w taki sposób, jakiego potrzebuje dziecko. Zawsze dużo wymagał, zawsze musiałem coś udowadniać i było to przez jakiś czas męczące. Nie miałem normalnego dzieciństwa, taki dorosły dzieciak byłem. Tata nas ciągle pompował, mobilizował. Jeśli chodzi o sport, pomagał nam od samego początku. Kiedyś miał nawet jakiś problem z trenerem juniorów w Polonii... No i ten problem urósł do takich rozmiarów, że tata pobił trenera, a my musieliśmy odejść z drużyny. Trafiliśmy do rezerw pierwszego zespołu, gdzie nie mieliśmy żadnych warunków do rozwoju, ale przynajmniej graliśmy z seniorami. Tamten okres spowodował, że zostaliśmy dostrzeżeni przez Mirosława Jabłońskiego, który wziął nas do głównej kadry Polonii. Nie wiem, czy ja po prostu mam takie szczęście, czy je jakoś prowokowałem, ale każda sytuacja, która na początku wydawał się zła, obracała się w coś fajnego.

A pan mówi swoim dzieciom, że je kocha?

Tak. Pewnie staram się dać im to, czego sam nie dostawałem. Mój ojciec spędzał jednak z nami dużo więcej czasu niż ja ze swoimi dziećmi, więc może tylko próbuję odkupić swoje winy.

W ułożeniu życia rodzinnego pomagało panu to, że żona też uprawiała sport?

Ania do 18. roku życia grała w koszykówkę, na poziomie ekstraklasy i na pewno pomogło to jej zrozumieć niektóre moje obowiązki. Mojej żonie do sportu w którymś momencie zabrakło charakteru, ale na pewno zostawiła go sobie dużo na wychowanie dzieci i dom. Tak naprawdę wszystkie codzienne obowiązki wzięła na siebie. Wiele jej zawdzięczam i chcę to powiedzieć głośno. To, jakie mam dzieci, to zasługa mojej żony. Ja tylko przynosiłem do domu klocki, a ona je układała.

Łatwo z panem nie miała.

No nie imprezowałem znowu tak, żeby przeszkadzało mi to w normalnym funkcjonowaniu. Lubiłem baletem podkreślić wyjątkowy mecz, zwycięstwo, sukces. Ale przecież nie zawsze wychodziłem sam, czasami zabierałem też Anię. Wydaje mi się jednak, że możliwości mojej żony nie pozwoliły jej wytrzymać mojego tempa.

A winem w samolocie co pan świętował? Bo kosztowało to pana wyrzucenie z kadry przez Franciszka Smudę i Euro 2012 przeszło koło nosa.

Wydaje mi się, że nawet jakby tego wina nie było, to raczej nie mieściłem się w planach trenera Smudy. Szkoda trochę, ale naprawdę żałowałbym wtedy, gdybym sam z reprezentacji zrezygnował, a przecież na decyzję selekcjonera nie miałem wpływu. Nawet gdybym znalazł się w kadrze na Euro, to chyba nie jako piłkarz, który miałby odegrać jakąś poważną rolę. Może miałbym tylko dbać o atmosferę.

Artur Boruc, pana przyjaciel z pokoju, też był wyrzucany z kadry kilka razy, ale dopiero w tym roku zakończył karierę w reprezentacji.

Dzwonimy do siebie nadal, chociaż i ja mam więcej obowiązków, i Artur przecież ciągle gra w Anglii. Nasz kontakt ograniczył się naturalnie, ale kiedy przyjeżdża do Warszawy, znajdujemy czas na spotkanie. Myślę, że kiedy Boruc zakończy karierę, pokażemy jeszcze, na co nas stać. A że nie ma go w kadrze, to akurat duża strata. Nawet jeśli nie byłby pierwszym bramkarzem, tak dużo przeżył i tak dużo widział, że przydałby się kolegom i trenerowi. Nie wiem dokładnie, co się wydarzyło, ale wydaje mi się, że z kadry nie rezygnuje się z własnej woli, tylko czasami tak po prostu wypada.

Pan na zgrupowanie przyjechał kiedyś samochodem – z Grecji, przez całą Europę.

I to po finale rozgrywek o krajowy puchar, w którym nawet strzeliłem gola. Dla mnie, bez względu, czy to był mecz o punkty w eliminacjach czy wyjazd na towarzyskie spotkanie do RPA, mecze reprezentacji były wielkim świętem i radością. Potrafiłem sobie wszystko w głowie tak poukładać, żeby każdy występ traktować jak wyzwanie. Nie zastanawiałem się nad tym, czy warto jakiś wyjazd odpuścić. Sam fakt, że będę spędzał czas z kolegami, z którymi nie mogę widywać się na co dzień, wprawiał mnie w dobry nastrój.

Zazdrości pan teraz kolegom z obecnej kadry? Są w rankingu na 11. miejscu na świecie, byli o włos od półfinału mistrzostw Europy.

Spokojnie, za Leo Beenhakkera grałem w 17. drużynie według rankingu, czyli wstydu też nie było. Oczywiście mam pewnego rodzaju niedosyt, ale kiedy patrzę na reprezentację, to widzę proces, który ciągle trwa. Wychowałem się przecież na drużynie, która w wielkich turniejach po prostu nie grała. Mundial z 1986 roku pamiętam jak przez mgłę, gola Włodzimierza Smolarka z meczu z Portugalią, przewrotkę Zbigniewa Bońka w spotkaniu z Brazylią. Mistrzostwa z 1982 roku musiałbym sobie przypominać na YouTubie. Świadome dzieciństwo przypadło na ponure czasy, kiedy w ogóle nie kwalifikowaliśmy się na wielkie imprezy. Gdy wywalczyliśmy awans na mundial w Korei w 2002 roku za Jerzego Engela, kadra zaczęła się rozwijać. To jest mój sukces, że obecni piłkarze mogli wychowywać się na drużynie, która pokazała, że przynajmniej da się wywalczyć awans. Teraz obecni Lewandowscy budują świadomość na przykład mojego syna – on już wie, że na wielki turniej można pojechać po coś więcej niż sam występ. Można wyjść z grupy, powalczyć o medal.

Osiągnął pan sukces?

Grałem w czasach, kiedy w kadrze coś drgnęło, ale patrząc na to, gdzie jest obecna drużyna, nie osiągnąłem niczego. Nasz sukces, czyli awans, dzisiaj traktowany jest jako zwyczajny obowiązek. A wtedy, po 16 latach nieobecności wśród najlepszych, w kraju wybuchła euforia. Dzisiaj niektórzy śmieją się, że traktujemy awans Legii do Ligi Mistrzów jako wielkie wydarzenie. Ale przecież będzie inaczej dopiero wtedy, gdy takie awanse staną się dla nas czymś powszednim, powtarzalnym co roku.

Pamięta pan jakiś swój wielki mecz z reprezentacji?

W głowie mam może cztery spotkania. Zwycięstwo na początek eliminacji w 2000 roku z Ukrainą na wyjeździe, kiedy wszyscy skazali nas na porażkę, mecz z Francją na Saint-Denis, minimalnie przegrany, w którym grałem razem z bratem, no i pieczętującą awans na Euro 2008 wygraną z Belgią. Pamiętam też gola, jakiego strzeliłem Borucowi w spotkaniu z Irlandią Północną...

Mocno pan to przeżył?

Pamiętam szczere spotkanie z Beenhakkerem. Siedziałem przed nim ze łzami w oczach, a on tylko mówił, że jak mam ochotę płakać, to żebym się nie krępował. Zapaliliśmy sobie, ja papierosa, on cygaro, popłakałem sobie spokojnie, pomilczeliśmy pięć minut i miałem zebrać drużynę na następny mecz. Zebrałem tak dobrze, że wygrała 10:0 z San Marino, ale ani mnie, ani Artura nie było nawet na ławce rezerwowych.

Boruc miał kiedyś pretensje o tamtą bramkę?

Może miał, ale nigdy jej nie wyartykułował. To był ułamek sekundy. Miałem ochotę zwyczajnie zapaść się pod ziemię. W tym meczu nie wyszło nam nic, wyręczaliśmy rywali nawet w zdobywaniu bramek. Leo nie miał pretensji do nikogo, bo w Belfaście nie można było przy nikim postawić choćby małego plusika. Przeżyłem w futbolu wiele, ale tak fatalnego meczu nie pamiętam. Zamknęliśmy z trenerem temat i uznaliśmy, że nie będziemy do niego wracać. Pozwolił mi o tym golu rozmawiać z Borucem dopiero po zakończeniu kariery. Ja już skończyłem. Czekam na Artura.

Ma pan kontakt z Beenhakkerem?

Ostatnio przy okazji meczu w Madrycie z Realem gospodarze zaprosili nas na lunch. Emilio Butragueno zadzwonił do Leo i przekazał mi słuchawkę. Ale kontaktu na co dzień nie mamy, dla Beenhakkera futbol to już teraz hobby, a przecież było to całe jego życie.

Kto miał większy wpływ na rozwój reprezentacji? Engel czy Beenhakker?

Nie da się porównywać. Engel był pierwszy, pokazał, że możemy odnieść sukces. Leo był osobą, która otwierała piłkarzowi z Polski głowę na Europę. Przecież to za Beenhakkera Lewandowski dostał pierwsze powołanie, przecież to Holender wymyślił dla kadry Michała Pazdana, który tak naprawdę wypalił dopiero kilka lat później. Beenhakker miał trudne zadanie, bo w wielu sytuacjach musiał nam siłą udowadniać, że to, co my myślimy na różne tematy, nie do końca jest prawdziwe. I przekonał nas, że niemożliwe nie istnieje.

Wyciągał was z drewnianych chatek?

Jak przyznaję się dzieciom, że pierwszy raz leciałem samolotem, mając 21 lat, to się ze mnie śmieją. Teraz to jakaś abstrakcja. Za granicą pierwszy raz byłem może pięć lat wcześniej. Nasze pokolenie przed meczami wyjazdowymi najpierw walczyło z emocjami, z tym, by poradzić sobie z zaszczytem, jaki nas spotkał, że w ogóle możemy tu grać. Dopiero później pojawiały się myśli o przeciwniku. Teraz na szczęście jest inaczej, dzieciaki jeżdżą na turnieje zagraniczne, możliwości klubów są dużo większe, ale pewne ograniczenia na pewno pozostały. Niemiec, który idzie do szkółki w swoim mieście, wie, że klub, któremu kibicuje, może wygrać Ligę Mistrzów. Nasz młody piłkarz może najwyżej marzyć o tym, by jego klub chociaż raz w tej Lidze Mistrzów zagrał. Moim zdaniem taka różnica świadomości rzutuje później na odwagę, na zachowania w ekstremalnych sytuacjach na boisku. Nasz wielki szczyt dla Francuza czy Niemca był małą górką. Teraz nasze młode pokolenie jest wreszcie pazerne, ma rozbudzone ambicje i wiarę w to, że z każdym może walczyć jak równy z równym. A sukces w sporcie zbudowany jest właśnie na wierze. Jak jej nie masz, to nawet nie zaczniesz swojej drogi. W jej zbudowaniu potrzeba jednak jak najwięcej pozytywnych doświadczeń. Drobne sukcesy reprezentacji, awans, pierwszy wygrany mecz, wyjście z grupy. Jestem przekonany, że nasza kadra na kolejny turniej pojedzie jeszcze bardziej głodna, już nie po niespodziankę, ale po to, co jej się należy.

A co się należy?

Kiedyś uważano, że nie wypada mówić wielkich słów przedwcześnie. Że w przypadku niepowodzenia kibice nie wybaczą, a media zjedzą. Tyle że Polacy są już tak świadomi swoich możliwości i umiejętności, że zmienili kod DNA, wyparli z niego porażkę. Nie będą się bali zapowiedzieć medalu.

Pan te najważniejsze mecze rozgrywał najpierw w głowie czy szedł na żywioł?

Najczęściej spędzałem czas w pokoju na rozmowach z Arturem. To odważny facet, nigdy nie pękał i to na mnie działało. Wydaje mi się, że byliśmy osobami, które na boisku i poza nim dodawały animuszu całej reszcie. Starczyło, na ile starczyło, ale wydaje mi się, że ci, którzy z nami grali, będą wspominać nas kolorowo. Dużo mówi się o alkoholu, że wtedy był wszechobecny w piłce. Może było to zjawisko, które specjalnie nie dziwiło, ale tego przecież nie wymyśliła nasza generacja, tradycje przejęliśmy w spadku po poprzednikach. Budowaliśmy atmosferę, jak była impreza i drużyna szła, to szedłem i ja. Uważałem, że człowiek, który w życiu prywatnym jest w stanie zaryzykować, to samo zrobi na boisku, a ktoś zachowawczy i poukładany taki sam będzie podczas gry. Wyjątkiem jest tylko Lewandowski... Lubiłem sobie ułożyć wszystko wcześniej, ale koncentrowałem się tak samo na Francuzów, jak na Ormian, na mecz ze Sportingiem Lizbona w Lidze Europejskiej, jak na Gryf Wejherowo w Pucharze Polski. Mecz to mecz, miałem pokazać, co potrafię, to zawsze wbijał mi do głowy ojciec. Oczywiście, że na początku byłem bardziej bojaźliwy i mniej odporny na bodźce, na które nie powinienem zwracać w ogóle uwagi.

To znaczy jakie?

Jak graliśmy z Francuzami, miałem 24 lata, ale kiedy zobaczyłem z bliska ekipę z Laurentem Blankiem, Fabienem Barthezem, Yourrim Djorkaeffem czy Bixente Lizarazu, to i tak kątem oka sprawdzałem, jakie mają buty. Serio. Takie zachowanie jest teraz normalne dla juniora, a ja byłem już przecież profesjonalnym piłkarzem, to był poziom reprezentacji.

W waszych czasach korzystanie z pomocy psychologa było wstydem?

W Anderlechcie korzystałem. W zespole było 25 chłopaków, ale chyba byłem jedyny. Nie tyle szukałem pomocy w sporcie, ile chciałem w radach psychologa szukać czegoś życiowego. Nie lubię, jak ktoś mi coś narzuca, ale jak coś we mnie dojrzeje, to wtedy dam z siebie wszystko, by to realizować. Do pewnych decyzji musiałem zwyczajnie dojrzeć. Miałem taki moment, kiedy piłka przestała mi sprawiać radość, to był ostatni sezon w Legii, kiedy umierał mi ojciec. Zrozumiałem wtedy, że futbol nie jest najważniejszy w życiu, dlatego po zakończeniu rozgrywek skończyłem karierę. Gdybym się zdecydował grać jeszcze przez rok, oszukiwałbym siebie i kolegów.

Śmierć ojca bardzo pana zmieniła?

Obserwowałem ją od momentu, kiedy tata dowiedział się, że ma raka. Po rozmowie z lekarzem wiedziałem, że zostało mu sześć miesięcy. Ciężko żegnać się z osobą, która tak naprawdę zrobiła dla ciebie najwięcej, która ciągle przy tobie była. Musisz sam w sobie wyzwolić siły, żeby ojciec walczył. A mój ojciec nie był wojownikiem, raczej znosił trudy życia, a nie walczył o to, żeby było lepiej. Miałem przed sobą obraz taty, prężnego faceta, który na moich oczach zmieniał się w kogoś, kto funkcjonował coraz gorzej. Marcin grał wtedy w Kielcach albo Bełchatowie, większość rzeczy była na mojej głowie, zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie łączyć tego wszystkiego z piłką. Przez pierwsze pół roku grałem, drugie spędziłem na ławce i po rozmowie z trenerem Janem Urbanem uznałem, że będę bardziej dbał o chłopaków w szatni niż na boisku. Po jakimś czasie napięcie puściło, ale był czas, kiedy zamknąłem się na świat. Zrobiłem sobie rachunek – kto przyjaciel, a kto był przy mnie tylko wtedy, kiedy było dobrze. Na bliskich się nie zawiodłem. Teraz już żyję jak przed śmiercią ojca.

Pozostaje pan głuchy na prośby kibiców, by założyć konta na portalach społecznościowych. To nie dla pana?

Nigdy nie czułem takiej potrzeby. Nie czułem się osobą na tyle mądrą i nieskazitelną, żeby publicznie pisać rzeczy, do których inni mieliby się ustosunkowywać. Poza tym w Polsce, jeśli jesteś znany i do tego jeszcze coś osiągnąłeś, to wcześniej czy później dostaniesz po mordzie. Nie chcę nikogo edukować. Podzielę się swoim doświadczeniem, jeśli ktoś będzie go naprawdę potrzebował, to mnie znajdzie.

Kiedyś był pan częścią drużyny, którą czasami spotykała krytyka. Teraz, jako dyrektor sportowy Legii, musi pan radzić sobie sam z krytyką swoich decyzji. Jak inna to jest presja?

Do każdej można się przyzwyczaić. W każdym gorszym momencie zadaję sobie pytanie, czy to był po prostu mój błąd, czy też chciałem kogoś naciągnąć dla swojej wygody. Mam czyste sumienie, nie jestem w klubie od realizacji swoich dziwnych wizji. Najważniejsze decyzje podejmowałem, konsultując się z trenerami, skautami, prezesem. Oczywiście podpisuję się pod transferami, bo czyjś podpis musi być, ale to efekt pracy całego zespołu. Mogę się mylić, bo jestem tylko człowiekiem. Jeśli jest ktoś chętny, mądrzejszy, by zająć moje miejsce, to ustąpię. Dla dobra klubu. Może w niektórych sytuacjach okazało się, że jestem za głupi, ale wszystko robiłem w dobrej wierze. Można mieć do mnie duże albo małe pretensje, ale więcej zrobiłem dla Legii dobrego niż złego. Kiedy na dziesięć decyzji podejmiesz osiem dobrych i dwie złe, to ludzie i tak przyczepią się tylko do tych dwóch.

Nie zastanawiał się pan, czy nie odejść z klubu po zmianach właścicielskich?

Do tej pory się zastanawiam, jednak na pewno nie jest to odpowiedni moment. Jestem lojalny wobec trenera i piłkarzy, bo sezon się jeszcze nie skończył. Powiedziałem prezesowi Dariuszowi Mioduskiemu, że tak naprawdę decyzję podejmę po zakończeniu rozgrywek. Nie jest powiedziane, że muszę w Legii zostać, mam jeszcze kilka tygodni na przemyślenia.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

POLECAMY

KOMENTARZE