Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Jerzy Dziewulski: Widziałem teczki osób z listy Macierewicza

Fotorzepa/Jakub Ostałowski
W materiałach SB dotyczšcych Lecha Wałęsy była też kluczowa teczka, z której póŸniej zniknęły dokumenty. Znalazłem w niej wszystko co trzeba. I powiem jedno: jeżeli PRL miała takich agentów, to nic dziwnego, że upadła - mówi Jerzy Dziewulski.

Plus Minus: Jako antyterrorysta miał pan życie jak z serialu kryminalnego. Rozbrajał pan bomby, ratował ludzi, a potem zamienił to na fotel w Sejmie. Skšd ten dziwny pomysł?

Ma pani rację, to był dziwny pomysł. W 1991 r. wystartowałem do Sejmu na proœbę mojego kolegi Zbyszka Eysmonta, póŸniejszego ministra bez teki w rzšdzie Hanny Suchockiej. Zadzwonił do mnie któregoœ dnia i powiedział: „Z Januszem Rewińskim robimy partię. To ma być rodzaj wygłupu, ale jeżeli na listach znajdš się ludzie znani i popularni, to pokażemy, że każdy może dostać się do Sejmu, a nie tylko zawodowy polityk". I poprosił, żebym ich wsparł, bo moje nazwisko było wówczas bardzo znane. Zgodziłem się niechętnie, przy czym zaznaczyłem, że nie będę prowadził kampanii. Wpisano mnie do okręgu w Bielsku-Białej. Nie byłem tam ani razu, za co przepraszam mieszkańców Bielska, nie wydałem ani złotówki na promocję, nie wywiesiłem ani jednego plakatu i zostałem wybrany. Mniej więcej półtora roku po wyborach wojewoda bielski zarzucił mi, że kampanię i plakaty sfinansowałem za pienišdze od Bogusława Bagsika.

To właœnie z powodu Bogusława Bagsika i Andrzeja Gšsiorowskiego, czyli twórców firmy Art-B, stał się pan osobš publicznš.

Nie. Byłem znany przede wszystkim z różnych filmów i programów telewizyjnych jako spec od terroryzmu. Ale w momencie gdy wyszła na jaw ucieczka z Polski Bagsika i Gšsiorowskiego, œciganych listem gończym, zaczšł się medialny szum wokół mojej osoby. Pojawiły się informacje o moim rzekomym udziale w ich ucieczce, a także dziesištkach milionów dolarów wywiezionych w walizkach. Takie rzeczy opowiadał m.in. prezydent Lech Wałęsa, który w Radiu Maryja mówił, że Dziewulski wywoził Bagsikowi pienišdze. Twierdził, że to przeze mnie nie mógł puœcić Bagsika i Gšsiorowskiego w skarpetkach. Po nim zaczęli to powtarzać inni. Pisały o tym gazety. Z dwoma gazetami i z jednym politykiem, Adamem Słomkš, wygrałem procesy, które im wytoczyłem z tego powodu. Wtedy faktycznie wszędzie było pełno Dziewulskiego w mediach.

A co z tymi walizkami z milionami dolarów? Były czy nie?

Nie było. Nigdy w tej sprawie nie byłem nawet przesłuchiwany. W 1997 r. postanowiłem przerwać potok kłamstw na mój temat. Wystosowałem pismo do prokuratury wojewódzkiej, do wydziału œledczego, z zapytaniem, czy coœ na mnie majš. Jeden z zastępców prokuratora wojewódzkiego odpowiedział mi na piœmie, że w zwišzku z tzw. sprawš Art-B nie toczy się i nie toczyło przeciwko mnie żadne postępowanie przygotowawcze. Po drugie informacje na mój temat, które posiadała prokuratura, nie wymagały jakichkolwiek wyjaœnień. Te pisma mam do dzisiaj. Ale to nic nie zmieniło. Do dziœ zdarza się, że ktoœ twierdzi, iż to ja pomagałem wywieŸć pienišdze Bagsikowi.

Jaki był Sejm I kadencji?

Bardzo agresywny. Posłowie skakali sobie do gardeł tak samo jak dzisiaj, a może bardziej. My byliœmy niby takš grupš zgrywusów, ale szybko okazało się, że musimy uczestniczyć w tej walce na œmierć i życie. Pamiętam nasze dyskusje, że obiecywaliœmy producentom piwa, iż będziemy dbać o ich interesy. Doœć szybko doszło u nas w klubie do podziału. To było wówczas, gdy powstał rzšd Hanny Suchockiej, a częœć z nas była przeciwna wchodzeniu do niego. Wtedy od naszego klubu odłšczyło się kilka osób, m.in. Adam Halber, Krzysiek Ibisz i ktoœ tam jeszcze, i założyli własne koło.

Tak zwane małe piwo.

No właœnie, bo wtedy dziennikarze zaczęli sobie z nas dworować, mówišc, że powstało małe piwo i duże piwo.

Mnie najbardziej bawił fakt, że 20-latek Ibisz został przedstawicielem Partii Emerytów.

To było troszeczkę póŸniej, kiedy założyli partię. On na dodatek œmiesznie się tłumaczył, gdy dziennikarze pytali go, dlaczego akurat partia emerytów. Mówił, że jego babcia jest emerytkš i w zwišzku z tym zna problemy starszych ludzi. To wywołało salwy œmiechu.

O klubie Polskiej Partii Przyjaciół Piwa kršżyły legendy, że był to niezwykle zabawowy klub. Sami faceci. Alkohol lał się strumieniami, na imprezy zapraszaliœcie panie lekkiego autoramentu.

To prawda, był alkohol i były panie. Ale w tamtym czasie alkohol w restauracji sejmowej to była normalna rzecz. Pili wszyscy i nikt nie robił z tego problemu. Publicznie o tym nie dyskutowano. A klub PPPP był o tyle bardziej rozrywkowy niż inne, że większoœć jego członków to byli młodzi ludzie nieskażeni politykš. Ich zachowania były adekwatne do wieku, a także do stanu zamożnoœci, a w większoœci byli to biznesmeni ustawieni finansowo. Co do pań – to nie musieliœmy ich zatrudniać. Same pojawiały się w Sejmie, z legitymacjami dziennikarskimi. Przecież to właœnie wtedy polowała na posłów Anastazja Potocka vel Marzena Domaros, która swoje przygody opisała w ksišżce „Erotyczne immunitety". Dla mnie ona nie była specjalnie efektowna, ale rzucała się w oczy i na wielu posłach robiła wrażenie. Znam trzy przypadki rozwodów z powodu rewelacji, które opisała.

A dlaczego tacy weseli faceci, którzy poszli do Sejmu dla zgrywów, zdecydowali się wejœć do rzšdu?

Wie pani, następnego dnia po wyborach przestaliœmy być zgrywusami. Już nikt nie dyskutował, że to miał być żart, tylko każdy mówił, że teraz trzeba zachowywać się poważnie. Tym bardziej że gdy tylko zaczęliœmy pracę w Sejmie, to wszystkie media zagraniczne chciały rozmawiać głównie z nami, bo byliœmy czymœ zupełnie nieznanym na scenie politycznej. Poza tym mieliœmy spory klub, a więc byliœmy pożšdanym partnerem do koalicji.

To jeszcze nie powód, żeby wchodzić do rzšdu.

No, ale skoro na poważnie zaczęliœmy uprawiać politykę, to wejœcie do rzšdu było normalnš sprawš. Zgodziliœmy się, że to zrobimy, ale musimy dostać jedno stanowisko ministerialne. Byliœmy małš przystawkš i wiedzieliœmy, że wiele żšdać nie możemy, a więc zachowywaliœmy się racjonalnie. Po negocjacjach z premier Hannš Suchockš zapadła decyzja, że dostaniemy tylko ministra bez teki. To była jaja, bo na kit nam taki minister? Do rzšdu oddelegowaliœmy Zbyszka Eysmonta, który miał biurko, sekretarkę, samochód i nic poza tym. Ale był ministrem. Zawsze mogliœmy powiedzieć naszym wyborcom i tym browarnikom, że jeżeli coœ chcemy załatwić, to mamy ministra, który może o to zabiegać. Bo taka partia, która popiera rzšd, a nie ma w nim swojego przedstawiciela jest tylko przystawkš do głosowania.

W Sejmie I kadencji doszło do lustracji polityków.

Pamiętam to doskonale, bo byłem jedynym posłem, który widział wszystkie teczki ludzi z listy Antoniego Macierewicza. Nasz klub w większoœci głosował za uchwałš, w myœl zasady: kto nie wspiera, jest podejrzany. Ja nie, bo akurat byłem w Bielsku.

Tymczasem kilku waszych posłów znalazło się na liœcie Macierewicza.

To prawda. Ja, jako milicjant, nie miałem się czego bać.

SB nie werbowała milicjantów?

Milicjanci mieli obowišzek współpracować z SB, udzielać informacji, ale nikt nie zakładał im teczek. Za to jako milicjant z wydziału kryminalnego znałem doskonale technikę werbowania współpracowników, bo sam werbowałem współpracowników. Gdy doszło do debaty nad lustracjš, wystšpiłem z mównicy sejmowej i powiedziałem, że można nazwać agentem tylko tego człowieka, który wyraził zgodę na współpracę i składał donosy. Że często rejestrowano ludzi, którzy TW w rzeczywistoœci nie byli, tylko podpisali zgodę na zachowanie rozmowy z SB w tajemnicy.

W jakim celu miano by to robić? Historycy twierdzš, że jeżeli się to zdarzało, to niezmiernie rzadko.

Nieprawda. Chodziło o liczbę współpracowników. Czesław Kiszczak w pewnym momencie zaczšł narzucać SB liczbę agentów. Dlatego w moim wystšpieniu mówiłem, jakiego rodzaju były dokumenty, wymieniałem nazwy tych dokumentów i mówiłem, co oznaczały. Nagle Macierewicz krzyknšł do mnie: „Panie poœle, pan jest w służbie!".

Co to miało znaczyć?

Zagroził mi, że ujawniam tajemnicę służbowš. A ja po tym wystšpieniu dostałem owację na stojšco od KLD, UD, SLD. Kilkadziesišt minut póŸniej została powołana pierwsza w Sejmie komisja œledcza, choć tak się nie nazywała. Ale miała prawo przesłuchiwać, wzywać œwiadków itd. Szefem tej komisji został Jerzy Ciemniewski, mnie wybrano na wiceprzewodniczšcego, bo uznano, że znam się na rzeczy.

Co badała wasza komisja?

Czy uchwała Sejmu została prawidłowo wykonana.

To chyba nie mieliœcie zbyt wiele pracy? Wykonanie było zgodne z duchem uchwały.

Myœmy udowodnili, że uchwała nie została prawidłowo wykonana. Wszystko, co robi Sejm, jest polityczne. Powołanie komisji było polityczne i napisanie raportu też. Właœnie wtedy czytałem wszystkie teczki osób z listy Macierewicza, żeby ocenić, czy zostały na niej umieszczone zasadnie.

Dlaczego akurat pan?

Inni członkowie kierownictwa komisji nie chcieli zaglšdać do teczek. A poza tym tylko ja mogłem ocenić, czy ktoœ z listy był naprawdę agentem, czy nie, bo znałem techniki werbunku.

I co pan ustalił?

Na przykład to, że Grażyna Staniszewska, posłanka Unii Demokratycznej z tego samego okręgu co ja, nigdy w życiu niczego nie podpisała, a więc nie można jej zarzucić współpracy z SB. To była kobieta, która nie dała się złamać. Oglšdałem też materiały dotyczšce Lecha Wałęsy, których było tak dużo, że całe biurko było zawalone dokumentami. Oczywiœcie była tam też ta kluczowa teczka, z której póŸniej zniknęły dokumenty. Ale gdy ja jš przeglšdałem, było w niej wszystko co trzeba, i powiem jedno – jeżeli PRL miała takich agentów, to nic dziwnego, że upadła. Miałem też ciekawe zdarzenie – przyszedł do mnie wicemarszałek Sejmu z KPN Piotr Wójcik, który bardzo chciał, żebym przejrzał teczkę Moczulskiego i ocenił, czy jego lider współpracował z SB. Nie mogłem tego stwierdzić na 100 proc., ale Wójcik bardzo nalegał, żebym przyznał, że materiały zostały sfałszowane.

Chodziło o taki swoisty certyfikat moralnoœci?

Tak. W tych teczkach było sporo brudów, które przerażały posłów, dlatego chcieli opinii od niezależnego fachowca, że teczki były fałszowane. Częœć materiałów niestety bezdyskusyjnie œwiadczyła o współpracy niektórych polityków z SB, tylko niepotrzebnie wrzucono wszystkich do jednego kotła. Nawet takich, którzy byli kontaktami operacyjnymi, a o tym nie wiedzieli, bo np. ich adres był wykorzystany do korespondencji. Takiego wstrzšsu jak podczas lustracji parlament nigdy nie doznał. Nawet wówczas, gdy Józefowi Oleksemu zarzucono szpiegostwo. Takiego przerażenia nie widziałem nigdy póŸniej.

Po tej kadencji zwišzał się pan z SLD. Czy dlatego, że należał pan do PZPR?

Nie. W PZPR byłem szeregowym członkiem, niezbyt przywišzanym do tej partii. Głównie chodziło o to, że w SLD byli najbardziej profesjonalni politycy. Dlatego, gdy jeden z posłów pod koniec kadencji zaproponował mi przejœcie do Sojuszu, to się zgodziłem. Dostałem pierwsze miejsce na liœcie, tym razem w Suwałkach. Ale wtedy to już były pienišdze, plakaty i prawdziwa kampania. SLD wtedy zdobył władzę. Gdy Leszek Miller został szefem MSWiA, zaproponował mi stanowisko komendanta głównego policji. Podziękowałem i odmówiłem. Miller spojrzał na mnie zdumiony i powiedział: będziesz tego żałował.

Dlaczego pan nie chciał tego stanowiska?

Tego nie mogę powiedzieć. Ale faktycznie potem żałowałem i po latach powiedziałem to Leszkowi Millerowi.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że najważniejszym etapem w pana życiu była praca z Aleksandrem Kwaœniewskim. A zaczęło się od tego, że został pan był szefem ochrony Kwaœniewskiego w kampanii wyborczej w 1995 r.

Kwaœniewski był nieustajšco atakowany przez Ligę Republikańskš Mariusza Kamińskiego. Stale próbowano go czymœ obrzucać. Ci, którzy dzisiaj startujš w kampanii prezydenckiej, nie zdajš sobie sprawy z tego, co wtedy się działo. To, że leciały jajka i pomidory, to była normalna rzecz. Po rozmowie z Dankš Waniek, szefowš kampanii, i innymi osobami ze sztabu wyborczego doszliœmy do wniosku, że Kwaœniewskiemu potrzebna jest ochrona. Tym bardziej że wewnštrz naszej ekipy byli ludzie, którzy chcieli nas wepchnšć na minę. Pewien człowiek namawiał nas na przykład do złożenia kwiatów pod pomnikiem Górników w Katowicach. A tam miało dojœć do użycia siły fizycznej wobec nas wszystkich. Jechaliœmy już autobusem KWAK do tych Katowic i dostałem sygnał, że ta propozycja ma drugie dno. Zatrzymałem autobus i wysłałem ludzi, żeby sprawdzili, jak sytuacja wyglšda na miejscu. Za chwilę dostałem informację, że były tam dziesištki ludzi uzbrojonych w styliska, czyli takie trzonki od kilofów, poukrywanych w różnych miejscach. To była po prostu zasadzka. Poza tym według naszych informacji na Kwaœniewskiego był planowany zamach.

Jaki zamach?

Nic więcej nie powiem, ale zdobyliœmy takš informację od kogoœ, kto podsłuchał rozmowę prowadzonš przez ludzi, którzy mieli przy sobie broń. W kampanii nikomu o tym nie powiedziałem. Gdybym to ujawnił, to prasa zabiłaby mnie œmiechem. Nie mogłem przedstawić na dowód, żadnych dokumentów. Z kolei opinia publiczna mogłaby uznać, że bierzemy wyborców na litoœć. A więc siedziałem cicho. Po raz pierwszy powiedziałem o tym publicznie przed rokiem. Wtedy zadzwoniła do mnie Danka Waniek z pytaniem, dlaczego ona o niczym nie wiedziała.

Dobre pytanie. Dlaczego nie powiedział pan o tym nikomu po wyborach? Choćby Kwaœniewskiemu. Był pan przecież jego osobistym sekretarzem.

Nie chciałem, żeby mówiono, że robię z siebie bohatera. Wszystko było już rozegrane i nie warto było do tego wracać. A jeżeli chodzi o tego sekretarza, to faktycznie przez kilka miesięcy pełniłem takš funkcję, a póŸniej zostałem doradcš prezydenta ds. bezpieczeństwa. Pracy u Kwaœniewskiego poœwięciłem dwa lata życia i był to bardzo intensywny czas. Przez te dwa lata prawie zapomniałem, jak wyglšdała moja żona i syn.

Rozumiem, kampania. Ale póŸniej chyba nie było tyle pracy?

Ale Aleksander Kwaœniewski nie ufał BOR-owi. Zresztš nie było to zbyt profesjonalne towarzystwo. Jechaliœmy kiedyœ z Kwaœniewskim do Lublina. Pytam borowców, czy wszystko jest przygotowane i sprawdzone. Oczywiœcie, wszystko jest na tip-top. A po 50 km musimy jechać na stację benzynowš, bo zabrakło płynu w spryskiwaczu. Krew mnie zalewała w takich sytuacjach. Gdy ja odpowiadałem za ochronę Kwaœniewskiego, to choć rzucano w niego jajami i pomidorami, to nawet butów nie miał pobrudzonych. Uważałem, że uderzenie jajkiem w kandydata na prezydenta i sfotografowanie go w takiej sytuacji to jest jego koniec.

W Paryżu skutecznie obrzucono parę prezydenckš jajami. Konkretnie trafiono Jolantę Kwaœniewskš.

Ale mnie już wtedy nie było. To dlatego wyleciał z roboty szef Biura Ochrony Rzšdu i pozostałe towarzystwo. To ja zamówiłem specjalnie wzmocnione parasole, żeby osłaniać kandydata prezydenta, a potem inni się na nas wzorowali.

Pamięta pan historię z wykształceniem Kwaœniewskiego? Wyœcie zniknęli po kampanii, a tu się okazało, że kandydat skłamał, że ma wyższe wykształcenie. Nie miał kto się odnieœć do zarzutów.

Pojechaliœmy odpoczšć na Wyspy Kanaryjskie, chociaż media twierdziły, że jesteœmy w Izraelu. Ta dyskusja o wykształceniu zburzyła spokój sukcesu Kwaœniewskiego. Politycy majš piekielny przerost ambicji i z tego powodu zdarza im się kłamać. W tej sprawie Kwaœniewski po prostu skłamał.

A w sprawie choroby filipińskiej?

Kiedyœ powiedziałem i nadal to podtrzymuję, że złym duchem Aleksandra Kwaœniewskiego był biskup Sławoj Leszek GłódŸ. Pierwsze starcie, jakie miałem w sprawie alkoholu, to właœnie z Głódziem. Lecieliœmy chyba do Krakowa, w saloniku VIP siedział Kwaœniewski, za chwilę przyszedł biskup i mówi do ochroniarza: „No to polewaj". A jest 6 rano. Ja na to do ochroniarza: „Ani się, k..., waż". Na co biskup: „To pan tu rzšdzi?". „Ja" – odpowiedziałem i dorzuciłem grube słowo. Ksišdz biskup mógł wypić kubeł alkoholu i nie było tego po nim widać. Robił się tylko bardziej czerwony. Ale Kwaœniewskiego zwalało z nóg kilka kieliszków mocniejszego alkoholu. Dlatego przez całš kampanię nie było żadnego alkoholu, ale po kampanii, gdy zaczęły się polityka, spotkania, nasiadówki – wtedy już pito.

Dlaczego w 1997 r. odszedł pan od Kwaœniewskiego i poszedł do Sejmu?

To było zwišzane z nowš konstytucjš – można było pracować albo u prezydenta, albo w Sejmie. Uznałem, że już dużo poœwięciłem dla Kwaœniewskiego, i postanowiłem przejœć do Sejmu. Przyjšł to ze spokojem. Zjedliœmy pożegnalnš kolację i tak się rozstaliœmy. Nasze drogi tak całkiem się nie rozeszły, bo przecież się spotykaliœmy. Ale nie był taki bezpoœredni jak Miller, którego szanuję i lubię. Ogromnie lubiłem też Zbyszka Sobotkę, który został potwornie skrzywdzony.

Mówi pan o słynnej aferze Starachowickiej, czyli przecieku do tamtejszego SLD o szykowanej akcji policji przeciwko starachowickim samorzšdowcom. Nie wierzy pan w winę Sobotki?

Sš dowody jego niewinnoœci.

Przecież sšd go skazał.

ródłem informacji dla Sobotki miał być generał policji Antoni Kowalczyk. Sobotka został skazany, a Kowalczyk uniewinniony.

Z tego powodu, że był zależny służbowo od Sobotki, a więc udzielenie tej informacji nie było przeciekiem.

Dobrze wiem, kiedy, w którym pokoju domu poselskiego, na jakiej imprezie doszło do przecieku i kto był jego Ÿródłem. Tylko nie mam na to dowodów. Nie był to Sobotka – człowiek do bólu pryncypialny.

To dlaczego wzišł to na siebie?

No właœnie, wzišł to na siebie. Dlatego Kwaœniewski nie miał żadnych wštpliwoœci, żeby go ułaskawić.

— rozmawiała Eliza Olczyk, dziennikarka tygodnika „Wprost"

Jerzy Dziewulski

Były milicjant, dowódca jednostki antyterrorystycznej na lotnisku Okęcie. Po raz pierwszy do Sejmu dostał się w 1991 r. z listy Polskiej Partii Przyjaciół Piwa. W kolejnych kadencjach był posłem SLD. W czasie kampanii prezydenckiej w 1995 r. został szefem ochrony Aleksandra Kwaœniewskiego, a potem jego osobistym sekretarzem i doradcš ds. bezpieczeństwa.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL