Plus Minus

Stefan Szczepłek: Powtórki wideo w piłce nożnej mogą zmienić ten sport

Niedawny poważny błąd: bramkarz Legii Warszawa Arkadiusz Malarz wygarnia piłkę zza linii podczas meczu z Ajaksem Amsterdam, a sędziowie tego nie widzą.
Olimpik/NurPhoto/AFP
Historia futbolu to nie tylko piękne gole i zachwycające akcje, to także cynizm piłkarzy i błędy sędziów, którzy bywali czasem bezradni, a czasem nieuczciwi. Teraz mają położyć temu kres powtórki analizowane natychmiast, w trakcie meczu.

Być może już podczas przyszłorocznych piłkarskich mistrzostw świata w Rosji sędziowie przed podjęciem decyzji będą mogli obejrzeć kontrowersyjną sytuację na wideo.

Gdyby mogli to robić wcześniej, wyniki wielu turniejów i meczów byłyby inne i nie każdy mistrz by nim został. System noszący nazwę Video Assistant Referee (VAR) to w istocie dodanie jeszcze jednych oczu, tym razem elektronicznych i – jak się wydaje – pierwszych, które się nie mylą.

Pomyłki sędziów bywają tak rażąco niesprawiedliwe, że potrzeba udzielenia im pomocy w podejmowaniu trudnych decyzji, na co mają sekundy, stała się koniecznością. Chodzi nie tylko o sprawiedliwość sportową, ale i miliony euro, bo taką cenę miewają błędy. Wciąż jest jednak duża grupa dawnych i czynnych piłkarzy uważających, że sędzia jest takim samym uczestnikiem meczu jak piłkarze i jego błąd stanowi element gry, z którym trzeba się pogodzić. Są wśród nich: Michel Platini i Zbigniew Boniek, ale także Zinedine Zidane i Luka Modrić.

Może Boniek mówił tak, szydząc z wielu piłkarzy, którzy zamiast widzieć swoje słabości tłumaczyli porażki błędami sędziów. Kiedy jednak Międzynarodowa Federacja Piłkarska (FIFA) skorzystała z nowego systemu podczas ubiegłorocznego finału Klubowych Mistrzostw Świata w Japonii, trener Realu Madrid Zinedine Zidane powiedział, że system będzie źródłem zamieszania, a Modrić dodał po prostu, że mu się to nie podoba. I znalazł stronników.

FIFA testuje

Przeważa jednak opinia, że wprowadzenie systemu VAR jest nieuniknione i widać nawet pośpieszne działania, aby zaczął on działać szybko. Jeszcze kilka miesięcy temu FIFA mówiła, że alternatywą jest skorzystanie podczas mundialu z pomocy sędziów bramkowych, jak to robi Europejska Federacja Piłkarska (UEFA) w meczach pucharowych. Dziś wszystko jednak wskazuje, że ludziom pomoże technologia.

We włoskim Coverciano na trzydniowej konferencji spotkali się sędziowie grupy Elite, czyli najlepsi w Europie, spośród których wybrani zostaną arbitrzy na mundial. Jednym z punktów obrad i ćwiczeń był właśnie system VAR i testowanie firm, które go proponują. Szymon Marciniak, który należy do europejskiej czołówki i ma duże szanse wyjazdu do Rosji, na razie został wybrany przez FIFA na sędziego analizującego na podstawie VAR mecze podczas mistrzostw świata reprezentacji do lat 20, które na przełomie maja i czerwca odbędą się w Korei.

– Ta praca ma polegać na analizie meczu na monitorach w pomieszczeniu znajdującym się blisko boiska. Będzie to robiło prawdopodobnie dwóch lub trzech doświadczonych sędziów. Chodzi o to, aby nie umknęły kontrowersyjne sytuacje, które mogą się zdarzyć w odstępie kilkunastu sekund. Będziemy mieli taki sam kontakt z sędzią głównym, jaki stosuje się dziś między nim a asystentami. I to my będziemy wspólnie podejmować decyzje. Nie ma mowy o czymś takim jak challenge, o jaki poprosić może zawodnik podczas meczu tenisowego – mówi „Rzeczpospolitej" Szymon Marciniak.

Słychać głosy, że sprawdzanie nagrania na monitorach może wydłużyć mecz i powodować zdenerwowanie widzów na trybunach. Jednak w meczach hokejowych, kiedy sędziowie sprawdzają na ekranie czy padła bramka, żadnych nerwowych reakcji nie odnotowano. Swój interes dostrzegli od razu maketingowcy, którzy uważają, że ten martwy czas w meczu może stać się idealnym momentem na pokazywanie w telewizji reklam.

Jakkolwiek by było, coś trzeba zrobić, aby piłkarze i kibice nie mieli poczucia, że niekorzystny dla nich wynik jest efektem błędów sędziów. Telewizja je obnażyła, ale nie mogła zmienić ich decyzji. Co zostało postanowione na boisku, nie podlega rewizji.

Legendy krążą o błędach, popełnianych przez sędziów już podczas pierwszych mistrzostw świata w Urugwaju (1930) i drugich – we Włoszech (1934). Wynikały one zarówno ze słabości arbitrów, jak i – co wynika z relacji świadków – ich stronniczości lub złej woli.

Aż trzykrotnie w historii meczów finałowych mistrzostw świata zdarzyło się, że decyzje arbitra stały się przyczyną dyskusji. Pierwszy raz w roku 1934, kiedy Szwed Ivan Eklind miał rzekomo faworyzować Włochów w meczu z Czechosłowacją. Nie ma zapisu filmowego kontrowersyjnych sytuacji, pozostaje więc dać wiarę nie tylko czeskim komentatorom, że po przywitaniu się z Benito Mussolinim w jego loży, Eklind przymykał oczy na faule Włochów i uznał też bramkę Raimundo Orsiego, którą Włoch miał zdobyć z naruszeniem przepisów. Jak było naprawdę, tego się już nie dowiemy.

Zagadka z Berna

Może rozwiązanie znajdzie natomiast inna zagadka. W finale mistrzostw świata w roku 1954 w Bernie Węgrzy już po ośmiu minutach prowadzili z Niemcami 2:0, ale potem stracili trzy bramki. Na sześć minut przed końcem Ferenc Puskas wyrównał, jednak sędzia liniowy Walijczyk Mervyn Griffith podniósł chorągiewkę, sygnalizując spalonego, a główny, Anglik Wiliam Ling dał mu wiarę. Na nic zdały się protesty Węgrów. Bramkarz Gyula Groscics był tak agresywny, że w dzisiejszych czasach zobaczyłby czerwoną kartkę.

Na podstawie zapisu z kamer na stadionie nie można stwierdzić, kto miał rację. Ale w roku 1954 wielu niemieckich i szwajcarskich kibiców na trybunach miało swoje kamery. Prawy obrońca Węgier Jeno Buzanszky twierdził, że zachował się w Niemczech film z prywatnej kamery, na którym ponad wszelką wątpliwość widać, że gol Puskasa został zdobyty prawidłowo. Ale Niemcy do dziś nie chcą go pokazać. Remis oznaczałby powtórzenie finału dwa dni później.

Druga wątpliwość z finału w roku 1966 uchodzi za najbardziej kontrowersyjną sytuację na boisku piłkarskim w XX wieku. Podczas dogrywki meczu Anglia – RFN na Wembley szwajcarski sędzia Gottfried Dienst uznał dla Anglii bramkę, która prawdopodobnie nie padła. Nie można stwierdzić, czy piłka całym obwodem odbiła się za linią i wróciła na boisko. Sędzia główny też tego nie wiedział, więc zwrócił się o pomoc do liniowego. Był nim Tofik Bachramow. Reprezentujący na mundialu Związek Radziecki sędzia z Azerbejdżanu nie miał wątpliwości, dzięki czemu Anglia została mistrzem świata, a on najsłynniejszym sędzią bocznym XX wieku. Niemcy mówili o spisku Anglii i komunistów w takim samym duchu, w jakim 12 lat wcześniej Węgrzy oburzali się na spisek Niemców i Anglii przeciw państwu socjalistycznemu. Gdyby istniała wtedy technologia goal-line i system VAR, wątpliwości zostałyby rozwiane.

I co jest ważniejsze? Wynik, na który pracuje się całe życie, czy legendy, stanowiące immanentną cechę sportu, bez których nie byłoby wspomnień i opowieści pokrzywdzonych sportowców, zawiedzionych kibiców i tekstów natchnionych dziennikarzy.

Ręka Boga

Na liście wątpliwości jest i wydarzenie, które można zaliczyć do kategorii skandali. To oczywiście bramka, jaką na oczach 100 tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie Azteca w Meksyku Diego Maradona strzelił ręką Anglii. Jak to możliwe, że sędziowie tego nie widzieli? Główny, Tunezyjczyk Ali Bennaceur, stał za półkolem pola karnego, około 20 metrów od miejsca zdarzenia. Powinien mieć wątpliwości, że mierzący 168 cm Argentyńczyk wygrywa pojedynek w powietrzu ze znacznie wyższym Peterem Shiltonem. Sędzia tłumaczył się, że oślepiło go słońce, ale mecz rozpoczynał się o godz. 12 i słońce stało wtedy w zenicie, a nie nad angielską bramką.

W oficjalnym raporcie FIFA z tamtego mundialu znalazło się zdjęcie, na którym widać rękę Maradony, która za chwilę dotknie piłki powyżej głowy Shiltona. W rozdziale raportu poświęconym sędziom można przeczytać: „W decydujących meczach obyło się bez problemów. Kontrowersyjny gol w meczu Argentyna – Anglia stanowił wyjątek. Takie przypadki zawsze się zdarzają".

Pod tym zdaniem podpisał się ówczesny sekretarz generalny FIFA Sepp Blatter. Jest ono prawdziwe, jednak Blatter, zarówno w roli, jaką wtedy pełnił, jak i wówczas, kiedy był przewodniczącym FIFA, niewiele zrobił, aby takie przypadki ograniczyć.

Swoje na sumieniu mają też sami sędziowie. Ali Bennaceur, ścigany po boisku przez Glenna Hoddle'a i Terry'ego Fenwicka nawet nie pomyślał o tym, by decyzję o uznaniu bramki skonsultować z liniowym. Sam liniowy, nawet jeśli miał jakieś wątpliwości, bo jego słońce nie mogło oślepić, nie podniósł chorągiewki, bo wtedy nie miał do tego prawa.

Co by się działo, gdyby arbiter nie uznał bramki? Musiałby też ukarać kartką Diego Maradonę za niesportowe zachowanie. W takim przypadku nawet kartka czerwona byłaby uzasadniona. Ale pewnie w głowie 42-letniego sędziego z Afryki, debiutującego na mundialu, zaświtała taka myśl: co będzie, jeśli wyrzucę z boiska najlepszego piłkarza świata? To był przecież turniej Maradony, i to nie była jego ręka, tylko Boga, jak lubił później mówić Argentyńczyk. Nikt wtedy Bennaceurowi nie pomógł. Sędziowie długo w takich sytuacjach byli samotni i bezradni.

W niepisanym kodeksie piłkarzy znajduje się punkt: jak oszukać sędziego. VAR powinien poradzić sobie z tzw. nurkami, napastnikami przewracającymi się w polu karnym o własne nogi i może ograniczy liczbę bramek zdobywanych ręką. Maradona nie był ani pierwszy, ani ostatni. Paul Scholes wręcz się w tym specjalizował (Polacy na Wembley też się o tym przekonali), zdarzyło się Leo Messiemu, a Raul sprawił, że polski sędzia Ryszard Wójcik znalazł się w sytuacji Bennaceura. Prowadząc mecz Ligi Mistrzów Real – Chelsea na stadionie Santiago Bernabeu uznał bramkę Raula strzeloną ręką. Miał wątpliwości, ale dobrze tej sytuacji nie widział. W przerwie, kiedy zawodnicy schodzili do szatni, Raul triumfująco pokazał Wójcikowi podniesioną rękę i żeby nie było wątpliwości powiedział: mano. Polak nic nie mógł zrobić. W takich sytuacjach wygrywają nieuczciwi piłkarze.

Rysa na wizerunku Henry'ego

Dotyczy to także tych z raczej dobrą opinią. Kimś takim był Thierry Henry, mistrz świata i Europy. W dogrywce meczu barażowego do mistrzostw świata 2010 z Irlandią Francuz, nie dość, że był na spalonym, to zatrzymał piłkę ręką, aby nie wyszła w aut i podał do Williama Galasa, który strzelił bramkę. Szwed Martin Hansson, nie bacząc na protesty Irlandczyków, ją uznał, a dzięki remisowi na mundial pojechali Francuzi.

Henry nosił wtedy opaskę kapitana w trójkolorowych. Według dawno nieobowiązujących reguł etycznych, kapitan tak się nie zachowuje. Po meczu Henry, wiedząc, że nic mu nie grozi, przyznał się, winą obarczając sędziego, który jest od tego, by takie rzeczy zauważać. Koledzy go poparli, trener Raymond Domenech też nie widział problemu. Zobaczył dopiero kilka miesięcy później, już na mundialu, kiedy zdemoralizowana reprezentacja wypowiedziała mu posłuszeństwo.

Dzięki telewizji świadkami skandalu na Stade de France był cały świat i pierwszy raz FIFA wzięła winę na siebie, przyznając federacji irlandzkiej wielomilionowe odszkodowanie. Ale dwa lata później, kiedy przed stadionem Arsenalu Londyn odsłaniano pomnik Henry'ego nikt nie protestował, że oszustowi się nie należy.

Polska też ma swój udział w tych niechlubnych historiach. W roku 1993, na stadionie Widzewa reprezentacja w regulaminowy sposób nie potrafiła pokonać bramkarza San Marino. Zrobił to dopiero Jan Furtok, wrzucając do jego bramki piłkę ręką. Byłem na tym meczu i z wysokości trybun nie widziałem. Byłem przekonany, że Furtok strzelił gola głową.

Znam jeden przypadek wielkiego piłkarza, który przyznał się sędziemu, że zdobył bramkę ręką. Zdarzyło się to podczas meczu ligowego Lazio – Napoli, w roku 2012, a na nagrodę fair play zasłużył Miroslaw Klose. Po rzucie rożnym piłka odbiła się od jego ręki, trzymanej blisko głowy i wpadła do siatki. Protestowali neapolitańczycy i Klose też. Na szczęście sędzia nie zdążył wskazać na środek boiska, bo wtedy decyzji nie mógłby już cofnąć.

Sędzia z białą chusteczką

System VAR powinien rozwiać wiele wątpliwości, dotyczących prawidłowo lub nieprawidłowo zdobywanych bramek, spalonych, fauli, rzutów karnych, niesportowego zachowania, identyfikacji zawodników przed ukaraniem ich żółtą lub czerwoną kartką.

To jest kolejny, wyjątkowo ważny krok na drodze ku ograniczeniu błędów sędziowskich. W pierwszych przepisach gry, wydanych przez The Football Association w roku 1863 znajduje się 13 rozdziałów i w żadnym nie ma słowa o sędzi. Spory rozstrzygali sami piłkarze, bo w założeniu była to przecież gra dżentelmenów. Kiedy już się pojawił, to nie na boisku między graczami. Chodził dostojnie wzdłuż linii, ubrany w garnitur. Gra w tamtych czasach nie była ani szybka, ani specjalnie skomplikowana taktycznie, więc sędzia mógł sobie na to pozwolić. Swoje decyzje oznajmiał okrzykami i machaniem białą chusteczką. Pierwszy raz gwizdka w meczu użyto w Anglii, w roku 1874 lub 1878, a był to gwizdek policyjny. Aż do roku 1936 o gwizdku nie było mowy w przepisach, mimo że używano go już wtedy powszechnie.

Sędzia wszedł na boisko dopiero w roku 1891, wtedy też pojawili się liniowi. Mimo że gra była wolniejsza i łatwiej im było podejmować decyzje, miewali problemy, kiedy padała bramka. Padała lub nie. Dopiero w roku 1875 parcianą taśmę rozciągniętą między słupkami zastąpiono drewnianą poprzeczką. Ustalenie, czy piłka przeleciała pod czy nad taśmą, bywało trudne. Tym bardziej, że siatek w bramkach też nie było. Pojawiły się w roku 1890. Aż do roku 1912 bramkarz mógł łapać piłkę poza polem karnym. W następnym wprowadzono inną obowiązującą do dziś zasadę, zgodnie z którą przy wykonywaniu rzutów wolnych i różnych zawodnik drużyny broniącej musi stać co najmniej dziesięć jardów (czyli 9,15 metra) od piłki.

Prawdziwe problemy dla sędziów, trwające do dziś, zaczęły się w roku 1925, kiedy wprowadzono nowy przepis o spalonym. Polega z grubsza na tym, że między zawodnikiem atakującym a bramką może być dwóch, a nie jak dotychczas trzech graczy drużyny broniącej.

Czerwona kartka dla masażysty

Do końca lat 30. dla większości kibiców na stadionach, ale i dla sędziów zawodnicy (z wyjątkami oczywiście) byli anonimowi, ponieważ nie nosili numerów na koszulkach. Przełomu w tej dziedzinie dokonał legendarny menedżer Arsenalu Herbert Chapman i to jego drużyna oraz Chelsea już w roku 1928 pierwszy raz wystąpiły z numerami na plecach. Finalistom rozgrywek o Puchar Anglii na Wembley w roku 1933 The Football Association pierwszy raz oficjalnie przydzieliła numery. Zawodnicy Evertonu mieli numery od 1 do 11, a Manchesteru City od 12 do 22. W lidze angielskiej numery stały się obowiązkowe od roku 1939. Na mistrzostwach świata – od 1950. W 1994 doszły numery na piersiach i nazwiska na plecach nad numerem. W lidze polskiej obowiązek grania z numerami istnieje od roku 1949 lub 1950. Pierwszym klubem, którego piłkarze mieli numery na koszulkach była krakowska Wisła.

Te i inne zmiany wymuszała telewizja. Kibice siedzący w domu chcieli wiedzieć, kto jest kim, ale najpierw tę wiedzę musieli posiąść komentatorzy. Sędziom zmiany pomagały, ale bywało, że stawali się ich inspiratorami. Anglik Ken Aston prowadzący na mundialu w Chile (1962) mecz gospodarzy z Włochami nie był w stanie opanować bijatyki między zawodnikami obydwu drużyn. Liniowi mu nie pomagali, ponieważ nie mieli prawa wejść na boisko. Kilka lat później Aston wymyślił więc żółte i czerwone kartki. Użyto ich pierwszy raz podczas mundialu w Meksyku (1970). Początki były trudne, a bywało, że i śmieszne, ponieważ pierwszą czerwoną kartkę w historii obejrzał masażysta reprezentacji Niemiec Erich Deuser, który w meczu swojej drużyny z Peru wbiegł na boisko udzielić pomocy niemieckiemu piłkarzowi, bez zezwolenia arbitra z Meksyku.

Ćwierć wieku później na mistrzostwach odbywających się w Stanach Zjednoczonych FIFA pierwszy raz ukarała zawodnika już po zawodach, na podstawie zapisu filmowego. W meczu ćwierćfinałowym Włochy – Hiszpania Sandor Puhl z Węgier nie zauważył, że Mauro Tassotti uderzył łokciem w twarz Luisa Enrique i złamał mu nos. Do incydentu doszło w polu karnym, trudno mówić o przypadku, Hiszpanom należała się jedenastka. Puhl nawet nie ukarał Tassottiego kartką, a później prowadził finał mundialu. FIFA zawiesiła Tassottiego na osiem meczów, więc w półfinale i finale już nie wystąpił i pożegnał się z kadrą. Ale swoje zrobił.

W takich samych kategoriach można oceniać półfinał mistrzostw świata Francja – Niemcy w Sewilli, w roku 1982. Bandycki, bo już nawet nie brutalny atak bramkarza Haralda Schumachera na Patricka Battistona, który omal nie zakończył się śmiercią Francuza, nie spotkał się z żadną reakcją holenderskiego sędziego Charlesa Corvera. To była jawna niesprawiedliwość.

Dziś, w takiej sytuacji Puhlowi i Corverowi pomógłby system VAR. Byłoby sprawiedliwiej. Sędziowie bramkowi, a przede wszystkim technologia goal-line pozwalają rozwiać wątpliwości, ale też nie do końca.

A Zinedine Zidane niech nie narzeka. Gdyby w finale mistrzostw świata w roku 2006 sędziowie korzystali z VAR, być może wychwyciliby prowokacje, jakich wobec Francuza dopuszczał się Marco Materazzi. Może nie byłoby czerwonej kartki dla Francuza i zwycięstwa Włochów.

Trzeba mieć nadzieję, że dzięki wideo trudniej będzie oszustom, a sędziowie unikną błędów i wyrzutów sumienia.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL