Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Bończa-Szabłowski: Mrożek ze smartfonem

Fotorzepa, Ryszard Waniek
Sš ludzie, z którymi można pogadać prawie na każdy temat, i tacy, z którymi na każdy niemal temat można pomilczeć. I to milczenie bywa równie inspirujšce, jak intensywny dialog. No, prawie pomilczeć, bo od czasu do czasu trzeba jednak coœ powiedzieć.

Uosobieniem tej drugiej postawy był z pewnoœciš Sławomir Mrożek. Przypominam o nim nie tylko z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru, ale też dlatego, że w tym sezonie został patronem Sceny Kameralnej Teatru Polskiego. Teatru, którego aktorzy – jak się zorientowałem – majš w Warszawie własne ulice. Paweł Krucz – ulicę Krucza, Andrzej Seweryn z rodzinš – ulicę Sewerynów. Jest jeszcze ulica Rysia (z Klanu), czyli Piotra Cyrwusa, oraz Grażyny (Barszczewskiej).

Ale wróćmy do ul. Sewerynów. To właœnie tam, na tyłach Polskiego, mieœci się wspomniana Scena Kameralna noszšca od niedawna imię Sławomira Mrożka. Wybranie autora „Tanga" na patrona teatru nikogo nie powinno dziwić. Wszak to on przez kilka dziesięcioleci był jednym z najczęœciej granych w kraju i za granicš polskich dramaturgów, klasykiem współczesnoœci. A Teatr Polski za dyrekcji Kazimierza Dejmka stał się miejscem kilku wybitnych premier jego dramatów. I rywalizował o palmę pierwszeństwa z Teatrem Współczesnym, w repertuarze którego, dzięki Erwinowi Axerowi, Mrożek był stale obecny.

Ja, który miałem okazję zrobić z Mrożkiem kilkanaœcie wywiadów, poznałem go w okolicznoœciach doœć niecodziennych. Krzysztof Babicki, kierujšc lubelskim Teatrem Osterwy, zaprosił mnie na premierę „Miłoœci na Krymie" i usadził w loży między Mrożkiem i jego żonš a pewnš szacownš damš, która okazała się wnuczkš... Wyspiańskiego. W tym zestawie mogłem już tylko marzyć, by nocš, po spektaklu, przyszedł do mnie we œnie np. Juliusz Słowacki.

Andrzej Seweryn jako dyrektor Teatru Polskiego z ogromnš atencjš odnosił się do Sławomira Mrożka, co nasz dramaturg bardzo doceniał, a nawet wprawiało go to czasem w zakłopotanie.

Kiedy autor „Emigrantów" przyjeżdżał do Warszawy, zatrzymywał się zwykle w hotelu Bristol i wtedy dostawałem sygnał od jego żony Susane, że będzie szansa na krótkie spotkanie. To znaczy seans milczenia. Wyglšdało to trochę tak, jakbyœmy siedzieli ze smartfonami w dłoni, tyle że nie posiadaliœmy smartfonów. Jedno z takich spotkań odbyło się niemal nazajutrz po premierze „Irydiona" w 2013 r. Zapytany o wrażenia Mrożek trochę się skrzywił i przyznał: – Wie pan, trudno mówić, bo właœciwie niczego nie zrozumiałem.

– Ale – dodał po chwili – myœlę, że to konsekwencje afazji.

– Proszę się nie martwić, zdrowi też niewiele zrozumieli – odpowiedziałem, co jak mi się zdaje, pan Sławomir przyjšł z wyraŸnš ulgš. „Irydiona" przygotowanego z okazji stulecia Polskiego trudno bowiem było uznać za sukces. Mrożek okazał się prorokiem, o czym œwiadczš jego sztuki, i wnikliwym obserwatorem rzeczywistoœci, o czym œwiadczš jego dzienniki. Sporo o nich rozmawialiœmy przez telefon, gdy w Polsce pojawiały się poszczególne ich tomy. Kiedy przewodniczył festiwalowi R@port w Gdyni, miałem okazję kilkakrotnie towarzyszyć mu podczas codziennych (między 14 a 15) spacerów nad morzem, jakie zalecili mu lekarze. Sporo milczeliœmy wtedy na temat bieżšcej sytuacji w Polsce, ale najlepiej milczało się nam na temat teatru. Nie znosił w nim publicystyki, doraŸnoœci i dosłownoœci. Najpiękniej napisał mi o teatrze przed laty jeszcze w liœcie z Krakowa. Dziœ mogłoby to być piękne przesłanie na Międzynarodowy Dzień Teatru:

„Wiele się mówi o ulotnoœci aktorskiego dzieła, o nietrwałoœci teatru, w przeciwieństwie do trwałoœci innych sztuk. To przekonanie o trwałoœci innych sztuk nie całkiem odpowiada prawdzie i wynika tylko z krótkiej perspektywy. Przecież nawet rzeŸba wykonana w kamieniu kiedyœ się rozsypie, nie mówišc już o bibliotekach. Ale i to prawda, że słowo wypowiedziane, gest wykonany na scenie nie zostawiajš materialnych œladów. Jak i to, że żadna inna sztuka nie łšczy wykonawcy z odbiorcš tak bezpoœrednio, tak żywo i tak emocjonalnie, jak sztuka aktorska. Relatywna krótkowiecznoœć aktorskiej sztuki jest cenš, którš aktor płaci za jej wyjštkowoœć. Jeœli prawdš jest, że wiecznoœć zamyka się w jednej nieskończenie krótkiej chwili – a nie ma dowodów, że tak właœnie nie jest – to aktor na scenie jest bliżej nieskończonoœci niż budowniczy piramid".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL