Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Siostra naszego Boga

Hanna Chrzanowska jako wicedyrektorka w Szkole Pielęgniarsko-Położniczej w Krakowie.
Katolickie Stowarzyszenie Pielęgniarek i Położnych Polskich
Komuniœci zabrali Koœciołowi Caritas i pozamykali lub przejęli prowadzone przez zakony zakłady opiekuńcze. I oto pojawia się ta kobieta – Hanna Chrzanowska – pochłonięta pasjš pomagania ludziom chronicznie chorym. Jej wizja była inna niż dotychczasowa praca charytatywna Koœcioła.

Mšż alkoholik. Żona po operacji mózgu. Objęłyœmy opiekš, kiedy się wydawało, że jest już w agonii. Bezwład całkowity, nieprzytomna, odleżyny ogromne. Odchuchaliœmy. Obecnie trochę chodzi, mówi bełkotliwie, ale jest całkowicie przytomna, zadowolona z życia. Mšż jš kocha i dba o niš. Majš wychowankę. Dziecko było z poczštku bardzo trudne. Zadbano o jej odzież, wychowanie – pielęgniarka razem z innš pracownicš służby zdrowia, sšsiadkš. Obecnie dziewczyna jest już prawie dorosła, dba o matkę, dobra, gospodarna".

Hanna spodziewała się ciężkiej walki, na którš nie mogła pójœć bezbronna. Przygotowała sobie więc argumenty – miała nadzieję, że będš nie do odparcia. Jej dotychczasowe doœwiadczenia z angażowaniem struktur koœcielnych do pracy dla chorych nie były dobre, więc zakładała, że i tym razem przyjdzie jej stoczyć ciężki bój. Co prawda z księdzem Machayem zetknęła się w czasie okupacji – prosiła go o pomoc i on jej bez zwłoki udzielił – ale to było tak dawno temu, że właœciwie o tym zapomniała. A teraz miała za sobš wiele nieudanych prób przekonania parafii czy zakonów do włšczenia się w pielęgnację chronicznie chorych. I nie miała wyjœcia. Choćby przyszło jej ich zmusić – zrobi to! Jeœli zajdzie taka potrzeba, to wypuœci całe mnóstwo strzał, nie tylko tę jednš. Która będzie następna?

„Matka nieœlubna na klinice położniczej. Dzieckiem zajmować się nie chce. Otaczamy jš opiekš po wypisaniu; ponieważ nie ma warunków pozwalajšcych na powrót z dzieckiem do domu – to ostatnie umieszczamy w Domu Małego Dziecka (bo w Domu Matki i Dziecka przyjęcia chwilowo wstrzymane: kwarantanna). Ale sprawa najważniejsza – rozbudzenie w matce uczuć macierzyńskich. Młodziutka pielęgniareczka co dzień prowadzi jš do zakładu, aby karmiła dziecko. Po kilku dniach matka chodzi już sama, nie można jej odgonić. Ojciec znany. Ta sama pielęgniarka skłania go (z trudem), aby zobaczył się z matkš dziecka. Nie ma gdzie – więc cała trójka spotyka się gdzieœ na ulicy. Wodzš się długo. Po paru dniach ojciec oœwiadcza: „Nie wiem, do cholery, co się stało, ale ta pani (tzn. pielęgniarka) tak mnie opętała, że chyba się ożenię". Trudnoœci, brak papierów dla urzędu stanu cywilnego – wszystkie przezwyciężone. Ale brak spodni dla pana młodego. Wytrzaskujemy spodnie. W końcu triumf: œlub – oczywiœcie za darmo, bo oboje nie majš pieniędzy – w koœciele oœwietlonym a giorno".

Ta historia skończyła się dobrze. Ale czyż nie ostrzejsza, celniejsza będzie strzała, która zaniesie innš wiadomoœć – o dramacie, który rozegrał się, ponieważ było już za póŸno:

„Psychicznie chora w ciemnej norze bez okna, dziury w podłodze, rozwalone kraty, kopcšcy piecyk, barłóg zasłany łachami. Wchodzimy – nic nie widać przez dym, tylko rzuca się na nas pies. Po chwili dostrzegamy na barłogu stwora z włosami na jeża, z twarzš dosłownie czarnš od brudu. Cała w strupach. Jedyne ogrzewanie zimš – to pies na barłogu. Chora co jakiœ czas żywiona ťprzez ludziŤ, rodziny nie ma, tylko brata poza Krakowem, który o siostrę nie dba. Tak całymi miesišcami. Pielęgniarka znalazła jš przypadkiem. Przenosimy do zakładu. Umiera w krótkim czasie".

Takich historii miała w zanadrzu wiele. Może te trzy wystarczš, ale gdyby nie... O, opowie im następne, przygwoŸdzi każdego, byleby tylko zdobyć pomoc, której potrzebowała rozpaczliwie.

Nie chcę mieć kłopotów

Był piękny czerwcowy dzień, kiedy ze swoim niewidzialnym kołczanem pełnym strzał weszła do bazyliki Mariackiej razem z Zofiš. Pod ołtarzem Chrystusa Ukrzyżowanego czekał ksišdz nazywany przez Zofię Wujkiem. Denerwował jš trochę ten jego uœmiech, ale to teraz nie miało znaczenia. Przywitali się krótko i ksišdz zaprowadził je na plebanię. Ksišdz Machay kazał im usišœć na kanapie i spojrzał pytajšco zza okršgłych drucianych okularów. Hanna zapisze w swoim pamiętniku:

„Nie mogę inaczej okreœlić mojego uczucia jak: wœciekła pasja. Niechby odmówił! Niechby nie pojšł! Przygotowałam w sobie na ten wypadek mnóstwo strzał – zamieniłam się cała w kołczan. Przedstawiłam mu krótko i węzłowato sytuację chorych. Brak istnienia pielęgniarstwa domowego w ramach służby zdrowia. Okaleczałš placówkę szkoleniowš. Koniecznoœć zaangażowania przez proboszcza stałej, płatnej opiekunki chorych. Wielki, siwy, patrzył na mnie spokojnie oczyma, które potem były tak bardzo biedne, a wtedy jeszcze zdrowe. Tak! Zagadnienie chorych jest mu znane jeszcze z parafii Najœwiętszego Salwatora. Rozumie. Potem rzeczowo: ť1000 zł miesięcznie wystarczy?Ť.

– Wystarczy – potaknęłam olœniona, przecież to była płaca wyższa niż poczštkujšcej pielęgniarki. [W rękopisie z 9 sierpnia 1967: Przerwałam! Anioł Pański w południe. Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!] Ksišdz infułat dr Ferdynand Machay zmarł 31 lipca 1967 roku. I wówczas [podczas pierwszego spotkania] powiedział do mnie te znamienne słowa, które od razu dały nam wolnš rękę i okazały, jak dalece ksišdz Machay rozumie, o co nam chodzi.

– Tylko pamiętajcie, ja z tym nie chcę mieć kłopotów. Wy jesteœcie fachowcy, nie ja. Odeszłam – mimo tryumfu – jak zmyta. Głupie strzały, z których ani jednej nie musiałam wypuœcić".

Pochłonięta pasjš pomagania

Miał przed sobš zaledwie kilka kartek, ale ważyły one więcej niż niejeden tom, który musiał przeczytać, przygotowujšc habilitację. Czy to możliwe, żeby takie rzeczy działy się w promieniu kilku kilometrów od jego domu, od wspaniałego zamku wawelskiego, co gorsza, w pobliżu tylu koœciołów, których w Krakowie nie brakowało?

„Do zamkniętego zakładu leczniczego nigdy nie namawiamy forsownie. Ale czasem wyjštkowo musimy forsować. Mróz 12 stopni. Szopa w jakimœ zakamarku na Podgórzu, nie opalana. Znowu barłóg, brudy, gałgany, głód. Chora około 40 lat. Psychoza i ciężki reumatyzm. Piszemy podanie, klęczšc na podłodze, oparłszy się o jakšœ deskę: nie ma stołu ani stołka. Atak na pewien zakład zakonny. Przedstawiamy co i jak. Że mróz, że chora się zanieczyszcza. To nas zgubiło: ťTaka młoda, to ileż ona przeœcieradeł zużyje!Ť. Przerażone takš ťcaritasŤ, ale nie chcšc naszej chorej gotować dodatkowych przykroœci, zaciskamy zęby i pertraktujemy dalej. Może jednak. Ale nic z tego. Na szczęœcie w innym, również – na szczęœcie! – zakonnym zakładzie przyjęcie ludzkie, serdeczne. Ale po jakimœ czasie, gdy odwiedzamy chorš – zasada unikania zakładów pogłębia się w nas. Chora bywa niespokojna, krzyczy, nie może leżeć na dużej sali, a separatek nie ma. Jest tylko szeœcioosobowa salka dla umierajšcych. I tak nasza chora co dzień patrzy, jak umierajš. Siostry zakonne temu nie winne – cóż innego mogły zrobić. A my?".

Ksišdz Karol Wojtyła czytał relację Hanny wstrzšœnięty i zarazem zadziwiony. Gdy usłyszał o niej pierwszy raz, była dla niego przede wszystkim córkš wielkiego profesora polonistyki, wielkiego w jego oczach również ze względu na ofiarę z życia, którš Ignacy Chrzanowski złożył w obozie w Sachsenhausen. Ale już przy pierwszym spotkaniu zobaczył osobę, która – będšc nieodrodnš córkš swojego ojca – miała w sobie pasję skierowanš ku człowiekowi cierpišcemu. Jemu podporzšdkowała wszystko, także niewštpliwy talent literacki, tak widoczny w zapiskach, które otrzymał. Potwierdzały się jego wrażenia ze spotkania na Kanoniczej i póŸniej u księdza Machaya. Hanna była osobš o bardzo wysokiej kulturze osobistej, miała klasę wyniesionš z profesorskiego domu, zarazem jednak szła w miejsca, o których przeważnie ludzie z tak zwanych dobrych domów woleli nie myœleć. Zupełnie jak Brat Albert, œwietny malarz Adam Chmielowski, który sens swojego życia odkrył wœród najuboższych w krakowskich ogrzewalniach. Brat Albert wpisywał się w bogatš tradycję Krakowa – miasta artystów, naukowców i... œwiadków miłosierdzia, podobnie jak niegdyœ królowa Jadwiga, wielka władczyni o wielkim sercu.?W czasie okupacji postać Brata Alberta pomogła i Wojtyle odkryć powołanie – zrozumieć, że ma zostawić sztukę: poezję i teatr, dla służby Bogu jako ksišdz. Kiedy po wojnie i studiach w Rzymie wrócił do Polski, zrozumiał, że Adam Chmielowski był odpowiedziš Boga na nadchodzšce czasy. Napisał sztukę „Brat naszego Boga" i przedstawił w niej Alberta jako człowieka, który nie tylko pomaga najuboższym, ale także staje się jednym z nich. Wspina się w ten sposób na szczyty œwiętoœci, naœladujšc Boga stajšcego się jednym z ludzi. W swej literackiej wizji przeciwstawił Adama partyjnemu agitatorowi, który ludzkš nędzę chce wykorzystać, aby wzbudzić rewolucyjny gniew prowadzšcy do przewrotu i zmiany porzšdku politycznego. Adam nie wzbudza gniewu – on daje dowód miłoœci i w ten sposób dokonuje największej rewolucji.

Władze komunistyczne zdawały sobie sprawę, jak ważna dla misji Koœcioła jest posługa potrzebujšcym. Nie wystarczyło im usunięcie katechezy ze szkół, utrudnianie na każdym kroku życia religijnego. Komuniœci zabrali Koœciołowi Caritas i pozamykali lub przejęli prowadzone przez zakony zakłady opiekuńcze. I oto pojawia się ta kobieta pochłonięta pasjš pomagania ludziom chronicznie chorym. Jej wizja była inna niż dotychczasowa praca charytatywna Koœcioła. Zakład opiekuńczy był dla niej ostatecznoœciš – chciała pielęgnować chorych w ich domach. Była œwieckim fachowcem, lecz prowadziła głębokie życie wewnętrzne. I ta jej szczeroœć. To cenił najbardziej, choć prawda, którš przekazywała, była bardzo bolesna.

Matka nieœlubna jakoœ donosiła cišżę, ale jeszcze nic straconego: kiedy doznała bólów porodowych, otwarła okno na mróz i rodzi, stojšc. Niech się dziecko zaziębi i potłucze, przecież nie powinno żyć. Jakoœ jš tak zastajš sšsiedzi, wszczynajš alarm. Na klinice jeszcze nie rezygnuje, stršca dziecko z łóżka. Ale i to nie pomaga. Dziecko żyje. Odłšczamy je od matki.

Czytajšc to, nie mógł nie pomyœleć o słowach Izajasza: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie".

To nie jest literatura

Chrzanowska była odpowiedziš Boga na ludzkš nędzę. Pielęgniarka wchodzi do pokoiku zaroœniętego brudem i pajęczynami. Krzyk: „Proszę ich szukać pod łóżkiem!". Pielęgniarka zaglšda pod łóżko, siedzš tam gołębie. To jedyna pociecha czterdziestoletniego samotnika ciężko chorego na serce, z nogami jak kłody. Chory żarty przez muchy – najważniejsza sprawa to rozwieszenie lepów. Całe festony lepów. Brud i głód. Myjemy, zanosimy leki. Chory jest dobry, łagodny. Kiedyœ zastajemy trupa, gaz był odkręcony. Chory nie chodził. Więc może jakiœ amator na mieszkanie? A może jakaœ dalsza rodzina – aby zagarnšć jakšœ tam chudobę?

Notatki te pod koniec 1957 roku Hanna Chrzanowska zostawi na biurku redaktora „Tygodnika Powszechnego" Tadeusza Żychiewicza. Załšczy do nich ręcznie napisane objaœnienie:

„Jestem pielęgniarkš. Od dawna doszłyœmy do wniosku, że zamknięte zakłady lecznicze nie wszystko sš w stanie załatwić. (...) O jakie sprawy chodzi, wyjaœni tekst, który załšczam. To nie jest literatura. Ręczę osobiœcie, że wszystkie podane w nim fakty sš dosłownie prawdziwe. Jest to zresztš tylko niewielki ułamek. Dwie karty z pielęgniarskiego notatnika. Proszę zrobić z nimi, co Pan uzna za stosowne. Jeœli Redakcja zdecyduje się opublikować je – proszę nie podawać mojego nazwiska. To naprawdę zupełnie niepotrzebne. Proszę tylko dodać, że akcja otwartego pielęgniarstwa rozwija się i że znalazła już oparcie (także finansowe) w jednej z krakowskich parafii. Nie wiem, do kogo kierować by należało te kartki: do znudzonych, do narzekajšcych, do sytych i zabezpieczonych – czy może proœciej: do ludzi. Ale to już brzmi zbyt drętwo. Gdyby przypadkiem kogoœ zainteresowały te sprawy – będzie Pan wiedział, do kogo kierować zainteresowanych".

A Karol Wojtyła w czasie prowadzonej w adwencie 1957 roku konferencji dla lekarzy powie:

„Opieka nad człowiekiem nieszczęœliwym, opuszczonym, nad chorym, który nie znajduje się wprawdzie w szpitalu, ale w straszliwych warunkach żyje gdzieœ w samotnoœci w swoim mieszkaniu, które nie przypomina często miejsca pobytu człowieka. Tę sprawę zasygnalizowały pielęgniarki. I wokół tego zagadnienia toczyła się w Polsce dyskusja na podstawie artykułu w ťTygodniku PowszechnymŤ, wzbudzajšcego ogólne zainteresowanie. Na skutek tego w niektórych parafiach została podjęta przez pielęgniarki akcja takiej opieki nad chorymi i jest prowadzona. Ale to jest kropla w morzu, tu trzeba nieporównanie więcej".

Partyjne instruktorki na pielgrzymkę

Stanisława Lebica odpiłowała ampułkę i już miała napełnić strzykawkę jej zawartoœciš, gdy przeczytała nadruk „calcium bromatum".

Ze zdenerwowania podniosła głos na uczennicę, od której dostała specyfik.

– Co ty mi dajesz? Przecież prosiłam o glukozę.

– Pani instruktorko, ja nie widzę dobrze, mam zapuszczonš atropinę – odpowiedziała wystraszona kandydatka na pielęgniarkę.

– Atropinę? Po co?

– No bo wybieram się na imprezę...

Dziewczyny czasem uciekały się do tego zabiegu, aby sztucznie powiększyć sobie Ÿrenice – wyglšdały wtedy atrakcyjniej.

Stanisława Lebica była jednš z instruktorek w Szkole Pielęgniarstwa Psychiatrycznego. Stanowisko to zaproponowała jej Hanna Chrzanowska, która od kilku miesięcy była tam dyrektorkš.

„Na jesieni 1957 roku opuœciłam Szkołę Krakowskš, aby objšć kierownictwo Szkoły Pielęgniarstwa Psychiatrycznego w Kobierzynie" – zapisze Hanna w pamiętniku. Odchodziła „z czystym sumieniem", ponieważ na stanowisku instruktorki pielęgniarstwa domowego zostawiała Zofię Szlendak. „Całoœć prac w zakresie szkolenia w pielęgniarstwie otwartym, wykłady i nadzór nad praktykami przejęła Kazimiera Skobyłko, moja dawna uczennica, potem długoletnia koleżanka" – doda.

Kobierzyński szpital, zwany przez niektórych Wawelem polskiej psychiatrii, postawiono w wielkim, liczšcym ponad pięćdziesišt hektarów parku. Od 1917 roku na tym terenie znajduje się kilkanaœcie pawilonów przeznaczonych dla oœmiuset chorych. Szkołę Pielęgniarstwa Psychiatrycznego założono pod koniec 1949 roku z inicjatywy doktora Zdzisława Mieniewskiego i umieszczono w gmachu w głębi obiektu, nieopodal kaplicy pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej.

Stanisława Lebica mówi:

– Jestem przekonana, że Hannę Chrzanowskš mianowano dyrektorkš szkoły, aby przywróciła tu atmosferę pracy z czasów doktora Mieniewskiego. I to rzeczywiœcie nastšpiło. Chrzanowska była ogromnie dobra, wyrozumiała, mšdra, każdego umiała podtrzymać na duchu. Uczennicom, które popełniały błędy, dawała szansę i czas, aby jeszcze dojrzały. Tak było i w tym przypadku, ale niestety ta dziewczyna zawiniła powtórnie przy innej instruktorce i ostatecznie została usunięta.

Na czym polegała zmiana wprowadzona przez Chrzanowskš?

– Ona szanowała instruktorki i uczennice. Ich godnoœć, wolnoœć. Nie stresowała. Zupełnie inaczej się z niš czułam. Byłam szczera, otwarta, bezpoœrednia. Można było się przed niš otworzyć. Miała ogromnš wiedzę, przy ocenie uczennic brała pod uwagę postawę wobec chorego. Ona mówiła nam cišgle: „Nie odchodŸcie od łóżka".

Czułoœć – tak Stanisława Lebica okreœla postawę Chrzanowskiej i opowiada:

– Kilka instruktorek jechało na praktyki na Kopernika. Była mgła i jednš z nas potršcił tramwaj. Wypadek okazał się œmiertelny. Hanna Chrzanowska zorganizowała wyjazd całej szkoły, instruktorek i uczennic, do rodziny zmarłej. Trudno powiedzieć, jak to zrobiła, ale znalazła też jej narzeczonego, który odbywał służbę wojskowš, i on także przyjechał.

Wiosnš 1958 roku bardzo zaangażowała się w organizację pielgrzymki pielęgniarek na Jasnš Górę. Z Kobierzyna pojechało nawet kilka instruktorek, które należały do partii. Pielgrzymki te rozpoczęły się w 1956 roku po uwolnieniu prymasa Wyszyńskiego, ale były coraz krytyczniej oceniane przez władze. Czy z tego powodu na poczštku kwietnia 1958 roku rozwišzano szkołę w Kobierzynie, a Hannie przesłano wypowiedzenie? Zdania na ten temat sš podzielone. Faktem jest, że istnienie takich szkół krytykowano już wczeœniej. I faktem jest również, że przed Hannš otworzyły się nowe perspektywy.

Fragment ksišżki Pawła Zuchniewicza, „Siostra naszego Boga. Niezwykła historia Hanny Chrzanowskiej", która ukaże się w maju nakładem Wydawnictwa Znak. Autor, dziennikarz, wydał dotychczas m.in. „Cuda Jana Pawła II", „Papież nadziei", „Ojciec wolnych ludzi. Opowieœć o Prymasie Wyszyńskim".

Œródtytuły pochodzš od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL