Plus Minus

Roy Orbison. Prawdziwa historia wielkiego przeboju

Redferns/Getty Images, David Redfern
30 lat temu nagrano w Los Angeles koncert „Roy Orbison and Friends", ostatni przed śmiercią piosenkarza w 1988 roku. To był hołd gwiazd oddany autorowi „Oh, Pretty Woman", bo też Bob Dylan, The Beatles, Tom Waits, Bruce Springsteen uwielbiali go za melodie i emocje.

Chciałbym nagrać album z tekstami, którą brzmią, jakby wyszły spod ręki Boba Dylana, a wyprodukowane zostały przez Phila Spectora. Przede wszystkim jednak chciałbym śpiewać jak Roy Orbison, ponieważ nikt nie śpiewa tak jak on".

To słowa najbardziej rockandrollowego spośród amerykańskich bardów, czyli Bruce'a Springsteena, wyniesionego na szczyt przez album „Born in the U.S.A.". Wypowiedział je, wprowadzając Orbisona do Rock and Roll Hall of Fame. Roy żartował, że „kopnął go wielki zaszczyt" i nie dowierzając, że dzieje się to naprawdę, poprosił Springsteena o kopię jego wystąpienia na papierze. To właśnie wtedy zrodził się pomysł, by nagrać koncert, podczas którego Orbison wystąpił z towarzyszeniem Springsteena, Elvisa Costello, Jacksona Browne'a, T Bone Burnetta, Jennifer Warnes i k.d. lang.

Rejestracja występu w Cocoanut Grove w Los Angeles, która właśnie ukazała się na DVD, jest koronnym dowodem na wielkość muzyka lekceważonego przez niektórych za „niemęski" głos i piosenkowe wyznania o mężczyznach, którzy przeżywają miłosny zawód, a nawet płaczą. Bo Roy Orbison śpiewał o marzeniach, porzuceniu i cierpieniach. Jego prześmiewcy podkreślali, że dopuścił do głosu męską histerię, ekshibicjonizm i masochizm.

– Kiedy ukazała się piosenka „Crying", sporo ryzykowałem i nie wiedziałem, że płaczący mężczyzna zostanie zaakceptowany – mówił Roy. Dla wielu młodych wokalistów był to przejaw odwagi i nowatorstwa.

– Połączenie liryzmu i dramatyzmu z głosem Roya dawało niepowtarzalny efekt – zachwycał się Robert Plant z Led Zeppelin. – To dzięki Orbisonowi śpiewanie o wielkich emocjach stało się również męskim tematem – to słowa Robina Gibba z Bee Gees. – Brzmiał tak jakby śpiewał z samego Olimpu – mówił Bob Dylan. – Jego głos był w stanie obudzić trupa i pozostawić go w przekonaniu, że wszystko możliwe. Gdy Roy wykorzystywał swoje cztery oktawy, chciało się jechać samochodem z urwiska w przepaść!

Żona na zakupach

Roy Orbison był jedynym artystą, który przed przedwczesną śmiercią w 1988 roku, gdy miał 52 lata, pobił rekord Elvisa Presleya, umieszczając w pierwszej piątce amerykańskiej listy przebojów „Billboard" jednocześnie dwie płyty. Solową „Mystery Girl" oraz nagraną wraz z supergrupą Traveling Wilburys w składzie, uwaga, Bob Dylan, George Harrison, Jeff Lynne z Electric Light Orchestra i Tom Petty. Już choćby te dokonania świadczą, że nie był gwiazdą jednego przeboju – „Oh, Pretty Woman" – który powrócił wraz z filmem „Pretty Woman" w 1990 roku. Inna sprawa, że rzadko który artysta może liczyć na to, że jego piosenka staje się kanwą kinowego hitu z udziałem takiego duetu jak Julia Roberts i Richard Gere.

Film przyniósł comeback wykonawcy piosenki, nagranej w sierpniu 1964 roku. Przez trzy tygodnie była ona wówczas na pierwszym miejscu „Billboardu" i sprzedała się w 7 milionach egzemplarzy. Była jednym z czterech największych hitów roku w okresie, gdy światem rządzili niepodzielnie The Beatles i Elvis Presley. Orbison skomponował ją w domu, muzykując z kolegą Billem Dees. Zapowiedział, że zacznie rozwijać motyw, który wpadnie mu do głowy. Wtedy weszła do pokoju żona Orbisona, Claudette, anonsując, że wychodzi na miasto. Roy zapytał troskliwie, czy nie potrzebuje pieniędzy na zakupy, a Bill skomentował: „Piękna kobieta nigdy nie potrzebuje pieniędzy!". Wtedy Orbison zaśpiewał „Pretty woman walking down the street".

– Kiedy Roy śpiewał, ja uderzałem rytmicznie ręką w stół, wybijając rytm. A kiedy Claudette wróciła z zakupów, piosenka była gotowa – opowiadał Bill Dees w jednym z telewizyjnych programów. – Czuliśmy, że jest znakomita. W wyobraźni widziałem piękną kobietę w żółtej spódniczce i w czerwonych butach. Pamiętam, że skomponowaliśmy „Oh, Pretty Woman" w piątek. W następny ją nagraliśmy, a dwa tygodnie później ukazała się na płycie. To była wyjątkowo szybko wydana piosenka.

Była bardziej niewinna niż bohaterka filmu, gdzie zrobioną z niej luksusową dziewczynę do towarzystwa. Orbison śpiewał o mężczyźnie, który obserwując piękną kobietę na ulicy, zastanawia się, czy pomimo wielkiej urody może być tak samotna jak on. Kiedy ona ma już zniknąć z pola widzenia bohatera, nagle zawraca i dołącza do niego. Takie historie zdarzają się tylko w marzeniach, ale piosenka była przecież jak marzenie. Miała znakomitą gitarową przygrywkę, motyw, refren i dynamikę.

To była przepustka do sławy nie tylko dla Orbisona. Grający ją na gitarze Jerry Kennedy został później zaproszony do nagrania albumu „Blonde on Blonde" Boba Dylana, towarzyszył w studiu Presleyowi i Ringo Starrowi. Piosenka doczekała się licznych reinterpretacji na całym świecie, w tym wersji zespołów Van Halen i Bon Jovi.

Rodzinny dramat

Ten przebój stał się jednocześnie zapisem próby poprawienia przez małżonków źle układających się relacji. Żona zdradziła Roya z inżynierem, który budował ich dom, gdy muzyk koncertował poza Ameryką. Kiedy Roy nagrywał piosenkę, znowu byli razem. Ale gdy wychwalający jej urodę przebój królował na listach przebojów i parkietach całego świata, Claudette nie była pewna, czy zamierza spędzić całe życie z Royem. Wkrótce muzyk przekonał się, że jest oszukiwany, a żona złożyła pozew o rozwód. Wrócili do siebie ponownie w 1966 roku, a wtedy doszło do największego nieszczęścia. W dwa miesiące po tym, jak wzięli ponownie ślub, jadącą na motorze Claudette potrącił śmiertelnie samochód. W 1968 roku, gdy Roy był na tournée, w pożarze domu zginęło jego dwóch synów. Orbison z trudem dochodził do siebie.

Dopiero pod koniec życia odzyskał popularność z początku kariery. A był jedną z największych gwiazd wczesnego okresu rock and rolla w drugiej połowie lat 50. Urodził się w 1936 roku Teksasie, mama była pielęgniarką, ojciec pracował przy odwiercie ropy naftowej i był mechanikiem samochodowym. Pochodzenie idealne, by zafascynować Bruce'a Springsteena, który zawsze wielbił życie zwykłych Amerykanów, zmagających się z codziennymi problemami i bezrobociem. Dotknęło ono również rodzinę Orbisona, kiedy w Ameryce zapanowała Wielka Depresja. – Piłka nożna, pole naftowe, oleje, smary i piasek – powiedział Roy, podsumowując dzieciństwo w najkrótszy sposób.

Zaczynał od rockabilly, ale jego specjalnością stały się też melodramatyczne ballady kończone crescendo, co podkreślało siłę głosu. Roy inspirował się śpiewakami country, a zwłaszcza zapomnianym dziś Lefty Frizzelem. Kiedy przystąpił do Traveling Wilburys, przyjął przydomek Left, właśnie na cześć ulubionego countrowca. Jeszcze przed maturą założył z kolegami zespół Wink Westerners, który specjalizował się w wykonywaniu standardów Glenna Millera w stylu country. Występowali w miejscowym radiu, co zaowocowało lukratywną propozycją 400 dolarów za granie do tańca. To były wielkie pieniądze i ta okrągła sumka uzmysłowiła Royowi, że robiąc to, co się lubi, może nieźle żyć z dala od pól naftowych, smaru i piasku. W teksaskiej Odessie po raz pierwszy zobaczył występ Elvisa Presleya. Ale do mierzenia w wyższe cele Orbisona namówił Johnny Cash. Zasugerował, żeby zadzwonił do Sama Philipsa, szefa słynnej firmy Sun Records, w którego stajni byli już Presley, Jerry Lee Levis, Carl Perkins i Cash.

„Johnny Cash nie kieruje Sun Records, tylko ja!" – usłyszał w słuchawce od Philipsa. Jednak Roy nie rezygnował. W lokalnej firmie nagrał piosenkę „Ooby Dooby" i wysłał płytkę Philipsowi. Ten zafascynowany zespołem Orbisona Teen King zaproponował mu w 1956 roku kontrakt płytowy. W nowej wersji, zarejestrowanej w profesjonalnym studio, „Ooby Dooby" sprzedało się w 200 tysiącach egzemplarzy.

– Kiedy dostaliśmy propozycję koncertowania, graliśmy, co się dało, bo mieliśmy w repertuarze tylko jeden singlowy hit! – mówił Orbison. Kiedy nagrali drugi i trzeci, nastoletni królowie pokłócili się o tantiemy i pieniądze. Jednak Roy nie zrezygnował z kariery i ściągnął do Memphis swoją szesnastoletnią dziewczynę Claudette.

Mieszkali w domu Philipsa, który dopilnował, by niepełnoletni młodzi ludzie spali w osobnych pokojach. Wtedy Orbison nagrał pierwszy solowy hit „The Clown". Dzięki piosence dostał się do kręgu znajomych Elvisa Presleya, który w dowód koleżeńskiego zaufania, pożyczał mu na randki z Claudette swojego słynnego purpurowego cadillaca. Dzięki ukochanej uwiecznionej w piosence „Claudette", śpiewanej przez The Everly Brothers, Roy mógł szybko kupić własnego cadillaca.

Niestety, jeżdżąc nim, nie miał pieniędzy na utrzymanie, ponieważ nie dostarczał wytwórni nowych hitów. Samochód musiał zastawić i wykupił go dopiero dzięki pożyczce rodziny i przyjaciół. Skoncentrował się wtedy na pisaniu countrowych piosenek dla innych. Jako wokalista nie miał siły przebicia. Gdy Presley ryczał pełnym głosem na scenie, Orbison bywał nieśmiały, wstydliwy. Kiedy przyszło na świat jego pierwsze dziecko, mieszkał z Claudette w niewielkim pokoju. Chcąc komponować, szedł więc z gitarą do samochodu.

Właśnie tam zauważył go autor piosenek Joe Melson. Zastukał w szybę auta Roya i po krótkiej rozmowie postanowili działać razem. To był pierwszy krok, który sprawił, że Orbison stał się klasykiem „brzmienia Nashville". Producenci zadbali, by wokalista miał mikrofon blisko ust i towarzyszyły mu instrumenty smyczkowe.

Blondyn w okularach

Złośliwi komentowali, że miał wielkie szczęście i stał się bezkonkurencyjny, bo Presley poszedł do wojska. Eddie Cochran i Buddy Holly zginęli w wypadkach komunikacyjnych, Little Richard zajął się praktykami religijnymi, a Chuck Berry trafił do więzienia.

Na szczyt listy przebojów wyniosła Roya piosenka „Running Scared" nawiązująca do „Bolera" Ravela. Sesja przebiegała z oporami. Producent kazał Orbisonowi śpiewać głośniej, bo orkiestra grać ciszej nie mogła. Gdy Orbison zaśpiewał głośniej, musiał się wycofać do kąta, gdzie był izolowany specjalnymi zasłonkami. Nikt nie znał wtedy jeszcze falsetu Roya, ale gdy zaśpiewał tak po raz pierwszy, wszyscy byli zachwyceni. Tak zrodził się jego niepowtarzalny styl. A piosenka trafiła na szczyty list przebojów zarówno w Anglii, jak i Ameryce. Potem powstało „Crying" i „Candy".

Wielu z nas ma w pamięci go w okularach, z presleyowską fryzurą, ale na początku Orbison był nazywany „gwiazdą bez twarzy". Na okładkach singli nie reprodukowano jego portretów, które stały się odbiciem kompleksów. Okulary w czarnych oprawkach nie były ornamentem rockandrollowego wizerunku: to były okulary korekcyjne noszone od wczesnego dzieciństwa. Roy nie był pewny swojego wyglądu. Będąc jasnym blondynem, farbował włosy na czarno.

Przypadek sprawił, że zgubił okulary podczas podróży w samolocie i musiał koncertować w okularach słonecznych, co wśród ówczesnych gwiazd nie było wcześniej niespotykane. Pomogło nieśmiałemu artyście przełamywać tremę. Jednocześnie zrodziła się plotka, że wokalista, który nie tańczy tak jak Presley, tylko śpiewa nieruchomo, przykuty do mikrofonu, jest... niewidomy. To pasowało do głosu brzmiącego chwilami płaczliwie, a i do piosenek o facetach, którym nie zawsze się powodziło, a często mieli złamane serca. Czarny kostium tworzył aurę tajemniczości. Gdy Elvis wykrzykiwał to, co myśli, Roy był uosobieniem romantycznej zagadki, co pokochały kobiety.

– Nigdy nie chciałem się udziwniać – tłumaczył po latach. – Ale nie miałem menedżera, który by mi doradzał. Wizerunek nieśmiałego mężczyzny, będącego samotnikiem, wykreował się sam, choć przecież nie zawsze taki nie byłem.

Gdy w Ameryce stał się gwiazdą, poproszono go o zastępstwo koncertowe w Anglii. Kiedy wylądował na Wyspach, zobaczył, że na plakatach nie jest główną gwiazdą, a towarzyszyć będzie nieznany mu zespół. „Kim są The Beatles?" – zapytał. „To ja!" – odparł rezolutnie John Lennon. Chociaż Roy był wtedy bardziej doświadczonym artystą, zdecydował, że otworzy pierwszy wieczór, występując przed Beatlesami. Oni oglądali Amerykanina z kulis i byli coraz bardziej zaskoczeni. Liverpoolczycy słynęli z wielkiej energii. Tymczasem Orbison przyjął swoją pozycję „niewidomego", a mimo to bisował... aż 14 razy! Publiczność nie chciała go puścić, skandowała „Chcemy Roya!". Gdy znów zamierzał powrócić na scenę, Lennon i McCartney zablokowali mu drogę. – Pamiętam koncert w Glasgow – wspominał Ringo Starr. – Czekaliśmy w kulisach na swoją kolej, ale aplauz, jaki otrzymywał Roy, nie malał.

Muzycy musieli się porozumieć, ponieważ ten, kto występował pierwszy, nie dawał szansy drugiemu. Potem Roy koncertował z The Beach Boys, The Rolling Stones. Przed nastolatkami musiała chronić go policja. Miał też na koncie główną rolę w filmie „Fastest Guitar Alive". Zagrał szpiega, który ukradł złoto i ma za cel dostarczyć je do wojsk Konfederacji. W tym celu zmienił gitarę w karabin. „Mógłbym cię zabić i jednocześnie zagrać marsz żałobny na twoim pogrzebie" – mówił z ekranu.

Ostatni rozdział

Czuł pokrewieństwo z Lennonem, ale przyszłość miała go połączyć z Harrisonem. Odzyskał popularność, gdy o fascynacji jego twórczością zaczęli mówić Dylan, Harrison i Springsteen, który utworami Roya kończył koncerty. Wcześniej przebój „Love Hurts", który wylansował, powrócił w wersjach Emmylou Harris, Jima Capaldiego, ale przede wszystkim Nazareth. Do otwierania koncertów zaprosili go The Eagles. Chociaż muzyk odmówił zgody na wykorzystanie hitu „In Dreams" w filmie „Blue Velvet" Davida Lyncha, reżyser i tak użył piosenkę, kojarząc ją z obsesyjnie powracającym motywem zniewieściałego, ckliwego handlarza narkotyków.

– Oglądając film w kinie, byłem przerażony, czułem się upokorzony, ośmieszony – wspominał Roy. – Ale potem zobaczyłem wideoklip i zrozumiałem, że Lynch dodał piosence wizualnych wartości, która wzbogaciła również film.

Do największych sukcesów muzyka przed śmiercią doszło, gdy Jeff Lynne produkował album Harrisona, a jednocześnie pracował nad płytą Orbisona. Zaczęło się od zaproszenia Roya do udziału w piosence George'a. Mieli nagrywać w domowym studio Dylana, któremu towarzyszył na tournée Tom Petty. I tak w zaskakujący sposób zamiast duetu w studiu pojawił się gwiazdorski kwintet Traveling Wilburys, który nagrał przebój „Handle With Care". – Roy od początku budził podziw – mówił Jeff Lynne. – Przy obiedzie żartowaliśmy i opowiadaliśmy sobie anegdoty. Jednak kiedy stawał przed mikrofonem, panowała odświętna atmosfera, a wszystkich słyszących jego śpiew przechodziły dreszcze.

Album kwintetu cieszył się ogromną popularnością, a Orbisona znowu zasypywano propozycjami koncertów i współpracy. Nie odmawiał, jakby czuł, że podobna sytuacja już się nie powtórzy. – Znowu stałem się mrocznym przedmiotem pożądania. Nie mogłem w to uwierzyć – wyznał. Nagrał solowy album „Mystery Girl" i promował się w mediach, chociaż wywiady go tremowały. Największym przebojem z „Mystery Girl" okazał się „You Got It". Ale to stało się już po śmierci artysty. A przecież wiedział, że jest w złej kondycji.

Już pod koniec lat 70. zaczął mieć problemy z sercem. Założono mu wtedy potrójne bajpasy. Niestety, pozostał aktywnym palaczem. Tuż przed śmiercią zwierzał się Johnny'emu Cashowi, że czuje palpitacje. Nic z tym nie robił, tylko ciężko pracował. Do Holandii poleciał nagrać wideoklip „You Got It", a do Londynu, żeby wziąć udział w teledyskach Traveling Wilburys. Ataku serca dostał nagle. Nie posłuchał rady, by żyć ostrożnie, którą dawał w „Handle With Care".

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL