Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Merkel i Gauck zawiedli enerdowców

Niemiecki ochotnik przygotowuje zabawki na przyjazd uchodŸców. Monachium, lato 2015 r.
AFP/Christof Stache
Angela Merkel, pierwsza kanclerz zjednoczonych Niemiec pochodzšca z byłego NRD, miała zrekompensować mieszkańcom wschodnich landów upokorzenia lat 90., miała być „ich człowiekiem". Zamiast tego uruchomiła proces nazywany przez Pegidę islamizacjš Europy.

Szczoteczka do zębów stała się dziœ w DreŸnie symbolem walki o wolnoœć i demokrację. Szczoteczka, niemieckie flagi i okrzyki „Merkel musi odejœć" na drezdeńskim Nowym Rynku. Ta wolnoœć i demokracja rozumiana jest w szczególny sposób przez zwolenników antymuzułmańskiego, antyrzšdowego ruchu Pegida, którzy w każdy poniedziałek protestujš na ulicach stolicy Saksonii przeciwko kanclerz i jej polityce otwartych drzwi.

Pani kanclerz jest zdrajcš i uzurpatorem

Szczoteczkę do zębów i blaszany kubeczek przewišzała sznurowadłem i zawiesiła sobie na szyi jedna z uczestniczek manifestacji. W ten sposób chciała pokazać, że gotowa jest nawet pójœć do więzienia za głoszenie swoich poglšdów. – Tak samo było w 1989 roku, w czasie rewolucji, kiedy NRD chyliło się ku upadkowi, a my walczyliœmy o demokrację. Wtedy za mówienie tego, w co wierzę, wsadzili mnie do więzienia – mówi mi uœmiechnięta blondynka około pięćdziesištki. Stoi ze swojš szczoteczkš zawieszonš na szyi i dużym kartonowym transparentem w grupie koleżanek pod scenš, na której lada moment wystšpiš liderzy Pegidy. – Jeœli pokażesz szczoteczkę do zębów, to mówisz władzy, że się nie boisz. My się już nie boimy. W końcu jesteœmy ze wschodnich Niemiec.

Tym razem „oni" to nie komuniœci, tylko demokratycznie wybrany rzšd kanclerz Angeli Merkel. Z głoœników rozbrzmiewa przejmujšca, podniosła muzyka, do której gęstniejšcy tłum skanduje antyrzšdowe hasła: „Merkel muss weg, Merkel muss weg, Merkel muss...". Głoœne okrzyki przerywajš nam na chwilę rozmowę. – Słyszysz? „Merkel musi odejœć". Ona musi odejœć. Merkel nie jest już naszym kanclerzem, bo my przestaliœmy jej ufać.

Drezno pod sztandarami Pegidy wypowiada posłuszeństwo Angeli Merkel. Według sympatyków tej organizacji pani kanclerz utraciła demokratyczny mandat do sprawowania w Niemczech władzy. Dla nich Merkel jest uzurpatorem. Jest też zdrajcš. I to podwójnym. Kobieta urodzona i wychowana we wschodnich Niemczech na stanowisku kanclerza Niemiec dla mieszkańców Saksonii to było coœ!

Angela miała być pierwszym kanclerzem, który weŸmie pod uwagę aspiracje wschodnich Niemców. – Na manifestacje Pegidy ludzie przynoszš transparenty z takimi napisami: „Kto jest największym rozczarowaniem? Angela Merkel? Nie. Joachim Gauck!". To byli ich ludzie, a nie ci obcy z Zachodu. Wydawało się im, że Angela Merkel ich rozumie. A sprawiła im wielki zawód – tłumaczy mi profesor Hans Vorländer z uniwersytetu drezdeńskiego, autor pierwszej pracy naukowej o Pegidzie.

Ten sposób myœlenia mieszkańców Drezna, zdaniem profesora Vorländera, należy rozumieć w kontekœcie historii powojennej. Mieszkańcy Drezna, miasta leżšcego na południowo-wschodnim skraju NRD, mieli poczucie, że sš odseparowani od zewnętrznego œwiata. W ten sposób powstała bardzo hermetyczna i skupiona na sobie społecznoœć.

Potem upadł mur berliński. To, co większoœć Niemców okreœla dziœ „zjednoczeniem", w odczuciu wielu Saksończyków było „inwazjš". Inwazjš miał być napływ urzędników z byłego RFN w latach 90. – To wywróciło do góry nogami strukturę, na której opierała się elita byłego NRD. Tu wielu ludzi do dziœ nie może przeboleć tego, że Niemcy z Zachodu mówiš im, co majš robić – tłumaczy profesor.

Wojenna trauma Drezna

Teraz, w przekonaniu tych, którzy popierajš Pegidę, rozpoczęła się „druga inwazja": ideologia multi-kulti, która maszeruje na Drezno, i polityka otwartych drzwi dla muzułmańskich uciekinierów z Bliskiego Wschodu. Na czele tego znienawidzonego pochodu idzie Angela Merkel, pierwsza kanclerz z byłego NRD, która miała zrekompensować im straty po upokorzeniu lat 90., miała być „ich człowiekiem". Zamiast tego uruchomiła proces nazywany przez Pegidę islamizacjš Europy.

W zeszłym roku w całych Niemczech doszło do 1500 ataków na oœrodki dla uchodŸców, czyli œrednio zdarzały się trzy razy dziennie. Jedna czwarta miała miejsce w Saksonii. Dlaczego ten właœnie land odpowiada za 25 procent niemieckiej agresji i niechęci wobec uciekinierów z Bliskiego Wschodu? Izolacja za czasów NRD i rozczarowanie procesem zjednoczenia po upadku muru berlińskiego nie w pełni tłumaczš tę lokalnš nienawiœć do „obcych". Korzenie tego zjawiska mogš leżeć jeszcze głębiej w historii Drezna, a dokładnie w lutym 1945 roku i bombardowaniu miasta przez siły alianckie.

Wojenny dramat ukształtował w mieszkańcach stolicy Saksonii odrębnš œwiadomoœć historycznš, poczucie wyjštkowoœci. Sprawił, że wielu ludzi stšd postrzega samych siebie i otaczajšcy ich œwiat odwołujšc się do dawnej krzywdy. Tu, w DreŸnie, istnieje legenda o mieœcie jako upadłym bohaterze – mówi profesor Volander. – I o poœwięceniu. To przywišzanie do historii uczyniło z mieszkańców Drezna ludzi bardzo zamkniętych i konserwatywnych, patrzšcych raczej wstecz niż do przodu. Ludzi, którzy bojš się nowoœci, bojš się wszystkiego co nieznane i może nadejœć z zewnštrz. Bojš się obcych. Mieszkańcy Drezna to ludzie, którzy tak bardzo kochajš swoje miasto, że chcieliby dla niego cofnšć historię. Wrócić do czasów sprzed lutego 1945 roku, czyli sprzed bombardowania.

Mit miasta-ofiary, który narodził się w upadajšcej Trzeciej Rzeszy, pozwolił odradzajšcym się po wojnie grupom neonazistowskim czuć się tu, w Saksonii, swobodniej niż w innych częœciach Niemiec. Każda kolejna rocznica bombardowania Drezna była dla członków i sympatyków organizacji skrajnie nacjonalistycznych, tęsknišcych za czasami wielkoœci i chwały „wielkich nazistowskich Niemiec", okazjš do tego, by stanšć ramię w ramię ze zwyczajnymi mieszkańcami Drezna, wspólnie z nimi przeżywać ten sam smutek, pochylać się nad tš samš tragediš, uczcić pamięć tych samych ofiar.

Te uroczystoœci dawały grupom neonazistowskim mandat do uczestniczenia w przestrzeni publicznej. W latach 2005–2009 przez stolicę Saksonii przeszły największe w Europie neonazistowskie demonstracje. Marsze organizowane były zawsze w lutym, z okazji obchodów kolejnych rocznic bombardowania miasta. Nikt ich nie krępował, bo w DreŸnie nie było ani jednego antynazistowskiego ruchu obywatelskiego, który wyszedłby naprzeciw narodowcom.

Dopiero w 2010 roku powstało ugrupowanie Dresden Nazifrei (Drezno Wolne od Nazizmu), którego celem było blokowanie pochodów nazistów. Jednym z założycieli jest Albrecht von der Lieth, którego spotykam na drezdeńskiej Starówce kilka godzin przed rozpoczęciem tradycyjnego już poniedziałkowego wiecu Pegidy. Albrecht nie ma wštpliwoœci, że saksoński neonazizm wyrósł na historycznej traumie Drezna. – Od siedmiu dekad mieszkańcy tego miasta myœlš o sobie jako o ofiarach wojny. W tym nieustannym lamencie nad zniszczeniem Drezna nie ma w ogóle refleksji nad rolš Niemiec w drugiej wojnie œwiatowej. Różnica między ofiarš a katem jest rozmyta.

Wy, Polacy, macie porzšdny rzšd...

Albrecht von der Lieth uważa, że ów mit, wymyœlony przez nazistów, podtrzymywany potem za czasów NRD przez komunistów, był następnie pielęgnowany przez chadeków z CDU. Właœnie polityków z centroprawicowej Unii Chrzeœcijańsko-Demokratycznej obwinia o relatywizowanie niebezpieczeństwa zwišzanego z odradzajšcym się w Saksonii ruchem neonazistowskim.

Najbardziej jaskrawym przejawem tej pobłażliwoœci była wypowiedŸ byłego premiera Saksonii Kurta Biedenkopfa, który w pierwszej dekadzie XXI wieku powiedział, że mieszkańcy tego landu sš „uodpornieni na prawicowy ekstremizm". Von der Lieth nie ma wštpliwoœci, że porywajšca dziœ kilkutysięczne tłumy Pegida jest mutacjš œrodowisk neonazistowskich.

Pytam o nazistowskie korzenie Pegidy kilku mężczyzn, którzy przyszli na drezdeński Nowy Rynek, by zamanifestować swoje poparcie dla ruchu. Jeden z nich odpowiada ze œmiechem: – Dam pani 10 euro, jeœli znajdzie tu pani choćby jednego neonazistę. Albo skina. Proszę, niech pani szuka.

Gdybym przyjęła ten zakład, tobym go pewnie wygrała. Niewštpliwie jednak opowieœci o tym, że wiece Pegidy skupiajš wyłšcznie wytatuowanych, agresywnych i dobrze umięœnionych wyznawców Trzeciej Rzeszy, sš mocno przesadzone. – Kolega jest architektem, to jest inżynier, a ja prowadzę firmę informatycznš. O, tu jest okno mojego biura – mówi mężczyzna, wskazujšc pięknš kamienicę z oknami na Nowy Rynek, pełen uroczych i drogich kawiarni, wytwornych restauracji i luksusowych sklepów. – Przychodzę tu w każdy poniedziałek. Mam blisko, wychodzę z pracy i jestem – œmieje się.

Równie pogodnym głosem mówi mi, że muzułmanie niszczš niemieckie społeczeństwo, bo to sš ludzie, którzy żyjš w œredniowieczu, a nie XXI wieku. Dodaje, że wszyscy powinni wrócić tam, skšd przyjechali, a Niemcy czym prędzej powinny zamknšć granice. Na rzšd i Angelę Merkel jest wœciekły. Jedynš nadziejš na niemieckiej scenie politycznej jest dla niego Alternatywa dla Niemiec. – Wy, Polacy, macie porzšdny rzšd, tak samo jak Węgrzy i Słowacy – mówi. – A my...? To wszystko chyba dlatego, że przegraliœmy wojnę, nasz rzšd boi się przyznać, że możemy mieć rację.

Z głoœników rozstawionych wokół placu wybrzmiewa głos kobiety, którš zgromadzony tu tłum chciałby widzieć na fotelu kanclerskim. – Chcemy, żeby Europa była dumnš damš. Ale zwolennicy multi-kulti inaczej na to patrzš. Nie zgadzamy się, żeby multi-kulti zniszczyło nasz wspólny europejski dorobek – mówi szefowa Pegidy Tatjana Festerling i po tych słowach plac wypełnia się gromkimi brawami, którym wtórujš okrzyki „Merkel muss weg, Merkel muss weg...".

Zdaniem Albrechta von der Lietha największym sukcesem Pegidy nie jest 6 czy 7 tysięcy ludzi, którzy tydzień w tydzień wychodzš na ulice Drezna. Tych kilka tysięcy to według niego nadal jedynie rozwrzeszczana mniejszoœć liczšcego ponad pół miliona mieszkańców miasta. Problem w tym, że ta rozwrzeszczana mniejszoœć mówi to, czego umiarkowana większoœć już tak jednoznacznie nie potępia, jak było to jeszcze przed kilkoma miesišcami. – Problemem nie jest Pegida. Problemem jest to, że ich język i ich nienawiœć przenikajš do niemieckich mediów społecznoœciowych, a także na niemieckš scenę politycznš – mówi dziennikarz gazety „Die Welt" Claus Christian Malzhan, którego spotykam w Be.

Muhammed dostał azyl

Frauke Petry, liderka Alternatywy dla Niemiec, formacji, która z partii wydmuszki wyrosła na cieszšcego się 10-procentowym poparciem politycznego gracza, mówiła niedawno, że w razie potrzeby Straż Graniczna powinna do imigrantów strzelać. Zaraz po tej wypowiedzi instytut YouGov przeprowadził sondaż, z którego wynika, że jedna trzecia Niemców zgadza się z tš opiniš i uważa, że policja powinna mieć prawo strzelania do uchodŸców, którzy nielegalnie próbujš przedostać się do ich kraju. Także wiele stwierdzeń premiera Bawarii Horsta Seehofera mogłoby paœć na wiecu Pegidy.

Co zatem wydarzyło się w Niemczech w cišgu ostatnich kilku miesięcy? Przecież zaledwie we wrzeœniu mieszkańcy Monachium witali uchodŸców na dworcu, wręczajšc im misie. – To jest koniec hasła „Refugees welcome" – mówi mi Muhammed al-Zeen, 26-letni student literatury angielskiej z Damaszku i były aktywista, który walczył przeciwko reżimowi prezydenta Baszara al-Asada. Spotykamy się na berlińskim Aleksanderplatz. Pijemy kawę i przez ogromne okna kawiarni patrzymy na jeden z symboli stolicy Niemiec: przypominajšcš wielkš igłę wieżę telewizyjnš.

To moje drugie spotkanie z Muhammedem. Poznaliœmy się na poczštku paŸdziernika, kiedy w Niemczech trwała mobilizacja w sprawie pomocy dla uchodŸców, a debata publiczna z trudem przepuszczała jakikolwiek głos zwštpienia w słusznoœć polityki kanclerz Merkel. Pegida istniała, ale gdzieœ daleko, na wschodnich peryferiach, głoszone przez niš hasła brzmiały równie radykalnie co egzotycznie.

Krótko po naszym ostatnim spotkaniu Muhammed dostał azyl. Szybko – po dziesięciu miesišcach starań. To – jak mówi – bardzo dobra wiadomoœć. Jest jednak i zła. Po tym, co się wydarzyło w sylwestrowš noc w Kolonii, ludzie zaczęli na niego inaczej patrzeć. – Trudno to nazwać. Być może to wszystko jest w mojej głowie? Ale teraz mam wrażenie, że muszę się pilnować na każdym kroku. Na każdym kroku muszę ze zdwojonš siłš udowadniać, że nie jestem zły. Kiedy widzę kobiety, to przechodzę na drugš stronę ulicy, bo boję się, żeby przypadkiem nie doszło do jakiejœ dziwnej sytuacji. Nie chcę mieć kłopotów. Nie po tym wszystkim, przez co przeszedłem. Nie chcę, żeby ktoœ się mnie bał. Ale teraz to ja cały czas się boję.

Zdaniem Clausa Christiana Malzhana z „Die Welt" błšd został popełniony na samym poczštku. Była nim Ÿle pojęta poprawnoœć polityczna. Przecież ogłoszenie przez kanclerz Angelę Merkel polityki otwartych drzwi było reakcjš na neonazistowskie zamieszki na wschodzie Niemiec, w okolicach Drezna. Ta deklaracja miała uciszyć raz na zawsze ksenofobiczne okrzyki w Saksonii. Stało się na odwrót. Te okrzyki przedostały się do głównej debaty.

Oczywiœcie, że to się powtórzy

Demonstrujšcych pod sztandarami Pegidy w DreŸnie słowa Angeli Merkel uzbroiły w przekonanie, że walczš o wolnoœć słowa i demokrację. Stšd trudne do zrozumienia porównania do 1989 roku i szczoteczka do zębów będšca symbolem gotowoœci do największej ofiary w walce o te wartoœci. Ksenofobiczny język nie uzdrawia debaty publicznej w Niemczech, tylko jš brutalizuje, jest jednak reakcjš na próbę zaklinania rzeczywistoœci.

– Proszę mnie dobrze zrozumieć. To, że ktoœ jest uchodŸcš, nie oznacza wcale, że jest lepszym człowiekiem – mówi Claus Christian Malzhan. – Jako dziennikarz byłem wielokrotnie na wojnie i widziałem, jak łatwo ofiara przekształca się w oprawcę. Wielu uchodŸców ma poważne problemy, za wieloma cišgnie się straszna przeszłoœć. I my musimy umieć to dostrzec. Pamiętam, co się działo w Monachium kilka miesięcy temu, kiedy mieszkańcy tego miasta wręczali uchodŸcom pluszowe misie. Misie?! To jest jakaœ bajeczka. To jest nadawanie tym ludziom statusu ofiary i okropny protekcjonalizm. Moja przyjaciółka, dziennikarka tureckiego pochodzenia, jechała w tym czasie pocišgiem do Monachium i też dostała misia. Na co mówi: „Hej, ja tu mieszkam. Ja tu się urodziłam. Jestem dziennikarkš". A ci ludzie do niej z niedowierzaniem: „Jest pani pewna?". Przecież takie zachowanie to absurd. A problemy były widoczne już w sierpniu. Dochodziło do starć w obozach, ludzie się zabijali. Jednak polityczna poprawnoœć nie pozwoliła o tym mówić. Teraz po tym, co się stało w Kolonii, wszyscy zaklinajš rzeczywistoœć, powtarzajšc, że to się już nie zdarzy. Oczywiœcie, że to się powtórzy. I trzeba to sobie jasno powiedzieć.

Kiedy pytam Muhammeda al-Zeena, za czym tęskni, odpowiada mi, że za wolnoœciš. Takš, jakš miał w Syrii przed wojnš. Za tym poczuciem, że kiedy zaczyna się dzień, nie wiadomo, jak się skończy. Za tym, że bez zapowiedzi wpada do domu swoich przyjaciół, wsiadajš w samochód i wyjeżdżajš za Damaszek, gdzie sš piękne góry. A potem oni zostajš u niego na noc albo on u nich. A o œwicie, kiedy Damaszek jest najpiękniejszy, wraca do domu. – Tęsknię za pewnym miejscem, do którego zawsze przychodziłem, kiedy było mi Ÿle, kiedy miałem już wszystkiego doœć. Takie miejsce ma się tylko w domu. Tu, w Niemczech, bardzo ciężko będzie mi je znaleŸć.

Autorka jest dziennikarkš Polskiego Radia

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL