Plus Minus

Merkel i Gauck zawiedli enerdowców

Niemiecki ochotnik przygotowuje zabawki na przyjazd uchodźców. Monachium, lato 2015 r.
AFP/Christof Stache
Angela Merkel, pierwsza kanclerz zjednoczonych Niemiec pochodząca z byłego NRD, miała zrekompensować mieszkańcom wschodnich landów upokorzenia lat 90., miała być „ich człowiekiem". Zamiast tego uruchomiła proces nazywany przez Pegidę islamizacją Europy.

Szczoteczka do zębów stała się dziś w Dreźnie symbolem walki o wolność i demokrację. Szczoteczka, niemieckie flagi i okrzyki „Merkel musi odejść" na drezdeńskim Nowym Rynku. Ta wolność i demokracja rozumiana jest w szczególny sposób przez zwolenników antymuzułmańskiego, antyrządowego ruchu Pegida, którzy w każdy poniedziałek protestują na ulicach stolicy Saksonii przeciwko kanclerz i jej polityce otwartych drzwi.

Pani kanclerz jest zdrajcą i uzurpatorem

Szczoteczkę do zębów i blaszany kubeczek przewiązała sznurowadłem i zawiesiła sobie na szyi jedna z uczestniczek manifestacji. W ten sposób chciała pokazać, że gotowa jest nawet pójść do więzienia za głoszenie swoich poglądów. – Tak samo było w 1989 roku, w czasie rewolucji, kiedy NRD chyliło się ku upadkowi, a my walczyliśmy o demokrację. Wtedy za mówienie tego, w co wierzę, wsadzili mnie do więzienia – mówi mi uśmiechnięta blondynka około pięćdziesiątki. Stoi ze swoją szczoteczką zawieszoną na szyi i dużym kartonowym transparentem w grupie koleżanek pod sceną, na której lada moment wystąpią liderzy Pegidy. – Jeśli pokażesz szczoteczkę do zębów, to mówisz władzy, że się nie boisz. My się już nie boimy. W końcu jesteśmy ze wschodnich Niemiec.

Tym razem „oni" to nie komuniści, tylko demokratycznie wybrany rząd kanclerz Angeli Merkel. Z głośników rozbrzmiewa przejmująca, podniosła muzyka, do której gęstniejący tłum skanduje antyrządowe hasła: „Merkel muss weg, Merkel muss weg, Merkel muss...". Głośne okrzyki przerywają nam na chwilę rozmowę. – Słyszysz? „Merkel musi odejść". Ona musi odejść. Merkel nie jest już naszym kanclerzem, bo my przestaliśmy jej ufać.

Drezno pod sztandarami Pegidy wypowiada posłuszeństwo Angeli Merkel. Według sympatyków tej organizacji pani kanclerz utraciła demokratyczny mandat do sprawowania w Niemczech władzy. Dla nich Merkel jest uzurpatorem. Jest też zdrajcą. I to podwójnym. Kobieta urodzona i wychowana we wschodnich Niemczech na stanowisku kanclerza Niemiec dla mieszkańców Saksonii to było coś!

Angela miała być pierwszym kanclerzem, który weźmie pod uwagę aspiracje wschodnich Niemców. – Na manifestacje Pegidy ludzie przynoszą transparenty z takimi napisami: „Kto jest największym rozczarowaniem? Angela Merkel? Nie. Joachim Gauck!". To byli ich ludzie, a nie ci obcy z Zachodu. Wydawało się im, że Angela Merkel ich rozumie. A sprawiła im wielki zawód – tłumaczy mi profesor Hans Vorländer z uniwersytetu drezdeńskiego, autor pierwszej pracy naukowej o Pegidzie.

Ten sposób myślenia mieszkańców Drezna, zdaniem profesora Vorländera, należy rozumieć w kontekście historii powojennej. Mieszkańcy Drezna, miasta leżącego na południowo-wschodnim skraju NRD, mieli poczucie, że są odseparowani od zewnętrznego świata. W ten sposób powstała bardzo hermetyczna i skupiona na sobie społeczność.

Potem upadł mur berliński. To, co większość Niemców określa dziś „zjednoczeniem", w odczuciu wielu Saksończyków było „inwazją". Inwazją miał być napływ urzędników z byłego RFN w latach 90. – To wywróciło do góry nogami strukturę, na której opierała się elita byłego NRD. Tu wielu ludzi do dziś nie może przeboleć tego, że Niemcy z Zachodu mówią im, co mają robić – tłumaczy profesor.

Wojenna trauma Drezna

Teraz, w przekonaniu tych, którzy popierają Pegidę, rozpoczęła się „druga inwazja": ideologia multi-kulti, która maszeruje na Drezno, i polityka otwartych drzwi dla muzułmańskich uciekinierów z Bliskiego Wschodu. Na czele tego znienawidzonego pochodu idzie Angela Merkel, pierwsza kanclerz z byłego NRD, która miała zrekompensować im straty po upokorzeniu lat 90., miała być „ich człowiekiem". Zamiast tego uruchomiła proces nazywany przez Pegidę islamizacją Europy.

W zeszłym roku w całych Niemczech doszło do 1500 ataków na ośrodki dla uchodźców, czyli średnio zdarzały się trzy razy dziennie. Jedna czwarta miała miejsce w Saksonii. Dlaczego ten właśnie land odpowiada za 25 procent niemieckiej agresji i niechęci wobec uciekinierów z Bliskiego Wschodu? Izolacja za czasów NRD i rozczarowanie procesem zjednoczenia po upadku muru berlińskiego nie w pełni tłumaczą tę lokalną nienawiść do „obcych". Korzenie tego zjawiska mogą leżeć jeszcze głębiej w historii Drezna, a dokładnie w lutym 1945 roku i bombardowaniu miasta przez siły alianckie.

Wojenny dramat ukształtował w mieszkańcach stolicy Saksonii odrębną świadomość historyczną, poczucie wyjątkowości. Sprawił, że wielu ludzi stąd postrzega samych siebie i otaczający ich świat odwołując się do dawnej krzywdy. Tu, w Dreźnie, istnieje legenda o mieście jako upadłym bohaterze – mówi profesor Volander. – I o poświęceniu. To przywiązanie do historii uczyniło z mieszkańców Drezna ludzi bardzo zamkniętych i konserwatywnych, patrzących raczej wstecz niż do przodu. Ludzi, którzy boją się nowości, boją się wszystkiego co nieznane i może nadejść z zewnątrz. Boją się obcych. Mieszkańcy Drezna to ludzie, którzy tak bardzo kochają swoje miasto, że chcieliby dla niego cofnąć historię. Wrócić do czasów sprzed lutego 1945 roku, czyli sprzed bombardowania.

Mit miasta-ofiary, który narodził się w upadającej Trzeciej Rzeszy, pozwolił odradzającym się po wojnie grupom neonazistowskim czuć się tu, w Saksonii, swobodniej niż w innych częściach Niemiec. Każda kolejna rocznica bombardowania Drezna była dla członków i sympatyków organizacji skrajnie nacjonalistycznych, tęskniących za czasami wielkości i chwały „wielkich nazistowskich Niemiec", okazją do tego, by stanąć ramię w ramię ze zwyczajnymi mieszkańcami Drezna, wspólnie z nimi przeżywać ten sam smutek, pochylać się nad tą samą tragedią, uczcić pamięć tych samych ofiar.

Te uroczystości dawały grupom neonazistowskim mandat do uczestniczenia w przestrzeni publicznej. W latach 2005–2009 przez stolicę Saksonii przeszły największe w Europie neonazistowskie demonstracje. Marsze organizowane były zawsze w lutym, z okazji obchodów kolejnych rocznic bombardowania miasta. Nikt ich nie krępował, bo w Dreźnie nie było ani jednego antynazistowskiego ruchu obywatelskiego, który wyszedłby naprzeciw narodowcom.

Dopiero w 2010 roku powstało ugrupowanie Dresden Nazifrei (Drezno Wolne od Nazizmu), którego celem było blokowanie pochodów nazistów. Jednym z założycieli jest Albrecht von der Lieth, którego spotykam na drezdeńskiej Starówce kilka godzin przed rozpoczęciem tradycyjnego już poniedziałkowego wiecu Pegidy. Albrecht nie ma wątpliwości, że saksoński neonazizm wyrósł na historycznej traumie Drezna. – Od siedmiu dekad mieszkańcy tego miasta myślą o sobie jako o ofiarach wojny. W tym nieustannym lamencie nad zniszczeniem Drezna nie ma w ogóle refleksji nad rolą Niemiec w drugiej wojnie światowej. Różnica między ofiarą a katem jest rozmyta.

Wy, Polacy, macie porządny rząd...

Albrecht von der Lieth uważa, że ów mit, wymyślony przez nazistów, podtrzymywany potem za czasów NRD przez komunistów, był następnie pielęgnowany przez chadeków z CDU. Właśnie polityków z centroprawicowej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej obwinia o relatywizowanie niebezpieczeństwa związanego z odradzającym się w Saksonii ruchem neonazistowskim.

Najbardziej jaskrawym przejawem tej pobłażliwości była wypowiedź byłego premiera Saksonii Kurta Biedenkopfa, który w pierwszej dekadzie XXI wieku powiedział, że mieszkańcy tego landu są „uodpornieni na prawicowy ekstremizm". Von der Lieth nie ma wątpliwości, że porywająca dziś kilkutysięczne tłumy Pegida jest mutacją środowisk neonazistowskich.

Pytam o nazistowskie korzenie Pegidy kilku mężczyzn, którzy przyszli na drezdeński Nowy Rynek, by zamanifestować swoje poparcie dla ruchu. Jeden z nich odpowiada ze śmiechem: – Dam pani 10 euro, jeśli znajdzie tu pani choćby jednego neonazistę. Albo skina. Proszę, niech pani szuka.

Gdybym przyjęła ten zakład, tobym go pewnie wygrała. Niewątpliwie jednak opowieści o tym, że wiece Pegidy skupiają wyłącznie wytatuowanych, agresywnych i dobrze umięśnionych wyznawców Trzeciej Rzeszy, są mocno przesadzone. – Kolega jest architektem, to jest inżynier, a ja prowadzę firmę informatyczną. O, tu jest okno mojego biura – mówi mężczyzna, wskazując piękną kamienicę z oknami na Nowy Rynek, pełen uroczych i drogich kawiarni, wytwornych restauracji i luksusowych sklepów. – Przychodzę tu w każdy poniedziałek. Mam blisko, wychodzę z pracy i jestem – śmieje się.

Równie pogodnym głosem mówi mi, że muzułmanie niszczą niemieckie społeczeństwo, bo to są ludzie, którzy żyją w średniowieczu, a nie XXI wieku. Dodaje, że wszyscy powinni wrócić tam, skąd przyjechali, a Niemcy czym prędzej powinny zamknąć granice. Na rząd i Angelę Merkel jest wściekły. Jedyną nadzieją na niemieckiej scenie politycznej jest dla niego Alternatywa dla Niemiec. – Wy, Polacy, macie porządny rząd, tak samo jak Węgrzy i Słowacy – mówi. – A my...? To wszystko chyba dlatego, że przegraliśmy wojnę, nasz rząd boi się przyznać, że możemy mieć rację.

Z głośników rozstawionych wokół placu wybrzmiewa głos kobiety, którą zgromadzony tu tłum chciałby widzieć na fotelu kanclerskim. – Chcemy, żeby Europa była dumną damą. Ale zwolennicy multi-kulti inaczej na to patrzą. Nie zgadzamy się, żeby multi-kulti zniszczyło nasz wspólny europejski dorobek – mówi szefowa Pegidy Tatjana Festerling i po tych słowach plac wypełnia się gromkimi brawami, którym wtórują okrzyki „Merkel muss weg, Merkel muss weg...".

Zdaniem Albrechta von der Lietha największym sukcesem Pegidy nie jest 6 czy 7 tysięcy ludzi, którzy tydzień w tydzień wychodzą na ulice Drezna. Tych kilka tysięcy to według niego nadal jedynie rozwrzeszczana mniejszość liczącego ponad pół miliona mieszkańców miasta. Problem w tym, że ta rozwrzeszczana mniejszość mówi to, czego umiarkowana większość już tak jednoznacznie nie potępia, jak było to jeszcze przed kilkoma miesiącami. – Problemem nie jest Pegida. Problemem jest to, że ich język i ich nienawiść przenikają do niemieckich mediów społecznościowych, a także na niemiecką scenę polityczną – mówi dziennikarz gazety „Die Welt" Claus Christian Malzhan, którego spotykam w Be.

Muhammed dostał azyl

Frauke Petry, liderka Alternatywy dla Niemiec, formacji, która z partii wydmuszki wyrosła na cieszącego się 10-procentowym poparciem politycznego gracza, mówiła niedawno, że w razie potrzeby Straż Graniczna powinna do imigrantów strzelać. Zaraz po tej wypowiedzi instytut YouGov przeprowadził sondaż, z którego wynika, że jedna trzecia Niemców zgadza się z tą opinią i uważa, że policja powinna mieć prawo strzelania do uchodźców, którzy nielegalnie próbują przedostać się do ich kraju. Także wiele stwierdzeń premiera Bawarii Horsta Seehofera mogłoby paść na wiecu Pegidy.

Co zatem wydarzyło się w Niemczech w ciągu ostatnich kilku miesięcy? Przecież zaledwie we wrześniu mieszkańcy Monachium witali uchodźców na dworcu, wręczając im misie. – To jest koniec hasła „Refugees welcome" – mówi mi Muhammed al-Zeen, 26-letni student literatury angielskiej z Damaszku i były aktywista, który walczył przeciwko reżimowi prezydenta Baszara al-Asada. Spotykamy się na berlińskim Aleksanderplatz. Pijemy kawę i przez ogromne okna kawiarni patrzymy na jeden z symboli stolicy Niemiec: przypominającą wielką igłę wieżę telewizyjną.

To moje drugie spotkanie z Muhammedem. Poznaliśmy się na początku października, kiedy w Niemczech trwała mobilizacja w sprawie pomocy dla uchodźców, a debata publiczna z trudem przepuszczała jakikolwiek głos zwątpienia w słuszność polityki kanclerz Merkel. Pegida istniała, ale gdzieś daleko, na wschodnich peryferiach, głoszone przez nią hasła brzmiały równie radykalnie co egzotycznie.

Krótko po naszym ostatnim spotkaniu Muhammed dostał azyl. Szybko – po dziesięciu miesiącach starań. To – jak mówi – bardzo dobra wiadomość. Jest jednak i zła. Po tym, co się wydarzyło w sylwestrową noc w Kolonii, ludzie zaczęli na niego inaczej patrzeć. – Trudno to nazwać. Być może to wszystko jest w mojej głowie? Ale teraz mam wrażenie, że muszę się pilnować na każdym kroku. Na każdym kroku muszę ze zdwojoną siłą udowadniać, że nie jestem zły. Kiedy widzę kobiety, to przechodzę na drugą stronę ulicy, bo boję się, żeby przypadkiem nie doszło do jakiejś dziwnej sytuacji. Nie chcę mieć kłopotów. Nie po tym wszystkim, przez co przeszedłem. Nie chcę, żeby ktoś się mnie bał. Ale teraz to ja cały czas się boję.

Zdaniem Clausa Christiana Malzhana z „Die Welt" błąd został popełniony na samym początku. Była nim źle pojęta poprawność polityczna. Przecież ogłoszenie przez kanclerz Angelę Merkel polityki otwartych drzwi było reakcją na neonazistowskie zamieszki na wschodzie Niemiec, w okolicach Drezna. Ta deklaracja miała uciszyć raz na zawsze ksenofobiczne okrzyki w Saksonii. Stało się na odwrót. Te okrzyki przedostały się do głównej debaty.

Oczywiście, że to się powtórzy

Demonstrujących pod sztandarami Pegidy w Dreźnie słowa Angeli Merkel uzbroiły w przekonanie, że walczą o wolność słowa i demokrację. Stąd trudne do zrozumienia porównania do 1989 roku i szczoteczka do zębów będąca symbolem gotowości do największej ofiary w walce o te wartości. Ksenofobiczny język nie uzdrawia debaty publicznej w Niemczech, tylko ją brutalizuje, jest jednak reakcją na próbę zaklinania rzeczywistości.

– Proszę mnie dobrze zrozumieć. To, że ktoś jest uchodźcą, nie oznacza wcale, że jest lepszym człowiekiem – mówi Claus Christian Malzhan. – Jako dziennikarz byłem wielokrotnie na wojnie i widziałem, jak łatwo ofiara przekształca się w oprawcę. Wielu uchodźców ma poważne problemy, za wieloma ciągnie się straszna przeszłość. I my musimy umieć to dostrzec. Pamiętam, co się działo w Monachium kilka miesięcy temu, kiedy mieszkańcy tego miasta wręczali uchodźcom pluszowe misie. Misie?! To jest jakaś bajeczka. To jest nadawanie tym ludziom statusu ofiary i okropny protekcjonalizm. Moja przyjaciółka, dziennikarka tureckiego pochodzenia, jechała w tym czasie pociągiem do Monachium i też dostała misia. Na co mówi: „Hej, ja tu mieszkam. Ja tu się urodziłam. Jestem dziennikarką". A ci ludzie do niej z niedowierzaniem: „Jest pani pewna?". Przecież takie zachowanie to absurd. A problemy były widoczne już w sierpniu. Dochodziło do starć w obozach, ludzie się zabijali. Jednak polityczna poprawność nie pozwoliła o tym mówić. Teraz po tym, co się stało w Kolonii, wszyscy zaklinają rzeczywistość, powtarzając, że to się już nie zdarzy. Oczywiście, że to się powtórzy. I trzeba to sobie jasno powiedzieć.

Kiedy pytam Muhammeda al-Zeena, za czym tęskni, odpowiada mi, że za wolnością. Taką, jaką miał w Syrii przed wojną. Za tym poczuciem, że kiedy zaczyna się dzień, nie wiadomo, jak się skończy. Za tym, że bez zapowiedzi wpada do domu swoich przyjaciół, wsiadają w samochód i wyjeżdżają za Damaszek, gdzie są piękne góry. A potem oni zostają u niego na noc albo on u nich. A o świcie, kiedy Damaszek jest najpiękniejszy, wraca do domu. – Tęsknię za pewnym miejscem, do którego zawsze przychodziłem, kiedy było mi źle, kiedy miałem już wszystkiego dość. Takie miejsce ma się tylko w domu. Tu, w Niemczech, bardzo ciężko będzie mi je znaleźć.

Autorka jest dziennikarką Polskiego Radia

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL