Plus Minus

Roboty konkurują z ludźmi. Czy wpędzą ludzkość w biedę?

Mówi, śpiewa, tańczy, nawiązuje kontakt z pensjonariuszami. Ten humanoid pracuje w domu opieki niedaleko Bordeaux we Francji.
BSIP/AFP, Amelie-Benoist
Roboty i sztuczna inteligencja wdarły się do naszego codziennego życia. Czy ich ekspansja pozbawi ludzi pracy? A może wręcz przeciwnie, wykreuje zupełnie nowe zawody, a roboty przejmą od nas to, co najbardziej uciążliwe?

Fran Pepper waży 28 kg i mierzy 120 cm wzrostu. Ma białą lśniącą powłokę i wielkie szklane oczy. Już dziś wzbudza życzliwy uśmiech na twarzy każdego, kto zawita na kampus belgijskiej uczelni PXL w Hasselt. A okazji do urzekania gości będzie miała wiele, bo od lutego rozpoczęła pracę w tamtejszej recepcji. Jest tylko jeden mały szczegół – Fran Pepper to humanoidalny robot, który dzięki sztucznej inteligencji z każdym miesiącem wie i rozumie więcej na temat otaczającego go świata. Jego twórcy zapewniają, że gdy po raz drugi pojawimy się na uczelni, Fran Pepper będzie nas już pamiętała.

Pod koniec stycznia jako pierwszy robot w historii została zarejestrowana w Urzędzie Stanu Cywilnego. Na akcie urodzenia, podpisanym przez burmistrz miasta Hasselt, figuruje jako robot płci żeńskiej, a jej rodzicami zostali projektanci – Astrid Hannes oraz Francis Fox. Ni mniej ni więcej oznacza to, że Belgia po raz pierwszy w historii przyznała obywatelstwo robotowi.

Pierwsza Belgijka robot być może już niedługo zostanie „osobą elektroniczną". Pojęcie to ma funkcjonować równolegle z osobą fizyczną i osobą prawną. Między innymi taką propozycję przyjęła w styczniu komisja ds. prawa Parlamentu Europejskiego (JURI), która przegłosowała sprawozdanie określające standardy etyczne oraz kwestię odpowiedzialności za wypadki z udziałem robotów.

Wśród proponowanych rozwiązań znajduje się pomysł stworzenia unijnego rejestru „inteligentnych robotów", czyli maszyn, które działają autonomicznie i są w stanie uczyć się poprzez interakcje z otoczeniem, zakaz modyfikowania robotów w taki sposób, by pełniły one funkcję broni oraz obowiązek projektowania robotów w taki sposób, aby można je było bez trudu zidentyfikować jako maszyny. Posłowie wezwali wreszcie do opracowania obowiązkowych ubezpieczeń, które miałyby stanowić rekompensatę dla ofiar wypadków z udziałem autonomicznych robotów oraz chcą zobowiązać ich producentów do wbudowania w swoje produkty mechanizmu pozwalającego w każdej chwili na wyłączenie urządzenia (tzw. kill switch). Nad nowymi zmianami ma teraz głosować Parlament Europejski.

– Robotyzacja wpływa na coraz więcej dziedzin naszego codziennego życia. Aby zmierzyć się z tą rzeczywistością i zapewnić, że roboty będą służyć ludziom, pilnie musimy stworzyć solidne europejskie ramy prawne – przekonuje Mady Delvaux, europosłanka z Luksemburga, która przygotowała zatwierdzony przez JURI raport.

Politycy nie mają wątpliwości, że Bruksela powinna uchwalić przepisy związane ze sztuczną inteligencją, nawet jeśli roboty staną się częścią naszej rzeczywistości dopiero za 10 czy 20 lat. Jednak czy aby na pewno trzeba będzie aż tyle czekać?

Mechaniczne wsparcie

Gdy w życiu codziennym pojawia się coraz więcej urządzeń działających w dużym stopniu autonomicznie, konieczne staje się wprowadzenie przepisów prawnych regulujących zasady takiego korzystania z nich, aby nie stanowiły zagrożenia dla ludzi – mówi prof. Barbara Siemiątkowska z Instytutu Automatyki i Robotyki Politechniki Warszawskiej. Przypomina jednocześnie, że podobne rozwiązania nie są niczym nowym. Już w 1942 r. wybitny pisarz powieści science fiction Isaac Asimov stworzył trzy prawa robotów, które do dziś są uznawane za podstawę przyszłego kodeksu zasad etycznych w relacjach między człowiekiem a robotem. Sformalizowanie tego typu zapisów było jedynie kwestią czasu.

Pytanie o to, czy jesteśmy gotowi na widok towarzyszących nam wszędzie androidów, od lat budzi emocje. Większości z nas pewnie nie, ale ludzkość już niejednokrotnie przeżywała dysonans przy okazji innych skoków technologicznych. Tymczasem roboty, czy tego chcemy czy nie, od dawna towarzyszą nam na co dzień. Może nie przypominają jeszcze ludzi, ale za to skutecznie wyręczają nas w wielu czynnościach. Wystarczy uzmysłowić sobie, że na całym świecie w różnych gałęziach przemysłu pracuje dziś kilka milionów z nich. W Polsce nadal stosunkowo niewiele, bo według danych Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR), na każde 10 tys. pracowników przypadają u nas 22 roboty, podczas gdy średnia europejska to 85. Daleko nam do takich krajów jak Niemcy (292 roboty), Japonia (320) czy Korea Południowa (347), ale pocieszające jest to, że mamy tendencję wzrostową – średnio o 15 proc. rocznie. To o tyle ważne, że wskaźnik robotyzacji i automatyzacji przemysłu realnie wpływa na gospodarczą siłę państwa. Niezmienne pozostaje pytanie, na ile potraktujemy robota tylko jak maszynę, a na ile wpuścimy go do swojego życia.

W Japonii androidy pracują jako recepcjoniści w hotelach, sprzątają pokoje i biura, karmią osoby starsze i niepełnosprawne, podają herbatę i witają gości. Przygotowują sushi i uprawiają ryż. Wtopiły się w codzienne życie przemysłowe do tego stopnia, że czasami podczas pierwszych dni swojej pracy są witane w fabryce w czasie ceremonii religijnych Shinto. To jednak nie koniec, bo z każdym rokiem ich możliwości techniczne zadziwiają świat. Naukowcy z Bristol Robotics Lab zbudowali na przykład robota wyposażonego w sztuczne jelito. Sam potrafi trawić biomasę, czerpiąc w ten sposób energię pozwalającą na funkcjonowanie siedem dni bez przerwy. Do „życia" potrzebuje wody, którą regularnie pobiera, a raz na dobę pozbywa się niewykorzystanych resztek. Współczesne androidy da się już wyposażyć w e-skórę, materiał o właściwościach podobnych do skóry człowieka, a także w mechaniczny nos, język i oczy. Dzięki przesyłanym impulsom, przetwarzanym w postaci algorytmów, roboty uczą się rozpoznawać zapachy, smaki i obrazy, z jakimi mają do czynienia na co dzień.

Z badań prof. Kerstin Dautenhahn z University of Hertfordshire, która od kilku lat w specjalnie zaprojektowanym domu-laboratorium bada wzajemne relacje ludzi i robotów wynika, że 20 proc. Brytyjczyków widziałoby w robotach swojego przyjaciela i tyle samo partnera. Co więksi fantaści, jak szkocki mistrz szachowy David Levy, który od lat zajmuje się sztuczną inteligencją, przekonują, że nawet seks z robotem to tylko kwestia czasu, zaś pierwsze mieszane małżeństwo pojawi się na świecie już w 2050 r. (biorąc pod uwagę stan naszej cywilizacji i to, że pierwszy ślub mężczyzny z lalką mamy już za sobą, to więcej niż prawdopodobne).

Jednak w przeciwieństwie do japońskiej popkultury, gdzie roboty są synonimem przyjaznych pomocników, zachodnia cywilizacja od dziesięcioleci karmiona jest futurystycznymi wizjami, gdzie maszyny stawiano po drugiej stronie barykady – jako potencjalne zagrożenie. Czy rzeczywiście mamy się czego obawiać? Wiele osób twierdzi, że tak.

Roboty do roboty...

Najwięcej obaw budzi kwestia pracy. Pesymiści wieszczą, że roboty wyręczą nas kiedyś we wszystkim i nie będziemy już potrzebni, co będzie oznaczało nasze zawodowe samobójstwo. Tego typu strach podsyca kilka głośnych opracowań z ostatnich lat. Raport McKinsey Global Institute dotyczący przyszłości produkcji przemysłowej oblicza skalę redukcji etatów związaną z automatyzacją zakładów pracy. Zdaniem autorów to, że technologia wpływa na ożywienie gospodarcze, nie oznacza wzrostu zatrudnienia. O ile pod koniec XX wieku w fabrykach krajów rozwiniętych pracowało 63 mln osób, dzisiaj jest to nieco ponad 45 mln. W Stanach Zjednoczonych pracuje o 26 proc. mniej osób niż w 1998 r., w Japonii o 21 proc., a w Korei Południowej o 11 proc. Carl Frey i Michael Osborne, ekonomiści z Oxfordu, którzy przeanalizowali 702 zawody i doszli do wniosku, że blisko połowa miejsc pracy w USA (47 proc.) jest zagrożona. Pracujący Amerykanie zostaną zastąpieni przez algorytmy, roboty i inne nowe technologie, które dojrzewają właśnie do masowego zastosowania.

Eksperci, którzy na co dzień mają do czynienia z robotyką, traktują jednak tego typu doniesienia z przymrużeniem oka. – Ludzie buntowali się już w czasach maszyn parowych, widząc w nich zagrożenie dla swojego miejsca pracy. Stwierdzenie, że roboty odbierają nam pracę, to zbyt śmiały wniosek. Gdyby nie automatyzacja przemysłu, to zaledwie jedna osoba na 100 mogłaby się pochwalić własnym samochodem, bo jego produkcja byłaby niezwykle droga. Zresztą koszt zwykłego miksera byłby nieporównywalnie wyższy – mówi inż. Łukasz Wojtczak z Przemysłowego Instytutu Automatyki i Pomiarów PIAP.

Jeszcze dalej idzie Jędrzej Kowalczyk, prezes FANUC Polska, jednego z największych światowych producentów robotów przemysłowych, który twierdzi, że roboty nie tylko nie odbierają ludziom pracy, ale wręcz generują zapotrzebowanie na nowych pracowników. – Automatyzacja firmy wiąże się najczęściej z pracą 24 godziny na dobę, co wymaga wprowadzenia systemu trzyzmianowego. To generuje znaczny wzrost zatrudnienia. Taką tendencję obserwujemy choćby u nas na Dolnym Śląsku w branży motoryzacyjnej. Firmom wręcz brakuje ludzi do pracy – mówi.

Jego opinii idą w sukurs badania Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR). Rzeczywiście w jednym z ostatnich raportów czytamy, że roboty przemysłowe stworzyły do tej pory co najmniej 10 mln miejsc pracy i tylko w latach 2017–2020 przybędzie od 1 do 2 milionów kolejnych. Analizy Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową przeprowadzone w Polsce potwierdzają, że w 63 proc. firm robotyzacja nie zmieniła poziomu zatrudnienia. Skąd więc te rozbieżności? Raporty dotyczące likwidacji stanowisk w fabrykach nie uwzględniają tworzenia nowych miejsc pracy. O ile bowiem zapotrzebowanie na proste i monotonne czynności typu kopanie, wycinanie czy praca przy taśmie rzeczywiście są zastępowane robotami, o tyle jednak rośnie zapotrzebowanie na zupełnie inne zawody. Mniej ludzi potrzeba do wyprodukowania elektroniki, ale więcej pracuje w usługach i handlu. Bo choć coraz łatwiej jest dziś coś wyprodukować, to coraz trudniej to sprzedać. Mamy więc do czynienia raczej ze zmianą struktury zatrudnienia niż odbieraniem pracy przez roboty.

– Nie można walczyć z tym, że świat się zmienia. Mamy ciągły postęp, więc niektóre zawody zupełnie znikają. Tak się stało ze stangretami, forysiami, bednarzami czy kowalami. Ludzi można i trzeba zagospodarować gdzie indziej. Tu widzę ogromną rolę państwa, które powinno postawić na nowoczesną edukację. Skoro zmienia się technologia, to musi się zmienić patrzenie na edukację. Zamiast przyuczać ludzi do znikających zawodów, warto byłoby kreować nowe kierunki zgodne z zapotrzebowaniem rynku – mówił nie tak dawno Jacek Okrutny, prezes Andrychowskiej Fabryki Maszyn DEFUM. I trudno nie przyznać mu racji.

Po pierwsze, nie szkodzić!

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda, gdy roboty z poziomu czysto mechanicznego zaczynają dzięki sztucznej inteligencji wkraczać na poziom decyzyjny. Bardzo łatwo przekroczyć tu pewną granicę, choć tak naprawdę nie do końca wiadomo, gdzie powinna być ona wytyczona. – Robot to urządzenie, które powinno zastępować kinematyczne i intelektualne funkcje człowieka w procesach, które są niebezpieczne, uciążliwe czy monotonne. Wówczas jego wykorzystanie jest prawidłowe. Roboty nie mogą nas we wszystkim wyręczać – uważa prof. Edward Jezierski, kierownik Zakładu Sterowania Robotów Politechniki Łódzkiej.

A postęp w dziedzinie sztucznej inteligencji jest oszałamiający. Przez lata podstawowym kryterium wyższości komputera nad człowiekiem były szachy. Gdy w 1997 r. program Deep Blue pokonał Garriego Kasparowa, pocieszano się, że ostatnim bastionem ludzkiej inteligencji jeszcze na długo pozostanie przynajmniej gra w go. Tam zamiast 64 pól jest 361 skrzyżowań, a liczba scenariuszy dla każdej partii wynosi aż 10 do potęgi 761. Przy tak abstrakcyjnej liczbie możliwości nie wystarczy czysta matematyka. Potrzeba czegoś, czego roboty nigdy nie posiądą – intuicji. Tak przynajmniej myślano do marca 2016 r., kiedy sztuczna inteligencja pokonała mistrza świata w go – Koreańczyka Lee Sedola.

Dziedzin, w których umiejętności robotów przewyższają człowieka, przybywa. Roboty już dziś znacznie lepiej czytają z ruchu warg, rozpoznając o 10 proc. więcej słów. Ich możliwości rosną z każdym rokiem. W marcu 2016 r. sztuczna inteligencja stworzona przez japońskich naukowców z Future University w Hakodate napisała książkę („Dzień, w którym komputer napisał powieść"), którą wysłano na konkurs literacki im. Hoshi Shinichi. Co prawda głównej nagrody nie zdobyła, ale przeszła pomyślnie czteroetapową selekcję, pokonując połowę spośród 1450 nadesłanych prac. Jury nie miało pojęcia, że ma do czynienia z książką napisaną przez robota.

To nie wszystko. Firma Deep Mind stworzyła syntezator mowy WaveNet, który brzmi jak prawdziwy człowiek i trudno wyłapać różnicę. Z kolei naukowcy z uniwersytetów w Londynie, Sheffield i Pensylwanii stworzyli program, który na podstawie analizy dostępnych dokumentów przewidział poprawnie 79 proc. werdyktów Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Co dalej? W 2017 r. firma Sony planuje wydać pierwszy album muzyczny skomponowany w całości przez sztuczną inteligencję. Wszystkie osiągnięcia łączy jedno – zostały stworzone i są ulepszane przez samouczące się roboty.

Dziś z pomocy robotów korzystają nawet media, które wykorzystują je do pisania krótkich newsów (tak robi m.in. „Washington Post", „Forbes", Yahoo czy agencja Associated Press). Jeśli ktoś sam chciałby przekonać się o ich umiejętnościach, może podjąć wyzwanie rzucone czytelnikom przez „New York Timesa". Na swojej stronie internetowej redakcja zamieściła 12 tekstów napisanych przez człowieka i robota. Jeszcze nikomu nie udało się trafnie wytypować autorstwa wszystkich z nich.

Ten błyskawiczny rozwój sztucznej inteligencji rodzi obawy wielu wybitnych osobistości świata nauki i technologii. – Sztuczna inteligencja (AI) może być zarówno najlepszą, jak i najgorszą rzeczą, która kiedykolwiek przydarzyła się ludzkości. Gdy osiągnie IQ 100 czy 150, nie będzie problemu. Ale co wtedy, gdy będzie to tysiąc albo dziesięć tysięcy? – pyta retorycznie wybitny astrofizyk Stephen Hawking. Jego obawy podzielają m.in. Bill Gates, Elon Musk i kilkuset innych naukowców z całego świata, którzy w 2015 r. napisali list otwarty dotyczący AI. Poruszają w nim takie kwestie, jak konieczność stworzenia norm ograniczających swobodę działania sztucznej inteligencji i takie programowanie maszyn, aby stosowały się do prawa humanitarnego. W tym kontekście stworzenie norm prawnych, nad którymi pracują unijni włodarze, nie powinno budzić żadnych wątpliwości. Gorzej, jeśli chodzi o szczegóły.

Metoda małych kroków

Najwięcej kontrowersji budzi kwestia odpowiedzialności za autonomiczne roboty obdarzone sztuczną inteligencją. Zdaniem Mady Delvaux, eurodeputowanej z JURI, za ewentualnie wyrządzone szkody powinien odpowiadać producent, bo to on ma największy wpływ na robota. Na wszelki wypadek pozostawia się jednak furtkę prawną, dzięki której producent mógłby obciążyć odpowiedzialnością swoich dostawców. W całym łańcuchu dostaw szalenie ważni są przecież programiści, którzy odpowiadają za sposób funkcjonowania robota. Z taką propozycją zupełnie nie zgadza się jednak prof. Edward Jezierski z Politechniki Łódzkiej. Jego zdaniem pomija się w tej kwestii najważniejszą osobę: użytkownika. – Za działalność robota powinien odpowiadać użytkownik, bo to na nim spoczywa cała odpowiedzialność dotycząca sposobu wykorzystania robota. Czy jeśli właściciel samochodu spowoduje wypadek albo jakiś samochód zostanie ukradziony i posłuży do przestępstwa, to czy do odpowiedzialności pociąga się producenta? To trochę absurdalne – mówi profesor.

Doprecyzowania wymaga także kwestia definicji inteligentnych robotów. W chwili obecnej za takie uznaje się maszyny wyposażone w sieci czujników do zbierania i analizy danych. Problem w tym, że robotem w takiej formie może być zarówno android, autonomiczny samochód, dron, jak i domowy odkurzacz czy smartfon. – Regulacje prawne powinny uwzględniać każdy etap dotyczący robotów, od momentu projektowania do momentu sprzedaży i użytkowania oraz być w sposób ciągły uaktualniane. W tym sensie regulacje będą dotyczyć raczej określonych procesów niż tylko obiektów – mówi dr Karolina Zawieska z Przemysłowego Instytutu Automatyki i Pomiarów PIAP.

To o tyle ważne, że przecież w zależności od obszaru zastosowania, istnieje wiele rodzajów robotów, które mogą znacząco różnić się między sobą pod względem funkcjonalności, ryzyka i sposobów użytkowania. Z tego względu różne roboty mogą wymagać osobnych regulacji prawnych i tylko część z nich będzie wspólna dla nich wszystkich.

Niemniej jednak eksperci zgodnie oceniają, że dobrze, iż jakiekolwiek propozycje prawne powstają, bo tylko w ten sposób uda się dostosować prawo do rynkowych wymagań. W tym przypadku politycy mają szansę zrobić to zanim dojdzie do pierwszego wypadku. Niestety, mamy aż nadto przykładów, gdy prawo uchwalono dopiero po szkodzie.

Kamil Nadolski, dziennikarz, publicysta

Magazyn Plus Minus

Źródło: Plus Minus
UKRYJ KOMENTARZE KOMENTARZE RP.PL KOMENTARZE FACEBOOK

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL