Martina Schulza porażka jakich mało

„Schulz we własnej osobie”. Kukła niedoszłego kanclerza podczas karnawałowej parady dwa tygodnie temu w Düsseldorfie
AFP
Miał być ostatnią nadzieją socjaldemokratów, przyszłym kanclerzem, co najmniej liderem opozycji. Zamiast tego spektakularnie wszystko przegrał. Ale nagły upadek Martina Schulza nikogo w Niemczech specjalnie nie zmartwił.

Kariera Martina Schulza skończyła się, gdy zaczął mierzyć zbyt wysoko. Zapragnął zostać następcą Angeli Merkel, przywódcą najpotężniejszego gospodarczo państwa w Europie. W ten sposób na 62-letnim niemieckim polityku skupiła się uwaga świata. Okazało się, że nie jest w stanie działać pod tak dużą presją.

Dzisiaj jest przedwczesnym emerytem. Ale jeszcze rok temu był wielką nadzieją niemieckich socjaldemokratów. Miał być zbawicielem i odnowicielem, który wyciągnie SPD z zapaści ostatnich lat i uratuje najstarszą partię polityczną od stoczenia się w historyczny niebyt.

Z perspektywy czasu widać, że nie miał wielkich szans na pokonanie Merkel. Ale jeszcze kilkanaście miesięcy temu nie było to wcale oczywiste. Zagrał va banque o całą pulę, marząc o urzędzie kanclerskim. Poległ na całej linii. Gwoli ścisłości, nie był sam, grał w orkiestrze złożonej z 463 tys. członków SPD i milionów sympatyków niemieckiej socjaldemokracji, którzy początkowo w Schulz...

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL