Piłka nożna

Taras Romanczuk: Futbol zamiast wojska

shutterstock
Taras Romanczuk o polskich korzeniach, studiach i rozmowie z prezesem PZPN.

Rzeczpospolita: Rok trwały pańskie starania o uzyskanie polskiego obywatelstwa. Denerwował się pan, że procedura trwa tak długo?

Taras Romanczuk: Podchodziłem do tego bardzo spokojnie. Wszystko zaczęło się od mojego przyjścia do Jagiellonii. Powiedziałem, że mam polskie korzenie, zaczęliśmy rozmawiać na ten temat i razem szukać dokumentów. Rok temu, w lutym, złożyłem wniosek. Wiedziałem, że został dobrze przygotowany, bo na zgromadzenie dokumentów poświęciłem sporo czasu.

Od dawna wiedział pan o polskich przodkach?

Dowiedziałem się o nich od rodziców, jeszcze mieszkając na Ukrainie. Mama pokazywała mi nawet dokumenty, poświadczające, że mój pradziadek posiadał w Polsce ziemię. Babcia urodziła się jeszcze w Polsce, niedaleko Włodawy, ale wojenne losy sprawiły, że moi przodkowie zostali przesiedleni na Ukrainę.

Ukraińskie prawo nie pozwala na posiadanie podwójnego obywatelstwa. Składając wniosek o polskie, zamknął pan za sobą drzwi. To utrudniało wykonanie tego kroku?

Moja decyzja wywołała spore dyskusje na Ukrainie, nie wszystkim się to spodobało, ale to jest moje życie i mój wybór. Nie przejmuję się opiniami ludzi, których nawet nie znam. Żona, rodzice i brat wspierali mnie, a ich zdanie jest dla mnie najważniejsze.

Czy u pana w domu rozmawialiście po polsku? Przestrzegaliście jakichś naszych tradycji?

Nie, dopiero po przyjeździe do Polski zacząłem rozmawiać i w ten sposób nauczyłem się języka. Śpiewam już nawet Mazurek Dąbrowskiego. A co do tradycji. Jestem wyznania prawosławnego, święta obchodzimy w innych terminach niż większość Polaków, mamy inne zwyczaje, a na Ukrainie polskość jest powiązana z katolicyzmem. Może dlatego tak dobrze poczułem się w Białymstoku – tutaj mieszka najwięcej wyznawców prawosławia w Polsce.

Ukraińscy kibice komentowali pana wybór?

Odzywali się do mnie dziennikarze z Ukrainy, ale w większości przypadków odmawiałem im wywiadów. Rozmawiałem tylko z dwiema redakcjami, reszta musiała kopiować wywiady z polskich stron internetowych.

Na Ukrainie był pan anonimowym piłkarzem. Dlaczego pański talent wystrzelił dopiero w Polsce ?

Na Ukrainie nie chciał mnie żaden duży klub. Trenerzy uważali, że jestem za słaby fizycznie. Grę w III lidze łączyłem z występami w futsalu. To mi pomogło się rozwinąć: szybkość myślenia, czytanie gry. To, że znalazłem się w Legionowie, było szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo przedstawiciele klubu przyjechali na turniej miast partnerskich Kowla, gdzie wtedy grałem. Tam mnie wypatrzyli. W Legionowie miałem bardzo dobre warunki do pracy, o nic nie musiałem się martwić, podobało mi się miasto, a do tego pracowałem ze świetnym fachowcem Markiem Papszunem (obecnie trenerem Rakowa – przyp. red.).

Podobno kontrakty w Polsce dwa razy uratowały pana przed wyjazdem na front?

Mama odebrała powołanie, ale miałem ważną umowę w Legionowie, więc wysłałem kopię kontraktu i wojsko mi darowało. Za drugim razem umowę przedstawili działacze Jagiellonii.

Mówił pan, że dopiero w Polsce nauczył się tak naprawdę taktyki, a trenerzy na Ukrainie o wielu rzeczach nie mają pojęcia.

Nie wiem, jak jest teraz, bo od kilku lat gram w Polsce, a piłka nie stoi w miejscu. Jednak na początku pobytu w Polsce wysyłałem notatki z zajęć trenera Papszuna do ojca i brata, którzy szkolą młodzież i namawiałem ich, żeby ćwiczyli jak najwięcej taktyki. Zarówno w Legionovii, jak i w Jagiellonii u Michała Probierza bardzo dużo czasu poświęcaliśmy taktyce.

Grał pan na trawie, w lidze futsalu i jednocześnie skończył studia: stosunki międzynarodowe. To zabezpieczenie na przyszłość?

Zawsze lubiłem historię i geografię, więc studiowałem z przyjemnością, a to wiele ułatwia. Trzeba było wstawać rano, żeby dotrzeć na zajęcia, potem wracać na treningi. Było to życie w drodze, ale nie żałuję wysiłku i niczego bym nie zmienił. Gdybym nie trafił do Polski, pewnie nie przebiłbym się na Ukrainie, a wtedy futbol trzeba byłoby łączyć z pracą. Piłki nożnej bym jednak nie porzucił, bo to moja pasja.

Podobno zadzwonił do pana prezes Zbigniew Boniek z pytaniem o grę dla Polski?

Wyświetlił się nieznany numer, odebrałem i usłyszałem pytanie, czy poznaję po głosie, kto do mnie dzwoni. Nigdy z prezesem nie rozmawiałem, więc nie miałem pojęcia. Pan Boniek zadał pytanie, czy byłbym gotów grać w koszulce z orzełkiem, więc odpowiedziałem, że jeśli tylko dostanę powołanie, to z przyjemnością, bo jestem zdecydowany. Na razie nikt ze sztabu się ze mną nie kontaktował.

Jeśli dostałby pan powołanie, to na swojej pozycji ma pan naprawdę mocnego konkurenta Grzegorza Krychowiaka.

Jestem typowym defensywnym pomocnikiem, dobrze odbieram piłkę, gram w powietrzu. Chyba nikt już nie powie, że jestem słaby fizycznie. Jeśli trener Adam Nawałka będzie ode mnie wymagał, żebym grał blisko środkowych obrońców i zagrywał długie piłki, to sobie poradzę. Teraz w Jagiellonii mamy inną taktykę, ale za czasów trenera Probierza ćwiczyłem bardzo dużo długich podań.

Co się stało w niedzielę, dlaczego lider przegrał z Lechem 1:5?

Nie ma sensu już o tym rozmawiać, rozpamiętywać. W Poznaniu przydarzył się mecz, o którym chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć.

Trener Ireneusz Mamrot mówił, że jest zszokowany tym, co się stało. Długo wszystko szło po waszej myśli.

W pierwszej połowie graliśmy bardzo dobrze. Dopiero po przerwie Lech narzucił swoje warunki i strzelił bramkę na 2:1. Jeszcze przez kolejnych dziesięć minut prowadziliśmy wyrównaną grę, a potem wszystko się rozsypało. W niedzielę byliśmy jacyś tacy porozrzucani po boisku. Musimy wrócić do naszej organizacji gry i wtedy wyniki będą takie, jakich oczekują kibice.

Wynik z Poznania to wypadek przy pracy?

Nie ma co się załamywać. Mamy przed sobą do końca sezonu jeszcze dziesięć meczów. Jedna porażka niczego nie przekreśla. Musimy zdobywać punkty, bo nic się w naszych obowiązkach nie zmieniło.

rozmawiał Łukasz Majchrzyk

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL