Bogusław Leśnodorski: Zszedłem trochę na ziemię

aktualizacja: 22.02.2016, 14:49
Bogusław Leśnodorski
Bogusław Leśnodorski
Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak

Współwłaściciel Legii Warszawa Bogusław Leśnodorski mówi o swoim klubie, polskiej lidze i pieniądzach.

REDAKCJA POLECA

Rzeczpospolita: Na Legii już się da zarabiać?

Bogusław Leśnodorski: Nigdy się nie da.

Nie wierzę, że robi to pan bez widoków, że kiedyś pojawią się zyski...

Jestem wspólnikiem w firmie prawniczej, mam z czego żyć. Poza tym przewartościowało mi się i nie mam zbyt dużych potrzeb. Naprawdę. Mam gdzie mieszkać, mam czym jeździć i wystarczy. Dla dzieci to też lepsze...

Obniżył się panu standard życia, od kiedy został pan współwłaścicielem Legii?

Bardzo się obniżył. Ale jestem z tego zadowolony. Funkcjonowałem w nieprawdziwym świecie i to nie było dobre. Ciężko pracowałem, wszystko szło do przodu, pojawiały się samochody, wyjazdy, hotele, jakoś tak naturalnie...

Bańka?

Tak. Zdałem sobie sprawę z tego, gdy podrosły moje dzieci i zaczęły coś z tego świata, który je otacza, rozumieć. Łaska pańska mi się zdarzyła, że mój standard się obniżył... Żeby było jasne, nie narzekam, że mam źle. Mam bardzo dobrze. Ale jestem zadowolony, że dzięki Legii zszedłem trochę na ziemię i przywróciło mi to kontakt z rzeczywistością. Dopiero teraz widzę, że to jest duża różnica, czy karnet kosztuje 250 czy 200 złotych. Kiedyś w ogóle o tym nie myślałem. Podobnie jest, gdy widzę dzieciaki z Akademii, wiele z nich nie pochodzi z zamożnych domów.

Wróćmy do zarabiania. Nie macie rozpisane na nuty, że jednak za chwilę zaczną się pojawiać profity?

Marzy nam się taka sytuacja. Ale w Polsce na klubie nie da się zarobić. Albo inaczej – nie da się zarobić na Legii. Wyobraźmy sobie taki scenariusz, że gramy w Lidze Mistrzów regularnie. W polskiej lidze stać nas na wszystko, mamy bardzo dobrą drużynę. Ale gwarantuję panu, że już w drugim sezonie, gdybyśmy dwa czy trzy razy dostali bęcki od lepszych, pojawiłyby się głosy, że musimy się wzmocnić i zacząć wychodzić z grupy. Ta droga nie ma końca. Zawsze będzie pogoń za sukcesem. Poza tym chcemy być klubem wielosekcyjnym, wierzymy, że mamy misję społeczną, a utrzymanie wszystkich sekcji nigdy nie będzie tanie. No i musimy wybudować ośrodek dla Akademii. Nie liczyłbym na to, że w najbliższych latach zaczniemy zarabiać.

Jak wygląda kwestia, która interesuje wielu kibiców, czyli dług wobec ITI?

Jeszcze trochę mamy do spłacenia, ale to wisi wyłącznie na nas.

Co to znaczy?

To dług podporządkowany, który księgowo traktowany był jako kapitał. My to odkupiliśmy i jeszcze nam trochę zostało.

To ja podam pewne liczby. „Puls Biznesu" w lipcu 2015 roku pisał, że macie jeszcze do spłacenia do końca 2018 roku ponad 14 milionów euro.

Nie wiem, skąd oni to wzięli. Nie mamy tyle do spłacenia.

Mniej czy więcej?

Dużo mniej.

Czy w momencie, w którym ITI zostanie spłacone, uwolni się gotówka w klubie?

Absolutnie nie. Legii nie stać na to, by wyjmować z niej pieniądze na spłatę zobowiązań.

Czyli wy ten dług spłacacie z prywatnych pieniędzy?

Nie ma innej drogi. Oczywiście może zdarzyć się sytuacja, że zagramy w Lidze Mistrzów czy nagle za Nemanję Nikolicia dostaniemy 15 mln euro. Przy takich nieprzewidzianych wpływach część mogłaby pójść na spłatę długu. Ale nie ma cudów. My i tak zawsze funkcjonujemy na małym minusie. Racjonalnie budżetujemy przychody i wydatki. Budżet ma sens, gdy jest na zero, albo na delikatnym plusie, żeby było bezpiecznie. Ale zawsze wydarzy się coś nieprzewidzianego. Taka sytuacja jak chociażby Celtic, kiedy koszt całej operacji: odwołań, prawników, lotów itd., rozrósł się niebotycznie. Albo w tym sezonie zmiana sztabu trenerskiego. Człowiek stara się pilnować, ale emocje przy transferach są ogromne. I racjonalność wtedy spada. To jest najtrudniejszy moment – okno transferowe. Wszyscy powtarzają, że trzeba zainwestować, żeby się zwróciło, ale trzeba też się pilnować. I tak w ostatnim oknie zaryzykowaliśmy więcej niż zazwyczaj.

Ile więcej?

W przyszłości będziemy musieli założyć zwiększenie przychodów, żeby to odrobić... Ale nie było to agresywne zagranie. Zawsze robiliśmy transfery bardzo bezpiecznie, a teraz powiedzmy, że o 10 procent podkręciliśmy.

Podkręciliście, bo na stulecie tylko mistrzostwo?

W Legii tak jest co roku. Z okazji stulecia może nieco bardziej niż zwykle...

Tak bardzo się skoncentrowaliście na mistrzostwie, że zrobiliście drużynę na tu i teraz. Tylko.

Dlaczego?

Artur Jędrzejczyk został jedynie wypożyczony, wielu piłkarzy jest już mocno wiekowych...

O Romie też by pan powiedział, że to drużyna tylko na tu i teraz, bo wypożyczyła Wojtka Szczęsnego? To jeden z elementów gry. Zawsze istnieje opcja wykupu, na tę chwilę droga, ale są różne scenariusze. No, ale to o Jędrzejczyku. A dalej?

Nie wiadomo, co będzie z Nikoliciem...

W każdym klubie tak jest, gdy przychodzi dobra oferta. Słyszałem, że gdy Barcelona dostała od Chińczyków propozycję 100 milionów euro za Ardę Turana, nie zastanawiała się nawet pięciu minut. Tylko on się nie zgodził. W każdym klubie zawodnik może odejść. A w przypadku Nikolicia szansa jest tym większa, że on strzela dużo goli.

Kasper Hamalainen to nie jest piłkarz Legii niezbędny, ten transfer to manifestacja siły...

Gdy odchodził od nas Miroslav Radović, pierwszym piłkarzem, o którym pomyśleliśmy jako o następcy, był Hamalainen. Z przodu potrafi zagrać na kilku pozycjach, ma dobrą psychikę, zna ligę. Warto mieć takiego zawodnika.

Stanisław Czerczesow to też nie jest rozwiązanie na tu i teraz?

Dlaczego?

Henning Berg to był człowiek, który gwarantował pewną wizję prowadzenia klubu....

Zgadza się, ale my na tym skorzystaliśmy. Nauczyliśmy się od niego, jak funkcjonują profesjonalne kluby. Mamy już te doświadczenia.

No właśnie. Tymczasem Czerczesow,  to powrót do starej szkoły...

To jest kompletna bzdura. Obciążenia treningowe u Czerczesowa są takie jak w Bundeslidze. A nikt nie powie, że Niemcy to zwolennicy starej szkoły, prawda? Nie obawiałbym się w pewnym sensie nazwać Czerczesowa człowiekiem renesansu. Jego wiedza, otwartość na nowości są imponujące. Jest kosmopolitą, żył w różnych krajach.

To skąd ten obraz surowego radzieckiego trenera?

Z mediów. 90 procent Polaków, jak usłyszy „Rosja", to skojarzy im się z niedźwiedziem albo wódką. A Czerczesow ma jeszcze dość szczególną aparycję i osobowość... Ale on się tym w ogóle nie przejmuje. Po Bergu uznaliśmy, że kolejnym etapem powinno być wpojenie etyki ciężkiej pracy. Nie wierzę, że da się grać dobrze, nie zasuwając ciężko. O to miałem konflikty z Jankiem Urbanem. Uważam, że w życiu nic się nie osiągnie bez bólu, potu i łez.

Czyli za Berga mieliśmy etap uczenia się, czym jest nowoczesność, a teraz – czym jest ciężka praca?

Ale ja uważam, że Czerczesow jest bardziej nowoczesny niż Berg. Nowoczesność to bycie otwartym na nowe rozwiązania i umiejętność ich adaptowania. Trener konserwatywny to taki, który próbuje wszystkich wokół nagiąć do swojej wizji. Bardzo ważny jest element przywództwa i Czerczesow to też zapewnia. Od czasu, kiedy Michał Żewłakow skończył karierę, nie mieliśmy tak silnej osobowości w szatni. A lidera nie da się stworzyć sztucznie. Taką pozycję można tylko samemu zdobyć. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, będziemy chcieli, żeby Czerczesow został dłużej.

Zna pan oczywiście te teorie krążące po Warszawie, że tak naprawdę to wy jesteście za biedni na Legię, że musi za wami stać jakiś kapitał. A jeśli nie stoi, to zaraz wejdzie. Albo Katarczycy, jak pisał „Forbes", albo Rosjanie. Są tacy, którzy twierdzą, że zatrudnienie Czerczesowa jest podyktowane wejściem rosyjskiego kapitału.

Jestem gotów przychylić się do tej opinii, że jesteśmy za biedni, by się bawić w poważny klub piłkarski. To akurat prawda. Wszystkie najpoważniejsze kluby mają właścicieli, którzy dokładają mnóstwo pieniędzy. Nas na to nie stać. Mam jednak nadzieję, że jesteśmy mądrzejsi, że dzięki rozumowi oraz ciężkiej pracy sprawimy, że Legia będzie się rozwijała. Nie wyobrażam sobie sprzedaży klubu, oczywiście mogę mówić tylko za siebie. Powiem szczerze, że pojawiali się różni ludzie...

Z ofertą odkupienia udziałów?

Raczej z pytaniem, czy nie chcemy odsprzedać części udziałów. Nie byli to Polacy... ani Rosjanie. Jestem w stanie sobie wyobrazić dwa modele w przyszłości. Pierwszy –  oświeconej spółdzielni socios, na wzór hiszpański. Ale by do tego doprowadzić, musielibyśmy zagrać w Lidze Mistrzów i mieć sprzedane karnety na cały stadion. Drugi – pozyskać poważnych partnerów, którzy wykupiliby część udziałów. Tak jak w Bayernie, gdzie są Adidas, Allianz i Audi. Wtedy nie byłoby tej orki dnia codziennego, byłoby nas stać na skok jakościowy. Marzyłoby mi się coś takiego, ale nie potrafię sobie nawet takiego partnera wyobrazić.

W Bundeslidze obowiązuje zasada 50+1. Bayern, o którym pan wspominał, ma silnych partnerów, ale 50 procent plus jedna akcja należą do macierzystej organizacji non profit. Rozumiem, że pan chciałby partnera, ale żeby te 50 procent plus jedna akcja należały do was?

No tak, ale kwestia kontroli korporacyjnej jest złudna. O tym, kto decyduje, rozstrzygają umowy, a nie liczba akcji. Ważne jest, kto tak naprawdę zarządza. Tu nie dorośliśmy jeszcze do pełnej demokracji, że każdy ma jeden głos. Decyzje muszą być podejmowane w wąskim gronie.

To do kogo należy Legia – klub piłkarski?

No, do Darka Mioduskiego, Maćka Wandzela i do mnie.

Nie do ludzi?

A nie, jeśli chodzi o to, ewidentnie do ludzi. Mamy tego mocną świadomość. Czuję odpowiedzialność społeczną. Posiadanie fizyczne tych akcji jest obciążeniem, a nie przywilejem.

Dariusz Mioduski mówił, że dopuszcza taką możliwość, że kiedyś kibice będą współwłaścicielami Legii...

To naturalna droga. To ma sens i tak powinno być. Ale współwłasność musi być związana z jakimś wkładem. Nie mówię o wielkim kapitale, ale to musieliby być ludzie, którzy kupują karnety w długiej perspektywie czasowej.

Gdzie widzi pan Legię za pięć lat?

Regularnie grającą w Lidze Mistrzów. Mamy dużo większy potencjał niż cała Europa Wschodnia, Skandynawia czy nawet Austria. A im się występy w Lidze Mistrzów zdarzają.

Ale u nas notorycznie marnowane są pieniądze. Chociażby na wiecznie przepłacanych piłkarzy...

To się zmieniło. Bazowe koszty utrzymania pierwszego zespołu, czyli suma pensji piłkarzy, były większe, gdy przychodziłem do klubu. Teraz pojawiło się w ekstraklasie sporo zawodników czeskich, słowackich, nasza młodzież też zaczęła się pokazywać. Oni są tańsi. Nie ma Józefa Wojciechowskiego, co bardzo pomaga. Bogusław Cupiał nie ma gestu, to też pomaga. My nie mamy kasy. Nikt nie nakręca spirali. Nasz komfort polega na tym, że każdemu piłkarzowi w Polsce możemy zaproponować mniejszą pensję, a i tak będzie chciał u nas grać. Bo u nas są większe szanse na zwycięstwa i na premie. My dziś nie musimy się z nikim finansowo ścigać. To jest Warszawa, ludzie chcą tu mieszkać, ale największym atutem byłyby oczywiście zwycięstwa.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE