Opinie

Biznes boi się niejasnych reguł

Fotorzepa/Robert Gardziński
Działania rządu Prawa i Sprawiedliwości nie tylko nie rozwiązują problemów gospodarki, ale je pogłębiają, osłabiając jej dotąd mocne strony – uważa ekspert.

Rząd PiS i Zjednoczonej Prawicy bardzo eksponuje szybki rozwój gospodarczy, w szczególności w obecnym roku. Niewątpliwie sukcesem jest to, że obniżona dynamika wzrostu PKB gospodarki polskiej w 2016 r. została odwrócona i gospodarka weszła na szybszą ścieżkę wzrostu w roku bieżącym.

Drugim powodem do zadowolenia jest sytuacja na rynku pracy. Rok bieżący wykazuje rekordowo niskie bezrobocie w całej historii III RP, co przekłada się również na wzrost wynagrodzeń realnych oraz na optymizm konsumentów.

Trzecim pozytywnym wydarzeniem w polskiej gospodarce jest uszczelnianie systemu podatkowego, walka z wyłudzeniami, w szczególności podatku VAT. Jeszcze do niedawna luka w ściągalności tego podatku przekraczała 25 proc. i była najwyższa wśród krajów całej UE.

Jeszcze za wcześnie otrąbić sukces na tym polu, ale niewątpliwie resort finansów wykazuje się dużą asertywnością. Poza kontynuacją pomysłów poprzedników (jednolity plik podatkowy) wdraża nowe własne idee (odwrócony VAT w budownictwie, pakiet paliwowy, split payment etc.).

Ruchy z VAT

To tyle z pozytywnych rzeczy. Spójrzmy zatem na rzeczywiste skutki polityki gospodarczej rządu i zastanówmy się, co one oznaczają dla gospodarki w dłuższym okresie.

Niewątpliwie wpływy z VAT wzrastają, gdyż rośnie PKB, lecz bardzo martwi struktura tego wzrostu, w czym podzielam troskę wicepremiera Morawieckiego, wielokrotnie mówiącego o tym, że najważniejsza jest jakość wzrostu PKB, a nie jego bezwzględna wielkość. Z tą jakością bowiem mamy problemy, gdyż wzrost jest napędzany głównie przez wydatki konsumpcyjne naszych obywateli, a nie przez inwestycje. Nic dziwnego, że wpływy z podatku VAT rosną, zwłaszcza że zwroty z VAT istotnie spadają. Czy to tylko efekt likwidacji wcześniejszych wyłudzeń – śmiem wątpić, gdyż jednocześnie nasz eksport pokazuje świetne wyniki w bieżącym roku.

Będąc daleki od zarzutów manipulacji statystykami, chcę jednocześnie zaproponować, by z oceną skuteczności rządu w walce o uszczelnienie systemu podatkowego poczekać do zakończenia tego roku. Ministerstwo Finansów (MF) daje oczywiście do zrozumienia, że taka sytuacja wynika z faktu, iż w przeszłości część zwrotów VAT musiała być bezzasadna, skoro dziś te zwroty są istotnie mniejsze (aż o ponad 10 mld zł w I półroczu 2017 r.!).

W grudniu 2016 r. MF wykonało niespodziewany wówczas manewr wcześniejszego zwrotu pieniędzy podatnikom, które zgodnie z przepisami powinni oni otrzymać w styczniu lub lutym 2017 r. Znacznie pogorszyło to wynik budżetu za cały rok 2016 r. i prysł wówczas mit o gigantycznej skuteczności rządu w ściągalności podatków.

Ponieważ minister finansów dysponował gotówką w grudniu, oddał VAT już w tym miesiącu, w efekcie realizując w styczniu rekordowe wpływy z VAT w wysokości 22 mld zł (dochody z VAT to różnica między przychodami a zwrotami tego podatku). Trzeba po prostu porównywać jabłka z jabłkami, a nie wyciągać przedwczesne wnioski z cząstkowych statystyk podawanych przez urzędników MF. Nie przypominam sobie ponadto żadnego komentarza ze strony MF, dlaczego pod koniec 2016 r. zdecydowano się na ten ruch.

Kulejące inwestycje

Wróćmy jednak do struktury naszego wzrostu gospodarczego. Bez wątpienia słusznym założeniem rządowej Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR) jest oparcie wzrostu gospodarczego o inwestycje, najlepiej te najbardziej innowacyjne, które dadzą Polsce szansę zaistnienia w świecie i promowania polskiej myśli technicznej. Sytuacja w tej dziedzinie jest akurat odwrotna: po istotnym spadku inwestycji firm w 2016 aż o 7,1 proc. zanotowały one w I półroczu 2017 r. ponowny spadek o 1,1 proc. liczony już od dużo niższej bazy.

W dłuższym czasie taka sytuacja może doprowadzić do zachwiania równowagi makroekonomicznej. Wzrost napędzany konsumpcją stymulowaną przez państwo jest wzrostem nieodpowiedzialnym i nie do utrzymania w dłuższym czasie! Według ekonomistów mBanku stopa inwestycji w Polsce spadła do najniższego poziomu od 1996 roku. Poziom inwestycji w stosunku do PKB spadł do poniżej 18 proc., a mieliśmy zgodnie z SOR celować w 25 proc. Nadasertywność rządu w ogłaszaniu coraz to nowych pomysłów podatkowych w połączeniu z kakafonią informacyjną powoduje dokręcanie śruby biznesowi. Jeśli przedsiębiorca nie inwestuje, to znaczy, że nie spodziewa się odpowiedniego zwrotu z kapitału przy akceptowalnym dla niego profilu ryzyka. A nie spodziewa się, bo nie widzi perspektyw, które mogłyby go do tego przekonać oraz bezpiecznej mitygacji ryzyk.

Brak decyzji inwestycyjnych firm prywatnych wynika zatem z niepewności co do perspektyw polskiej gospodarki, w mniejszym zakresie z zagrożeń zewnętrznych. Przede wszystkim chodzi o nieczytelność polityki gospodarczej i szereg działań, które oznaczają destrukcję porządku prawnego. Taka destrukcja musi u każdego inwestora wywołać przekonanie, że ryzyko jest zbyt duże.

Jeśli reguły gry są niejasne, bo są zmieniane całkowicie arbitralnie, to przedsiębiorcy nie mogą sobie pozwolić na inwestowanie (z wielu przykładów zacytuję tylko jeden, chyba najbardziej spektakularny: zmiana reguł gry wsparcia elektrowni wiatrowych doprowadziła do zniszczenia modeli biznesowych przedsiębiorców prywatnych i drastycznej redukcji wartości ich aktywów, a przy okazji spowodowała konieczność utworzenia dużych odpisów na ryzyko kredytowe przez banki finansujące takie projekty).

Przy tym komunikacja przedsiębiorców tworzących miejsca pracy z autorami pomysłów legislacyjnych pozostawia wiele do życzenia. Trudno mówić o istotnej roli Rady Dialogu Społecznego, o czym wiedzą wszyscy, którzy z tą instytucją mieli cokolwiek wspólnego.

Inną sprawą, której rząd nie wyjaśnia, jest gwałtowny wzrost długu publicznego o ponad 60 mld zł w 2016 r. przy jednoczesnym obniżeniu deficytu budżetowego do poziomu 2,4 proc. Spadający deficyt powinien hamować wzrost długu publicznego (cena naszego długu na szczęście w ostatnim roku istotnie nie wzrosła).

Zamiast propagandy sukcesu trochę w stylu PRL lat 70. bardziej potrzebujemy lepszej komunikacji osób odpowiedzialnych za politykę gospodarczą rządu z rynkiem, co poprawiłoby klimat inwestycyjny. Niedoinwestowanie gospodarki w sytuacji braku rąk do pracy (taki będzie niechybny efekt skrajnie populistycznego projektu obniżenia wieku emerytalnego przy jednej z najgorszych w Europie demografii – do 2040 r. liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie o 2,4 mln, a w przypadku obniżenia wieku emerytalnego o 4,9 mln) będzie miało negatywny wpływ na naszą konkurencyjność.

Produktywność pracy w Polsce spadła w ostatnich latach do poziomu zbliżonego do Europy Zachodniej, pomimo że wciąż nie osiągnęliśmy jej poziomu życia, a nasza stopa inwestycji w ostatniej dekadzie, która bezpośrednio wpływa na produktywność pracy, była najniższa w regionie (średnio 20 proc. PKB wobec 25 proc. w reszcie regionu w latach 2005–2014).

Niedobre zmiany

Niski wzrost produktywności pogłębia ideologiczna niechęć do prywatyzacji i plany rozszerzania politycznej kontroli nad przedsiębiorstwami. Z uwagi na relatywnie wysoki i ciągle rosnący udział sektora publicznego w PKB istnieje nadal duża przestrzeń dla prywatyzacji, ale jest to raczej melodia przyszłości dla kolejnych rządów. Podatek bankowy z pewnością też nie zwiększa stopy inwestycji: jego konstrukcja już spowodowała, że banki chętniej pożyczają pieniądze państwu niż przedsiębiorstwom (w całym 2016 r. banki kupiły państwowe papiery wartościowe na kwotę dziesięciokrotnie wyższą, niż udzieliły kredytów inwestycyjnych dla przedsiębiorstw).

Wbrew zapewnieniom rządu stan finansów publicznych nie jest dobry i się pogarsza. Niższy od spodziewanego deficyt finansów publicznych w 2016 r. wynika z załamania inwestycji państwa i samorządów. Wyższe wpływy podatkowe są spowodowane nie tylko uszczelnieniem systemu, ale też strukturą wzrostu gospodarczego: boom konsumpcyjny oznacza wyższe wpływy z VAT, a załamanie inwestycji przedsiębiorstw przekłada się na wyższe wpływy z podatku CIT.

Dziś Polska ma wysoki deficyt strukturalny pomimo korzystnej koniunktury gospodarczej – zgodnie z ustawą budżetową na ten rok planowany jest deficyt rzędu 2,9 proc. – przy jednym z najwyższych wzrostów PKB w Europie! Nawet jeśli ten deficyt na koniec roku będzie mniejszy, a wiele na to wskazuje (przede wszystkim nadwyżka budżetu w I półroczu 2017 r. to efekt dużego zysku NBP, który zasilił budżet, oraz niewypłacania firmom zwrotu podatku VAT) to na koniec roku przy takiej koniunkturze krajowej i zagranicznej odpowiedzialny rząd powinien zamknąć istotną nadwyżką, tak jak to się dzieje w Niemczech, W. Brytanii, Holandii, ale i w kilku krajach naszego regionu, jak Czechy czy Słowacja.

Wszystkie te kraje rozwijają się w tempie o połowie niższym niż Polska. Jeżeli koniunktura światowa ulegnie załamaniu, to Polska przy kontynuowaniu takiej polityki znajdzie się na konstytucyjnej granicy 60 proc. udziału długu publicznego w PKB. Wejście w życie obniżki wieku emerytalnego jeszcze ten problem wyostrzy (koszty dla budżetu to 18 mld, co może katapultować deficyt ZUS nawet do 70 mld zł).

Plany zakazu handlu w niedzielę, ustawa o ograniczaniu konkurencji między aptekami, plany wprowadzania kolejnych podatków, zwiększanie roli państwa w gospodarce, powrót do monopoli państwowych (sektor energetyczny), kuriozalna polityka w stosunku do spółek publicznych zdominowanych przez Skarb Państwa (z pokrzywdzeniem interesów akcjonariuszy mniejszościowych), pomylenie roli regulatora z rolą państwa jako aktywnego gracza realizującego projekty inwestycyjne, brak refleksji na temat koniecznych zmian w kodeksie pracy (musi on być uproszczony, gdyż mamy dzisiaj inną sytuację demograficzną, a ponadto wchodzimy w gospodarkę cyfrową, w której bardziej istotne są wartości niematerialne niż materialne) – to wszystko są niezrozumiałe posunięcia rządu, których autorami są sternicy naszej polityki gospodarczej.

Jeśli na to nałożymy fatalny w skutkach sposób prowadzenia polityki zagranicznej, która nie jest w stanie obronić interesów polskich firm, jak to się dzieje ostatnio z europejską dyrektywą o pracownikach delegowanych, to perspektywy naszej gospodarki wydają się marne.

Nawet mając większość racjonalnych argumentów merytorycznych po naszej stronie, nie jesteśmy w stanie zbudować koalicji dla obrony naszego stanowiska. Prowadząc awantury z całą Europą i jej głównymi graczami, przegrywamy sprawy, na których nam naprawdę powinno zależeć. Tak się nie prowadzi polityki zagranicznej, tak się nie zarządza nawet korporacjami, gdzie o realizację dobrych pomysłów trzeba umiejętnie walczyć.

UE poradzi sobie bez nas, ale czy my poradzimy sobie bez Unii, będąc krajem, który nawet w szczycie koniunktury żyje na kredyt, nie mając oszczędności i z najniższą w Europie skłonnością do oszczędzania, głosi tezy o rzekomym neokolonializmie unijnym etc. A tak na marginesie, jeśli nasza konkurencyjność w porównaniu z Francją, z której szydzimy, polega tylko na niższych płacach, to coś mi się wydaje, że z tym chciał walczyć Mateusz Morawiecki, a wygląda, że jego rząd konserwuje taki model rozwoju.

Co na to Solidarność i przewodniczący Duda? Patriotyzm to SKUTECZNA obrona naszych interesów w świecie, a nie nieodpowiedzialne klepanie językiem okraszone pseudopatriotycznym sosem!

Działania rządu Prawa i Sprawiedliwości nie tylko nie rozwiązują istniejących problemów polskiej gospodarki, ale je pogłębiają, osłabiając jej dotychczas mocne strony. Taka struktura wzrostu gospodarczego może być w krótkim okresie korzystna dla rządu, ale ostatecznie jest szkodliwa dla gospodarki i tempa, z jakim będziemy doganiać poziom życia krajów rozwiniętych. Czas refleksji nad naszym modelem gospodarczym powoli się kończy, przychodzi czas na klarowne i sensowne odpowiedzi na trudne pytania. ©?

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Autor jest doradcą ekonomicznym Konfederacji Lewiatan, był prezesem banku WestLB w Polsce oraz spółki Polimex-Mostostal

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL