Opinie

Joanna Parafianowicz: Dla sympatycznej panny Krysi z turnusu trzeciego

Krystyna Pawłowicz, Jerzy Owsiak
Fotorzepa, Jerzy Dudek, Marian Zubrzycki
Większość osób uważa, skądinąd błędnie, że istotą pojedynku jest zemsta. Tymczasem, jak można wyczytać w literaturze tematu, pojedynek rozumiany jako zagrożenie zdrowia i życia miał dawać uczestniczącym w nim osobom satysfakcję.

Stając na ubitej ziemi, obrażający stawał w obliczu poniesienia konsekwencji własnych słów lub czynu, obrażony zaś – dowodził, że w sytuacji, gdy honor – jego lub osoby, w obronie której honoru stanął (np. kobiety) doznał uszczerbku, gotów jest do największych poświęceń (A. Tarczyński, Kodeks i pistolet. O niektórych przejawach honoru w międzywojennej Polsce). Niezależnie od późniejszych losów tej instytucji, niegdyś, świadomość grożącego pojedynku z użyciem broni palnej skutecznie studziła emocje i temperowała język, bowiem wspomnienie chwili przed oddaniem strzału, mimo tego, że większość z nich nie trafiała do celu (z uwagi na niegwintowane lufy i niemały dystans), mroziła krew w żyłach, a wyniesiona z tego doświadczenia nauka nierzadko starczała na resztę życia.

Przyjmuje się, że pojedynek dał początek postępowaniu honorowemu, choć z czasem ulegało one zmianom. Potrzeba spisania zasad zwyczajowych dotyczących kulturalnego rozstrzygania sporów skutkowała pojawieniem się w Polsce w pierwszej połowie XIX wieku pierwszych kodeksów honorowych. W miejsce pojedynków zaczęto nadto uznawać alternatywne formy dochodzenia zadośćuczynienia, między innymi dlatego, że na pojedynkujących się Kościół katolicki nakładał ekskomunikę, a państwo uznało je za kwalifikowaną formę przestępstwa. Główna rola sekundantów ewoluowała w kierunku działań zmierzających do uniknięcia pojedynku, w drodze negocjacji i polubownego załatwienia sporu.

Wypada zauważyć, że jednym z kryteriów oceny zasad moralnych i kultury społeczeństwa jest waga, którą przywiązuje ono do spraw honoru. Odejście od zasad honorowego rozwiązywania sporów, nie dowodzi zatem braku podstaw do ich inicjowania lecz – upadku obyczajów. Gafy, nietakty, faux pas, czy ciężkie uszczerbki na cudzym honorze (odwołując się do nomenklatury kodeksów honorowych) zdarzają się każdego dnia. Bywają udziałem osób, których zasług w dziedzinach im bliskim nie sposób kwestionować, osób zasługujących na powszechny szacunek i wdzięczność. Wreszcie – osób znanych ze swych dokonań na rzecz innych ludzi i takich, które będą czynić dobro do końca świata i o jeden dzień dłużej. Z drugiej stron, owe gafy, nietakty, faux pas, czy ciężkie uszczerbki na honorze mogą także dotknąć - każdego – nie tylko osób postrzeganych jako kulturalne i prawe, ale także takich, które przez wiele osób oceniane są negatywnie, które określa się, być może nie bez racji, jako cyniczne, brutalne, czy aroganckie. Osób, o których pisało się nie raz, że są psem gończym Jarosława Kaczyńskiego, który spuszcza je z łańcucha, a wówczas one warczą, szczekają i gryzą. Osób, które zdają się zadowolone z wywoływanego wrażenia i być może wkładających niemało wysiłku w to, aby w świetle kamer starać się o zachowania, które zasługiwały na miano coraz to bardziej wyuzdanych, co najmniej w warstwie językowej.

Zatem, gdy osoba honorowa, pod wpływem atmosfery chwili, emocji i zwyżki adrenaliny skieruje wobec innej osoby słowa o wdzięcznym brzmieniu, np. „Niech pani spróbuje seksu. Poczuje pani motyle w brzuchu, poczuje pani rozluźnione plecy. Poczuje pani wiatr we włosach, a przez to w głowie też się może poukładać" – powinna przeprosić.

Spośród wszystkich magicznych słów, których uczymy nasze dzieci, „przepraszam", obok „dziękuję" i „proszę" jest słowem bodaj magicznym i najmądrzejszym najbardziej. Pozwala bowiem na to, aby niewielkim nakładem sił, naprawić szkodę i zapobiec dalszym konfliktom. Wzbudza nadto zaufanie do drugiego człowieka i traktowane jest jako dowód dojrzałości i odwagi cywilnej.

Nie ulega wątpliwości, że słowo „przepraszam" ma wielką moc. Jednakże tylko wtedy, gdy jest szczere.

Gdy po nie dającej się obronić seksistowskiej wypowiedzi, której najpewniej żaden mężczyzna nie stałby się publicznie adresatem, słowo „przepraszam" występuje obok możliwego do wychwycenia przez - panie Katarzyny, panie Anny, panie Joanny – a nie – panie poseł, panie mecenas i panie doktor, protekcjonalnego sformułowania, może być odczytane jako „dalszy ciąg happeningu" i dowód braku rzeczywistej skruchy.

Wówczas, granica pomiędzy zdaniem „Pani Krystyno, przepraszam, że w ten sposób wystartowałem do Pani. Jestem pierwszy, który może panią Krystynę przytulić", a słowami dedykacji „Dla sympatycznej panny Krysi z turnusu trzeciego od sympatycznego pana Waldka: "pucio-pucio"!" – może okazać się niepokojąco cienka.

Niegdyś, w takiej sytuacji, należałoby się zaproszenie na ubitą glebę, w późniejszym czasie – sięgnięcie do kodeksu honorowego, a dziś – sąd. I to bodaj jedyny dotychczas przypadek, w którym trudno mi się z opinią Krystyny Pawłowicz nie zgodzić.

Autorka jest adwokatem, redaktorem naczelnym „Pokoju adwokackiego" (www.pokojadwokacki.pl), członkiem NRA

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL