Unia pomogła nadgonić zaległości

aktualizacja: 10.08.2017, 21:35
Foto: materiały prasowe

Z punktu widzenia gospodarki pozostawanie Polski poza strukturami Unii Europejskiej byłoby katastrofą.

Chociaż były problemy przy budowie autostrad czy opóźnienia w inwestycjach kolejowych, to sposób wykorzystania funduszy unijnych należy ocenić pozytywnie. Zwłaszcza jeśli porównamy go z wynikami innych krajów. W Czechach np. były istotne problemy proceduralne z wykorzystaniem funduszy UE.

Ostatnia taka manna z Unii

Unia niewątpliwie pomogła nadgonić wiele zaległości, które były pokłosiem niskiego rozwoju kraju. Teraz jednak Polska stoi przed wyzwaniem, jak utrzymać tempo rozwoju, zwłaszcza po roku 2020, a raczej 2023, kiedy zakończy się rozliczanie obecnej unijnej perspektywy budżetowej. Kolejna nie przyniesie już takiego napływu pieniędzy, wobec coraz lepszych wskaźników dochodowych w naszym kraju.

Co prawda na naszą niekorzyść wypada porównanie z PKB wartości funduszy unijnych otrzymanych dotąd przez Polskę i pozostałe kraje przyjęte do Unii 13 lat temu, znacznie mniejsze zarówno w ujęciu geograficzno-demograficznym, jak i pod względem nominalnego PKB. Jednak wśród państw, które dołączyły do UE wraz z Polską (i były na podobnym poziomie rozwoju), nie ma krajów porównywalnych wielkością. A w przypadku dotacji unijnych to naturalne, że mniejsi dostają relatywnie większe wsparcie niż duzi.

Proces przydzielania funduszy w kolejnych budżetach unijnych opiera się na żmudnych negocjacjach z udziałem poszczególnych państw. Stosuje się w nim skomplikowane algorytmy. Trudno wyobrazić sobie sięgnięcie po „nieoczyszczony" algorytm przydziału w zależności od wartości PKB nominalnego lub per capita. Wynik takiej kalkulacji byłby nie do zaakceptowania.

Oceniając wcześniejsze uwarunkowania negocjacyjne, żądanie powstrzymywania się przez polski rząd od zajmowania stanowiska i bezwzględnego bronienia polskich interesów narodowych jest nieuprawnione. Dotąd otrzymaliśmy od UE tyle, ile, uwzględniając potencjał Polski, powinniśmy otrzymać i daliśmy Unii tyle, ile dać powinniśmy. Wszystkie kraje członkowskie konsekwentnie bronią swoich interesów i nie jest to nic niewłaściwego.

Nierówny punkt startu

Polska startowała z dużo niższego poziomu niż np. Czechy, które w momencie upadku komunizmu były dużo lepiej rozwinięte. Przed 1990 r. Czechosłowacja prezentowała znacznie wyższy poziom rozwoju niż Polska, a Czechy po dziale kraju zyskały w ujęciu statystycznym jako część bardziej rozwinięta. Były krajem o dużo nowocześniejszej bazie przemysłowej oraz strukturze gospodarki. Jako istotnie mniejsze od Polski cechuje je znacznie mniejsza inercja gospodarcza – jedna duża inwestycja przemysłowa wpływa mocniej na ich gospodarkę niż naszą.

Jednocześnie Polska cechowała się, i pomimo zmian nadal tak jest, mniejszym stopniem otwartości. Można to było uznać za wadę, jednak stało się czynnikiem, który zamortyzował uderzenie ostatniego kryzysu finansowego oraz zapobiegł niekontrolowanemu napływowi do Polski nieznanych europejskim służbom porządkowym obcych kulturowo imigrantów.

Czechy jako kraj mniejszy są skazane na eksport, jeśli mają się rozwijać. W przypadku Polski mamy do czynienia z dużym rynkiem wewnętrznym, który ze względu na niższe nasycenie konsumpcją (niższe niż w Czechach dochody w momencie wejścia do UE) miał dużo do nadrobienia.

Dobra ręka do inwestorów

Wyższa pozycja gospodarcza Czech jest wynikiem nie tyle lepszego wykorzystania funduszy UE, ile raczej rozsądnych decyzji gospodarczych podejmowanych znacznie wcześniej, które stworzyły solidną bazę do rozwoju. Przykładem takich decyzji są losy czeskiej Skody. Porównajmy je z polską FSO. Czeska firma pod skrzydłami VW jest już marką globalną obecną na rynkach świata, natomiast mariaż FSO i Daewoo skończył się totalną katastrofą. VW był zainteresowany inwestycją w FSO, ale wybrano dalekowschodniego partnera.

Czesi to również dynamiczny eksporter broni wyprzedzający w tej dziedzinie Polskę. Podobne przykłady wykazują historyczne różnice jakościowe w sferze politycznej i gospodarczej. Fundusze unijne i ich lepsze (lub gorsze) wykorzystanie nie są więc elementem decydującym. Decyduje brak polskiej silnej marki, silnych polskich firm.

Po upadku komunizmu polski kapitał w prywatyzacji nie zaistniał na poważnie. Większość oligarchicznych biznesmenów grało tylko rolę pośredników odbierających premię prywatyzacyjną od zagranicznych koncernów. Polska stała się de facto zapleczem produkcyjnym Niemiec i w mniejszym zakresie innych bogatych krajów europejskich.

Pora na nowy model biznesowy

Dopiero teraz pojawia się coraz więcej firm kontrolowanych przez rodzimy kapitał, które zaczynają poważniejszą ekspansję zagraniczną. To wymierny efekt przyspieszenia gospodarczego po wejściu do Unii Europejskiej.

To jednak proces obliczony na lata i trudno spodziewać się skokowych zmian. Tym bardziej że zbliżamy się do granic wzrostu dochodów. Bez zmiany struktury gospodarki na opartą na produktach i usługach o wysokiej wartości dodanej wzrost ten zahamuje. Aby być atrakcyjnym miejscem produkcji, będziemy musieli utrzymywać wystarczający dystans w kosztach pracy do naszych zachodnich partnerów, co oznacza zatrzymanie wynagrodzeń na dotychczasowym niskim poziomie.

Obecnie ten problem wciąż nie występuje z dużą siłą, gdyż paradoksalnie wojna oraz wywołany przez nią kryzys na Ukrainie, a także zmiany w Turcji powodują, że pozostajemy dla Niemiec i Francji jedynym dużym, stabilnym i bliskim geograficznie krajem, w którym można lokować produkcję. Niemniej to nie musi trwać wiecznie. Jeśli sytuacja w innych lokalizacjach się ustabilizuje, odczujemy ich konkurencję o inwestycje.

Unia dała nam wentyl bezpieczeństwa

Po wejściu do UE utraciliśmy bezpowrotnie prawie 2 mln młodych ludzi. Spadek bezrobocia jest wynikiem nie tylko kreowania miejsc pracy w Polsce, ale również emigracji. Bez otwarcia granic i wejścia do UE ogromna większość obecnych emigrantów nie znalazłaby pracy w kraju. Groziło to nie tylko problemami gospodarczymi, ale również niepokojami społecznymi.

Wejście do UE zapewniło tzw. wentyl bezpieczeństwa. Niemniej ciemną tego stroną jest poważny ubytek demograficzny w grupie osób młodych. Rząd sygnalizuje chęć przyciągnięcia emigrantów do kraju, jednak czas nie jest tu sprzymierzeńcem. Im dłużej osoby te przebywają za granicą, tym bardziej erodują ich związki z Polską.

Autor był w przeszłości prezesem Banku Energetyki i dyrektorem Centrum Operacji Kapitałowych Banku Handlowego w Warszawie.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE