Groźna sprzeczność w polityce państwa

aktualizacja: 20.03.2017, 20:22
Foto: Fotorzepa /Magda Starowieyska

Lawinowe zadłużanie kraju przez rządzących zamiast jego reformowania grozi w ciągu kilku lat katastrofą ekonomiczną porównywalną w skutkach do zadłużenia kraju w epoce rządów Gierka – ostrzega przewodniczący Konwentu BCC.

Szybki przyrost długu publicznego Polski w ostatnim roku i wzrost kosztów jego obsługi staje się kolejną troską polskich przedsiębiorców, już odczuwających skutki nowej rzeczywistości polityczno-gospodarczej w kraju.

Nadciąga lawina

Analizując dane z ostatniego ćwierćwiecza, dowiadujemy się, że w 2000 r. polski dług sektora finansów publicznych wynosił tylko 359 mld zł (w cenach stałych z 2010), a do końca 2015 przekroczył 877 mld zł, w tym 805 mld zł to dług Skarbu Państwa, a 72 mld zł – samorządów. Przy czy dane te podawane są nie według metodologii unijnej, ale krajowej, która ukrywa rzeczywisty poziom zadłużenia kraju przez pomijanie m.in. zobowiązań zaciąganych przez Krajowy Fundusz Drogowy (ok. 36 mld zł).

Ministerstwo Finansów ogłosiło 28 lutego, że zadłużenie Skarbu Państwa na koniec 2016 r. wynosiło już 929 mld zł i w ciągu roku przyrosło aż o 94 mld zł, co stanowi 5,1 proc. PKB. To więcej niż w kryzysowym 2010 r., kiedy dług tego rodzaju przyrósł o 70 mld zł (4,9 proc. PKB). Ocenia się, że zadłużenie całego sektora finansów publicznych na koniec 2016 r., liczone wg metodologii unijnej, prawdopodobnie przekroczyło 1 bilion złotych.

Jednak nie same liczby bezwzględne są powodem obecnego stanu alarmowego. Dla oceny ryzyka makrofinansowej destabilizacji liczy się przede wszystkim relacja długu publicznego do PKB oraz relacja całkowitego, publicznego i niepublicznego, długu zagranicznego do PKB. Relacja ta pokazuje bowiem zdolność kraju do obsługi swoich zobowiązań. To w tych kategoriach nastąpiły alarmująco duże przyrosty. Dług publiczny w 2000 r. wynosił bowiem tylko 36,5 proc. PKB, w 2015 wzrósł do 51,4 proc., na koniec 2016 skoczył do 53,7 proc., a prognoza na koniec 2017 r. mówi o możliwości przekroczenia progu 55 proc. PKB.

W ten sposób wróciliśmy z nadmiarem do stanu zagrożenia sprzed trzech–czterech lat. Przypomnijmy, że decyzja koalicji PO–PSL o przejęciu przez Skarb Państwa około 150 mld zł środków OFE, zgromadzonych tam przez uczestników w latach 2000–2013, zmniejszyła rynkowe zadłużenie państwa o około 8 proc. PKB. Bez tej operacji dług publiczny przekroczyłby już teraz konstytucyjny próg 60 proc. PKB! Obecny rząd nie dysponuje już tego rodzaju rezerwą. Aby nie zwiększać jeszcze bardziej zadłużenia, rząd gwałtownie ograniczył w 2016 r. inwestycje publiczne.

Powtórka z lat 70.

Lawinowe zadłużanie kraju przez rządzących zamiast jego reformowania grozi w ciągu kilku lat katastrofą ekonomiczną porównywalną w skutkach do zadłużenia kraju w epoce rządów Gierka. Deklarowanym celem rządu, w którym za gospodarkę odpowiada wicepremier Mateusz Morawiecki, jest ucieczka z tzw. pułapki średniego rozwoju poprzez wzrost poziomu krajowych inwestycji i oszczędności.

Ale faktycznie realizowana polityka gospodarcza rządu jest sprzeczna z tym celem oraz innymi deklaracjami zawartymi w strategii odpowiedzialnego rozwoju (SOR), bo wprowadza do budżetu nowe obciążenia promujące konsumpcję, a nie inwestycje. W dodatku te obciążenia finansowane są przyrostem długu publicznego, a nie zwiększonymi oszczędnościami krajowymi.

Największymi pozycjami skutkującymi wzrostem ryzyka destabilizacji w najbliższych latach będą skutki obniżenia wieku emerytalnego (około 10 mld zł w roku 2018 rosnące do około 20 mld zł rocznie w następnych latach), program 500+ (około 25 mld zł rocznie ) oraz prawdopodobny wzrost kosztów obsługi długu publicznego (przyrost o ok. 10 mld zł rocznie). W dodatku zmniejszenie wieku emerytalnego to rozłożony na wiele lat duży, ponad 10-proc. spadek podaży pracy. Ta faktycznie realizowana polityka gospodarcza sprowadza SOR do roli materiału propagandowego.

Problemem rządu staje się dodatkowo mała i w tej sytuacji spadająca wiarygodność kredytowa kraju. W ostatnim roku oprocentowanie obligacji dziesięcioletnich wzrosło o ponad 1,5 pkt proc. Polska dołączyła w UE do krajów o najmniejszej wiarygodności kredytowej.

Oznacza to np., że za swoje zobowiązania zagraniczne, stanowiące 35 proc. zadłużenia publicznego, płacimy obecnie w euro o około 3 pkt proc. więcej niż kraje sąsiednie: Niemcy, Czechy, Słowacja, Dania czy Szwecja. W obecnej sytuacji pozycja „obsługa długu zagranicznego" tylko z powodu utraty wiarygodności kosztuje budżet – czyli wszystkich podatników – dodatkowe 10 mld zł rocznie. To są realne obciążenia za nieodpowiedzialne obniżanie wartości naszego państwa jako stabilnego ekonomicznie, wiarygodnego płatnika.

Niestety, makroekonomiczne problemy rządu stają się także problemem przedsiębiorstw. Nawet najlepsze firmy nie mogą bowiem zaciągnąć pożyczek walutowych na warunkach lepszych niż państwo. W kraju o bardzo małych zasobach kapitałowych firm w sposób bezpośredni ogranicza to potencjalne możliwości ich rozwoju. Finansowanie długiem jest po prostu droższe niż dla konkurentów z Zachodu, Czech czy Niemiec. Pozostawanie poza strefą euro zwiększa koszty transakcyjne firm i uniemożliwia zmniejszenie kosztu kredytu.

Rosną obawy o fiskalizm

Realistyczna, ale też alarmująca, jest niedawna deklaracja prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, że dla celów realizacji swojej wizji ideologicznej i politycznej gotów jest zaakceptować niższe tempo rozwoju gospodarczego kraju, nawet o 1 pkt proc. Skutki takiej polityki będą dla Polski i Polaków brzemienne, a pozorna atrakcyjność programów socjalnych szybko zostanie zniwelowana spadkiem dochodów realnych ludności.

Wprowadzanie takich programów to za mało, by zatrzymać w kraju lub nakłonić do powrotu rzeszę dynamicznych i kreatywnych osób w wieku produkcyjnym. Dramatycznie pogłębia się brak rąk do pracy w nowoczesnych gałęziach gospodarki, rośnie i tak już wysoka presja na wzrost wynagrodzeń, którego nie uzasadnia wzrost wydajności.

Rosnące zadłużenie państwa powoduje, że rząd poszukuje nowych źródeł finansowania niezrównoważonego budżetu. Uzasadnia to obawy przedsiębiorców przed wzrostem fiskalizmu oraz represyjności systemu podatkowego, zwłaszcza w kontekście propagandowo promowanego „uszczelniania". Obawy te nie służą inwestycjom, rozwojowi działalności gospodarczej i zwiększaniu przychodów budżetowych. I koło się zamyka.

Przyczyn tej sytuacji należy szukać w sprzecznej wzajemnie polityce gospodarczej i prawno-ustrojowej prowadzonej przez obecny rząd. Utrzymanie błędnego kursu tej polityki godzi w długoterminowe interesy ekonomiczne Polaków, których zwodzi się doraźnymi korzyściami materialnymi i często brutalną propagandą.

Zastępowanie reform skutkujących wyższą jakością życia przez próbę budowy nowej, egalitarnej klasy średniej samo releguje Polskę do grona uczestników Unii „drugiej prędkości", wbrew celom buńczucznie deklarowanym przez rządzących.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE