Opinie

Stefan Szczepłek: Rozterki szarego kibica

Fotorzepa, Andrzej Bogacz
Czujecie to, co ja?

1966 - byłem jak zwykle za Brazylią, ale pierwszy raz widziałem ją w telewizji. Przez myśl mi nie przeszło, że drużyna mająca w składzie Pelego i Garrinchę może grać bez bramkarza. Po porażce Brazylii przerzuciłem sympatię na Portugalczyków z Eusebio. Kiedy w finale pierwszą bramkę strzelił Helmut Haller przyrzekłem sobie, że jeśli Niemcy wygrają, przez cały rok, na znak żałoby będę chodził w czarnej koszuli. Kiedy ma się siedemnaście lat różne głupie myśli chodzą po głowie. Uratował mnie Geoff Hurst. Anglia była synonimem i symbolem futbolu. Ja się z tym głęboko zgadzałem.

1974 - to, że Polska wystąpi na mistrzostwach świata, pokona po drodze Anglię, a ja to zobaczę na własne oczy, nie przychodziło mi do głowy. Nikt ze znajomych tego wcześniej nie przeżył. A kiedy wygrała z Brazylią, mój świat piłkarskich wartości się zawalił. Siódme niebo podczas finału zaczęło się w pierwszej minucie, po bramce z karnego dla Holandii. Skończyło się piekłem. Morze niemieckich flag na stadionie w Monachium i radość gospodarzy zrodziły egzystencjalne pytanie: czy ja się kiedyś doczekam porażki Niemców?

Czytaj także: Chorwackie lwy nie chcą wracać do klatki

1978 - cztery lata wcześniej byłem za Holandią, a teraz chciałem żeby pokonała ją Argentyna. Żadna junta mnie nie obchodziła tylko Mario Kempes, Osvaldo Ardiles i Leopoldo Jacinto Luque. Tym bardziej, że Holandia grała bez Johana Cruyffa.

1982 - Moja Brazylia, z Zico, Socratesem i Falcao powinna zostać mistrzem. Niestety, miała też Valdira Peresa w bramce i Serginho w ataku. W meczu z Włochami do przerwy przegrywała 1:2. Oglądanie drugiej połowy byłoby zbyt trudną próbą dla mojego systemu nerwowego. Chodziłem więc ulicami Ochoty, ale wszędzie były otwarte okna, ludzie się darli przed telewizorami, nie chciałem wiedzieć dlaczego. No i stało się: 3:2 dla Włochów. To drewno Paolo Rossi strzelił wszystkie trzy. Dobrze, że rozebrali stadion Sarria w Barcelonie, na którym doszło do tej katastrofy.

1986 - Argentyna prowadzi w finale z Niemcami 2:0. Siedzę sobie na stadionie Azteca w nastroju fiesty. Czekam żeby mi ktoś podał cygaro i Cuba Libre. Aż tu nagle robi się 2:2. Do końca meczu zostało dziesięć minut, a wiadomo co robią Niemcy w ostatnich minutach. Wstrząsają mną dreszcze, ręce składam, wzrok ku górze. Na szczęście Matka Boża z Guadalupe zakończyła spotkanie z pięćdziesiątą amerykańską wycieczką tego dnia i przybyła na Estadio Azteca. Spotkała się na chwilę z Diego Maradoną i Jorge Burruchagą. Pierwszy podał, drugi pobiegł i w pewnej chwili wypuścił sobie za daleko piłkę. Bramkarz Harald Schumacher powinien wybiec z bramki i zażegnać niebezpieczeństwo. Ale Najświętsza Panienka pamiętała co cztery lata wcześniej Schumacher zrobił z Patrickiem Battistonem i przytrzymała Niemca za nogę. Argentyna wygrała 3:2, ja poszedłem na Cuba Libre.

1994 - spełniło się moje marzenie: zobaczyłem na własne oczy jak Brazylia zdobywa Puchar Świata. Ale tak mi było żal pechowych strzelców rzutów karnych: Roberto Baggio i Franco Baresiego, że nie skakałem do góry. Za to przed finałem na stadionie w Pasadenie koncertowała Whitney Houston. W Warszawie widziałem ją w kinie, na filmie „Bodyguard”, a tu na żywo. Ronaldo nosił jeszcze wtedy aparat na zębach.

1998 - Francja zagrała w finale tak ładnie, że rozgrzeszyłem Brazylię za porażkę 0:3. Przekonałem się, że Zinedine Zidane chyba jednak nie jest gorszy od Michela Platiniego. A Emmanuel Petit, jako jedyny piłkarz w historii finałów mundiali, wykonał „gest Garrinchy”. Byłem wśród miliona Francuzów na Polach Elizejskich, robiłem sobie zdjęcia z policjantami i żołnierzami w kepi. Czułem się jak w środku francuskiego filmu i wcale bym się nie zdziwił, gdyby nagle obok mnie pojawił się Louis de Funes, który zresztą już wtedy nie żył. Francja mon amour.

2002 - Brazylia - Niemcy: nie było takiego meczu, a co dopiero finału. Dzień wcześniej oglądałem trening Brazylijczyków. Trening? Zabawę z piłkami. Cyrkowy pokaz dla dziennikarzy z całego świata. Gdyby to widzieli polscy trenerzy, ręce by załamali, że to nieprofesjonalne podejście. A nazajutrz Brazylia wygrała 2:0, po golach Ronaldo. Nie sądziłem, że będzie mi kiedykolwiek żal piłkarza niemieckiego. Ale postawiłem się w sytuacji Olivera Kahna, jednego z najlepszych bramkarzy świata, który poważny błąd zakończony stratą bramki popełnił w najważniejszym meczu życia.

2006 - patrzyłem na Marco Materazziego i nienawidziłem wszystkich Włochów. Przeszło mi po tygodniu. Tym bardziej, że byli także tacy jak Gianluigi Buffon, Alessandro Del Piero czy Andrea Pirlo.

2010 - po niezliczonej ilości chamskich fauli Holendrzy stracili moją sympatię. Hiszpania zajęła w moim sercu miejsce Brazylii. No, raczej znalazła się obok.

2014 - 1:7 i każdy wie o co chodzi. Mimo to nie myślałem o samobójstwie. Oczywiście było mi Brazylijczyków żal, ale sami na to zapracowali. O Niemcach myślałem w kategoriach szacunku. Nie pierwszy raz.

2018 - Stawiałem na finał Chorwacja - Belgia, więc będę za Chorwatami. Ale ja już tyle widziałem, że każdy wynik przeżyję. Chciałbym żeby finaliści wykonali jakiś gest wobec uwięzionych w jaskini tajskich chłopców z drużyny „Dzikie Dziki”. Niech wiedzą, że świat kibicował im tak samo, jak piłkarzom na mundialu.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL