Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Media

Jubileusz Biełsatu: Dziesięć lat walki z propagandą

materiały prasowe
Nadająca z Polski białoruskojęzyczna stacja Biełsat odebrała Kremlowi część widowni na Białorusi.

Telewizja powstała w 2007 roku, w czasach represji i de facto międzynarodowej izolacji Białorusi. Rok wcześniej Aleksander Łukaszenko został prezydentem po raz trzeci, rozpędził największe od początku lat 90. protesty i wsadził do więzienia swoich oponentów.

Obecnie jest to jedyna niezależna stacja na Białorusi, nadająca w języku białoruskim. Przyszłość telewizji postawiło pod dużym znakiem zapytania ocieplenie relacji pomiędzy Mińskiem i Warszawą, które rozpoczęło się na początku ubiegłego roku. Szef MSZ, które przez dziesięć lat było głównym donatorem stacji, stwierdził, że „dotychczasowa formuła działania Biełsatu się wyczerpała”. W konsekwencji resort wypowiedział umowę Biełsatowi i tym samym wywołał burzliwą dyskusję, zwłaszcza w białoruskich niezależnych mediach. W tamtejszym środowisku demokratycznym zaczęto nawet mówić, że Biełsat stał się kartą przetargową w polsko-białoruskich stosunkach.

– Udałam się do MSZ w 2016 roku z pewną propozycją i nadzieją na wsparcie. Minister Witold Waszczykowski ironicznie powiedział mi „cóż, nie obaliliście Łukaszenki”. Ale nie to było celem naszej telewizji – mówi „Rzeczpospolitej” Agnieszka Romaszewska-Guzy, dyrektor TV Biełsat.

Obecnie pieniądze dla stacji znalazły się w rezerwie celowej budżetu państwa, które – o ironio – są w dyspozycji MSZ. O przyznaniu 20 mln złotych wsparcia dla Biełsatu zdecydował w środę Sejm, ale nie tylko. – Otrzymaliśmy poparcie Jarosława Kaczyńskiego. Nie ukrywam, że zwróciłam się do niego w tej sprawie, ponieważ uważam, że Biełsat jest częścią polityki wschodniej prowadzonej przez jego zmarłego brata.  - To jedyna, konkretna, namacalna rzecz, która się udała w naszej polityce wschodniej i która przetrwała – twierdzi Romaszewska-Guzy.

Od lat dziennikarze Biełsatu działali nielegalnie na Białorusi. Władze w Mińsku nie wydawały im akredytacji, a taką muszą posiadać wszyscy zagraniczni korespondenci. Było to przyczyną licznych zatrzymań dziennikarzy stacji, zakończonych aresztem. Do przełomu doszło na początku ubiegłego roku, gdy po raz pierwszy akredytowano kilku korespondentów Biełsatu. A działo się to wtedy, gdy w Warszawie otwarcie mówiono o zamknięciu stacji. Ale przedstawiciele władz w Mińsku nagle doszli wtedy do wniosku, że „Biełsat im nie przeszkadza”.

– Ocieplenie relacji z Zachodem, a zwłaszcza z Polską, może przełożyć się na to, że dziennikarzy Biełsatu nie będą dotykać restrykcje na Białorusi. Ale legalizacji działalności całej stacji nie należy się spodziewać – mówi „Rzeczpospolitej” Waler Karbalewicz, znany białoruski politolog.

O możliwą legalizację działalności Biełsatu na Białorusi próbowaliśmy zapytać tamtejsze Ministerstwo Informacji. Nikt jednak na temat stacji nie chciał rozmawiać. Przedstawiciele władz w Mińsku nie chcą zabierać głosu w sprawie stacji. – Jakieś materiały Biełsatu trafiają do mnie sporadycznie, przeważnie z sieci społecznościowych. Czerpię informację z różnych źródeł, ale nie chce wypowiadać opinii na temat tej stacji – mówi „Rzeczpospolitej” Waleryj Waraniecki, szef komisji zagranicznej białoruskiego parlamentu. – Nie jestem od oceniania mediów, zajmuje się czymś innym. Temat jest dosyć specyficzny.

Działając de facto w podziemiu stacji udało się zdobyć setki tysięcy widzów na Białorusi. Z opublikowanych w lipcu sondaży niezależnego socjologicznego ośrodka Civitta Group SATIO wynika, że Biełsat ogląda 750 tys. Białorusinów. A to oznacza, że 10 proc. dorosłych mieszkańców kraju się czerpie informację z niezależnej białoruskojęzycznej telewizji. Z kolei co trzeci Białorusin wie o istnieniu takiej stacji. – To bardzo dobry wynik. Oznacza to, że Biełsat ma znaczenie w formowaniu opinii publicznej na Białorusi, zwłaszcza gdy dochodzi do protestów albo innych sytuacji kryzysowych – mówi „Rzeczpospolitej” prof. Andrej Wardamacki, białoruski socjolog. – Największy wpływ na Białorusinów wciąż mają jednak rosyjskie stacje telewizyjne. Są one popularniejsze nawet od białoruskich mediów rządowych. Proponują produkt lepszej jakości – dodaje.

O tym, że rosyjskie media formują opinię publiczną na Białorusi świadczy ubiegłoroczny sondaż niezależnego białoruskiego ośrodka NISEPI. Wynika z niego, że ponad połowa Białorusinów uważa Stany Zjednoczone za wroga, a za najlepszego przyjaciela z kolei Rosję. – Kropla drąży skałę. Tak robi Biełsat, jak i nasza gazeta. W konsekwencji stworzymy fundament, na którym powinniśmy zbudować demokratyczne państwo – mówi „Rzeczpospolitej” Iosif Siaredzicz, redaktor naczelny niezależnej białoruskiej gazety „Narodnaja Wola”.

Lokalni dziennikarze wskazują, że jednym z głównych atutów stacji jest jej białoruskojęzyczność. Zwłaszcza teraz, gdy jedynie 14 proc. białoruskich uczniów uczy się w języku ojczystym. – Biełsat jest tworzony przez najlepszych przedstawicieli naszej kultury – mówi „Rzeczpospolitej” Andrej Dyńko, zastępca redaktora naczelnego niezależnego miesięcznika „Nasza Niwa”.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL