MŚ w Rosji

Kamil Grosicki: Utrzymaliśmy się na szczycie

PAP/Bartłomiej Zborowski
- Przeżyliśmy wpadkę w Kopenhadze, ale to dowód na to, że jak za wcześnie myślisz, że już jest dobrze, to się mylisz. Ten zimny prysznic był nam potrzebny

"Rzeczpospolita": Pamięta pan swoje pierwsze obejrzane mistrzostwa świata?

Kamil Grosicki: 1998 rok i finał Francji z Brazylią. Pamiętam z niego oczywiście głównie Zinedine’a Zidane’a . Pozostałych meczów chyba nie oglądałem, albo nie pamiętam. Pierwszy mundial świadomie przeżyty, to turniej w Korei i Japonii w 2002 roku. 

Ulubiony piłkarz z kadry Jerzego Engela?

Wtedy największą gwiazdą był Emmanuel Olisadebe. Zapamiętałem też Macieja Żurawskiego. Ale kto wtedy grał na mojej pozycji, już nie pamiętam. 

Dla kibica mundial jest czymś wyjątkowym, ogląda po trzy mecze dziennie. Przez miesiąc wyłączony jest z życia. Dla pana MŚ też są czymś szczególnym?

Oczywiście, w końcu drużyny z całego świata, wszystkich kontynentów rywalizują o tytuł. No i dzięki występowi w mistrzostwach, człowiek zapisuje się w historii polskiej piłki. 

Tuż po meczu z Czarnogórą mówił pan, że marzy o medalu. Jakie są przesłanki, by celować tak wysoko?

Mamy potencjał, swój styl, potrafimy grać z każdym, także z tymi teoretycznie mocniejszymi zespołami. W każdym meczu stwarzamy sobie sytuacje do strzelenia gola. W meczach z silniejszymi zespołami nasza obrona gra zazwyczaj fantastycznie. Zobaczymy, jak to się potoczy, na mundial przyjadą 32 drużyny. To zupełnie inna impreza niż mistrzostwa Europy.

Pan i inni mówiliście o powtórzeniu wyniku z Francji, albo poprawieniu go, a Robert Lewandowski nie był zadowolony z niedzielnego meczu i kazał wszystkim twardo stąpać po ziemi.

Robert jest naszym liderem, ma swoje zdanie. Nie zawsze może być pięknie, nie zawsze da się atakować przez 90 minut. Przy stanie 2:0 myśleliśmy o utrzymaniu wyniku, staraliśmy się nie dopuścić do straty goli. Stało się, jak się stało, przydarzyło nam się pięć bardzo nerwowych minut, rywale doprowadzili do remisu. Przetrwaliśmy jednak trudne chwile. Dziś cieszę się z awansu, na analizę przyjdzie czas. 

W jakim elemencie reprezentacja zrobiła postęp w czasie tych eliminacji?

W ataku pozycyjnym. Praktycznie w każdym meczu byliśmy faworytami, musieliśmy grać w ten sposób. Wiele jest jednak do poprawy, wciąż musimy się rozwijać. Podczas zgrupowań przed mistrzostwami będziemy mieli czas na poprawienie różnych rzeczy. 

Jaki obraz staje panu przed oczami na hasło „eliminacje MŚ 2018”?

To, że praktycznie od początku byliśmy na pierwszym miejscu i potrafiliśmy je utrzymać. Przeżyliśmy wpadkę w Kopenhadze, ale to dowód na to, że jak za wcześnie myślisz, że już jest dobrze, to się mylisz. Ten zimny prysznic był nam potrzebny.

Zdobyliście 25 punktów z 30 możliwych, wygraliście osiem z dziesięciu meczów. A mimo to wszyscy mamy wrażenie, że to były trudne eliminacje.

Zupełnie inne niż te do Euro 2016. Wtedy Niemcy byli faworytami, my walczyliśmy o drugie miejsce. Teraz trzeba było tę grupę wygrać, utrzymać wysoki poziom. 

Po meczu w Czarnogórze pan przeżył lekki kryzys w kadrze.

Ale wciąż stwarzałem sytuacje i na szczęście na koniec eliminacji przyszła pewność siebie i od razu miało to przełożenie na statystyki. Dla mnie piłkarza ofensywnego to jest bardzo ważne. 

Trzy gole, trzy asysty, w klasyfikacji kanadyjskiej wyżej jest tylko Lewandowski.

Gola z Rumunią będę pamiętał całe życie i miło wspominał. To nie tylko ważna bramka, ale strzelona po fantastycznej akcji. Nie chcę się wychwalać, ale naprawdę stwarzam dużo sytuacji kolegom. W meczu z Kazachstanem w Warszawie, powinienem mieć trzy asysty, a Arek Milik powinien kończyć spotkanie z hat-trickiem. 

Martwi pana, że na pierwszy mundial jedziecie jako 30-latkowie?

30 lat skończę 8 czerwca, czyli kilka dni przed początkiem mistrzostw. Jesteśmy w najlepszym wieku dla piłkarza. Trzeba się zatem wspiąć na wyżyny, bo lata uciekają, a kariera jest bardzo krótka. To czas, by gonić marzenia.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL