Sąd: dwie położne zwolnione ze szpitala w Starachowicach mają wrócić do pracy

aktualizacja: 29.08.2017, 15:31
Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

Sąd przywrócił do pracy byłą oddziałową położnictwa i ginekologii szpitala w Starachowicach (Świętokrzyskie) oraz drugą położną - zwolnione dyscyplinarnie po tym, gdy pozostawiona bez opieki kobieta urodziła na podłodze jednej z sal martwe dziecko.

REDAKCJA POLECA
18.09.2017
Lekarze apelują do premier o ustawę ograniczającą ich czas pracy
kariera
Jak przekonać szefa do awansu?

Wyroki zapadły we wtorek przed miejscowym sądem, nie są prawomocne.

Na początku listopada ub.r. do szpitala w Starachowicach zgłosiła się kobieta w ósmym miesiącu ciąży, ponieważ przestała czuć ruchy dziecka; zdiagnozowano, że dziecko nie żyje. Według relacji pacjentki i jej męża, na które powołują się media i co potwierdzają wstępne ustalenia prokuratury, gdy rozpoczęła się akcja porodowa, kobiecie nie udzielono pomocy; pozostawiona bez opieki, urodziła na podłodze jednej ze szpitalnych sal.

W związku ze sprawą dyrektor szpitala Grzegorz Fitas zdecydował o rozwiązaniu umowy z ośmioma osobami, które dyżurowały, gdy kobieta rodziła. To ordynator, lekarka rezydentka i sześć położnych - w tym oddziałowa - pracujące tego dnia na oddziale.

B. pracownicy złożyli pozwy do sądu pracy. Położne uznające, że kierownictwo placówki niesłusznie zastosowało wobec nich odpowiedzialność zbiorową, domagały się przywrócenia do pracy i zasądzenia wynagrodzenia za czas przebywania bez pracy. Lekarze wnieśli o odszkodowania w wysokości miesięcznego wynagrodzenia za zwolnienie z pracy bez wypowiedzenia.

Od lutego Sąd Rejonowy w Starachowicach rozpatrywał sprawy b. pracowników lecznicy. We wtorek zapadły wyroki w dwóch ostatnich sprawach - szefowej związku zawodowego pielęgniarek i położnych w szpitalu oraz dotychczasowej oddziałowej.

Jak poinformował PAP rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Kielcach sędzia Jan Klocek, sąd przywrócił do pracy w starachowickiej lecznicy obie położne. Kobiety mają otrzymać też pensje za czas pozostawania bez pracy.

W pozwie do sądu szefowa związku zawodowego wskazała, iż rozwiązano z nią umowę naruszając przepisy - szpital nie uzyskał zgody zarządu związków zawodowych. Podniosła też, że w dniu porodu dyżurowała w innej części oddziału – na IV piętrze lecznicy na ginekologii, a nie na II piętrze na patologii ciąży, gdzie kobieta rodziła. Położna nie była informowana przez pozostały personel o konieczności pomocy przy tej pacjentce. Szpital, który wniósł o oddalenie powództwa, wskazał m. in. że położnictwo i patologia ciąży są częścią tego samego oddziału, a obowiązkiem zatrudnionych tam pracowników jest równoczesna, wspólna opieka nad wszystkimi pacjentami.

Z kolei oddziałowa w swoim pozwie wskazała, że w czasie, kiedy doszło do porodu - po południu - nie była już w pracy. Podkreśliła, iż prawidłowo wykonywała swoje obowiązki. Zaznaczyła, iż kierowała pisma do pracodawcy, gdzie wskazywała na konieczność zapewnienia całodobowej opieki położniczej oraz na możliwości występowania zagrożenia w zakresie niewystarczającej obsady położniczej na oddziale. Szpital, który wniósł o oddalenie powództwa wskazał, że sytuacja przy porodzie pacjentki, który przebiegał bez niezbędnej pomocy i obecności oraz opieki dyżurującego personelu była m. in. efektem braku dyscypliny i odpowiedniej organizacji pracy podległych oddziałowej pracowników.

W kwietniu i w maju trzy inne zwolnione ze szpitala położne doszły do porozumienia z pracodawcą - miały wrócić do pracy w lecznicy na dotychczasowych stanowiskach. Z kolei na początku czerwca sąd ogłosił wyrok w sprawie czwartej położnej, dyżurującej bezpośrednio przy rodzącej pacjentce - uznał, że jej zwolnienie było zasadne i oddalił powództwo o przywrócenia do pracy.

Zdaniem b. pracownic, popieranych przez związek zawodowy, dyrekcja zastosowała wobec nich odpowiedzialność zbiorową - oddział położniczo-ginekologiczny zajmował dwie kondygnacje szpitala, a położne, przypisane do konkretnych odcinków pracy na oddziale, nie mogły ich opuszczać. Nie wszystkie pracownice wiedziały, co się działo w części oddziału zajmującej się patologią ciąży.

W czerwcu sąd uznał za niesłuszne zwolnienie bez wypowiedzenia ordynatora oddziału ginekologii szpitala i zasądził odszkodowanie na rzecz lekarza. Sąd ustalił, iż rozwiązanie z powodem umowy o pracę w tym trybie nastąpiło z naruszeniem przepisów.

Natomiast w ostatni piątek sąd oddalił powództwo lekarki rezydentki, dyżurującej tego dnia na oddziale - uznał, że argumenty przedstawione przez szpital były zasadne i uprawniały lecznicę do rozwiązania umowy o pracę w trybie dyscyplinarnym.

Na początku roku lokalne media podawały, że lekarze zwolnieni ze starachowickiego szpitala znaleźli zatrudnienie w lecznicy w innym powiecie woj. świętokrzyskiego.

Prokuratura Rejonowa w Starachowicach prowadzi postępowanie w związku z narażeniem pokrzywdzonej na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Jak wynika z protokołu sekcji zwłok dziecka, nikt nie przyczynił się do jego śmierci - śmierć płodu nastąpiła, zanim kobieta zgłosiła się do szpitala.

Starachowicki szpital kontrolował Świętokrzyski Oddział Wojewódzki Narodowego Funduszu Zdrowia. Wykazano, że liczba lekarzy i położnych na oddziale w czasie, gdy pozostawiona bez opieki kobieta rodziła, była zgodna z przepisami. Postępowanie wyjaśniające w sprawie porodu podjął Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej.

Kontrolę w szpitalu przeprowadził też - na polecenie ministra zdrowia - wojewódzki konsultant ds. ginekologii i położnictwa. Jak mówił w połowie listopada ub.r. minister Konstanty Radziwiłł, wszystko wskazuje na to, że w szpitalu w Starachowicach nie popełniono istotnego błędu medycznego, a "zawiodły przede wszystkim sprawy dotyczące relacji" - zabrakło empatii i komunikacji między ludźmi.

POLECAMY

KOMENTARZE