Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Kraj

Sędziowie - komuniści i złodzieje (w togach)

Fotolia.com
„Postkomunistš" staje się dziœ represjonowany w stanie wojennym prof. Adam Strzembosz.

Jest 20 maja 2017 r. W Katowicach trwa pierwszy w powojennej historii Polski Kongres Prawników Polskich, organizowany przez samorzšdy adwokacki i radcowski oraz sędziowskie stowarzyszenie Iustitia. Jednym z prelegentów jest wiceminister sprawiedliwoœci dr Marcin Warchoł. W trakcie przemówienia stwierdza, że głównš przyczynš nieprawidłowoœci w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwoœci w Polsce jest nierozliczenie się ze zbrodni sšdowych systemu komunistycznego. Podnosi przy tym liczne ujawnione przez media afery w wymiarze sprawiedliwoœci, aczkolwiek wymienia tylko jednš głoœnš ostatnio sprawę dotyczšcš Sšdu Apelacyjnego w Krakowie. Na te słowa częœć uczestniczšcych w kongresie prawników wychodzi z sali na znak protestu.

Prawdziwi patrioci

Pomijajšc już ocenę tej formy protestu, warto przeanalizować sposób rozumowania wiceministra Marcina Warchoła. Ma on w końcu istotny wpływ na proces legislacyjny. Podczas obrad Sejmu reprezentuje stronę rzšdowš w dwóch kluczowych projektach dotyczšcych ustroju sšdów: projekcie rzšdowym w sprawie Krajowej Rady Sšdownictwa i – rzekomo poselskim – projekcie w sprawie zmian w sšdach powszechnych.

Poglšdy te nie sš odosobnione – wielokrotnie były przywoływane zarówno przez polityków partii rzšdzšcej, jak i przez prorzšdowe media. Opierajš się one na przekonaniu, że polskie sšdy zostały żywcem przeniesione z epoki komunizmu, gdyż w 1989 r. nie przeprowadzono ich weryfikacji. W zwišzku z tym broniš „postkomunizmu" (rozumianego bardzo szeroko, łšcznie z osobami z komunizmem walczšcymi) przeciwko „prawdziwym patriotom". W tym doœć dziwnym rozumieniu znaczenia słów „postkomunistš" staje się np. represjonowany w stanie wojennym prof. Adam Strzembosz, zaœ „antykomunistš" – poseł Piotrowicz, który w tamtym czasie był prokuratorem. Ale to już temat na szersze rozważania.

Drugim założeniem jest przekonanie, iż w polskim wymiarze sprawiedliwoœci roi się od patologii – od przewlekłoœci postępowań (rzekomo prawie największej w Europie), przez nieprawidłowoœci w zakresie organizacji i przebiegu postępowań, po czyny czysto kryminalne (rzekomo częste). Wszystko to oczywiœcie w atmosferze całkowitej bezkarnoœci „nadzwyczajnej kasty" sędziowskiej, czyli, mówišc krótko, komuniœci i złodzieje w togach.

Zbrodniarze nie żyjš

Oczywiœcie nie można mediom czy poszczególnym obywatelom odmawiać prawa do własnej oceny, nawet jeœli ta ocena w istotny sposób rozmija się z rzeczywistoœciš. Mamy w końcu jeszcze wolnoœć słowa i obywatele mogš wyrażać najróżniejsze przekonania, choćby w sposób tak niekonwencjonalny, jak uczestnicy miasteczka namiotowego koczujšcy na pl. Krasińskich w Warszawie pod siedzibš Sšdu Najwyższego. Pół biedy jednak, jeœli poglšdy tego typu głosi niewielka grupa obywateli albo publicyœci niszowych portali internetowych. Gorzej, gdy mówi tak ważny polityk partii rzšdzšcej, w dodatku zajmujšcy stanowisko wiceministra sprawiedliwoœci. Fakt, że pan wiceminister podkreœlał, iż patologie dotyczš tylko niektórych sędziów. Jednak zupełnie nie wiadomo, dlaczego na podstawie pojedynczych przypadków wysnuł potrzebę gruntownych antydemokratycznych zmian systemowych.

Kwestia sšdowych zbrodni okresu stalinowskiego to już temat wyłšcznie historyczny. Sprawcy tych zbrodni już zazwyczaj nie żyjš, a jeœli nawet żyjš, to przebywajš poza zasięgiem polskiej jurysdykcji, jak np. Stefan Michnik, stalinowski sędzia wojskowy, którego ukarania domagajš się demonstranci, choć już kilka lat temu Szwecja odmówiła jego ekstradycji. Słynny był swego czasu przypadek prokurator Wolińskiej, która oskarżała m.in. w procesie generała Fieldorfa „Nila" i na ekstradycję której nie zgodziły się dla odmiany władze brytyjskie. Osoby te na ogół zresztš zakończyły karierę sšdowš po roku 1956. Stšd hasło pocišgnięcia do odpowiedzialnoœci stalinowskich zbrodniarzy ma charakter czysto publicystyczny, a nie prawny.

Bardziej aktualna jest kwestia sędziów, którzy skazywali opozycjonistów w stanie wojennym. Faktem jest, że po roku 1989 œrodowisko sędziowskie – wbrew nadziejom prof. Adama Strzembosza – nie oczyœciło się z osób, które w latach 80. sprzeniewierzyły się zasadom niezawisłoœci. Zapewne przytoczone przez ministra Warchoła liczby mogš być prawdziwe i tylko niewielka grupka sędziów spotkała się z konsekwencjami większymi niż przeniesienie do mniej eksponowanego wydziału. Osobiœcie żałuję, że tak się stało, ale trudno mi odpowiadać za okres, gdy byłem jeszcze na studiach. Jaki jest jednak powód, aby obecnie, 28 lat póŸniej, przedstawiać to jako głównš bolšczkę wymiaru sprawiedliwoœci? Myœlę, że jednak żaden, chyba że celem było sprowokowanie słuchaczy. W sposób udany zresztš.

Zdecydowana większoœć sędziów obecnie orzekajšcych otrzymała nominacje już po roku 1990. Większoœć zna stan wojenny tylko z ksišżek i filmów, a w najlepszym razie z wczesnego dzieciństwa, podobnie zresztš jak urodzony w roku 1980 minister Warchoł. Sędziów pamiętajšcych czasy stanu wojennego jest niewielu i zbliżajš się już oni do granicy stanu spoczynku. Osobiœcie nie znam przypadków czynnych sędziów orzekajšcych wbrew zasadzie niezawisłoœci w sprawach politycznych, aczkolwiek być może w skali kraju takie pojedyncze przypadki można jeszcze gdzieœ znaleŸć.

W oparach absurdu

Dlaczego zatem głównym zarzutem stawianym sędziom, którzy w stanie wojennym w najlepszym razie chodzili do podstawówki albo do przedszkola i mieli wówczas zgoła niepolityczne zainteresowania, stawia się zarzut nierozliczenia sędziów stanu wojennego? Prawdę mówišc, nie jestem w stanie pojšć logiki tego wywodu. Oczywiœcie w obu przypadkach chodzi o sędziów. W podobnych strojach i z podobnym łańcuchem na piersi (choć wtedy orzeł był bez korony, a wykuty napis brzmiał „PRL", a nie „RP"). Na tym jednak podobieństwa się kończš. Cišgłoœć instytucjonalna oczywiœcie istnieje, ale cišgłoœć personalna już stanowczo nie. Z równym powodzeniem można by przykładowo twierdzić, że obecne Ministerstwo Sprawiedliwoœci powinno przeprosić za zbrodnie stalinowskie i hitlerowskie, ponieważ mieœci się w siedzibie dawnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a w czasie okupacji policji kryminalnej Kripo, zaœ minister Ziobro zajmuje gabinet należšcy wczeœniej do ministra Stanisława Radkiewicza. A jeszcze wczeœniej do sturmbannführera H. Geislera. Szczęœliwie przed wojnš był to luksusowy apartamentowiec.

Absurdalnoœć tego rodzaju rozumowania jest oczywista. Stawianie w roku 2017 zarzutów dotyczšcych poczštku lat 90. osobom, które nie majš z tymi kwestiami nic wspólnego, i w dodatku wycišganie tego argumentu jako kluczowego w czasie radykalnych zmian proponowanych przez rzšd jest zupełnie niezrozumiałe z prawnego punktu widzenia. Chyba że chodzi o czystš politykę, ale tš dziedzinš nie wolno mi się zajmować.

Oczywiœcie politycy partii rzšdzšcej doskonale wiedzš, że obecnie sšdownictwo jest zdominowane przez ludzi młodych i w œrednim wieku. Niemniej minister Warchoł w jednym z wywiadów konsekwentnie twierdził, że nierozliczenie się œrodowiska sędziowskiego z tym haniebnym okresem bezpoœrednio wpływa na młode kadry, na całe korporacyjne myœlenie. Dlaczego miałoby się tak dziać – tego już pan minister nie uœciœlił. Uznał natomiast, iż obecna sytuacja to niestety efekt wcišż pokutujšcego wœród sędziowskich elit komunistycznego myœlenia o sšdownictwie – dogmatów nieomylnoœci i absolutnej nietykalnoœci.

Z tym ostatnim twierdzeniem zgodzić się nie sposób, gdyż akurat komunistyczny sposób myœlenia o sšdownictwie był zgoła odmienny. Do roku 1989 sšdownictwo było częœciš jednolitej władzy państwowej, całkowicie podporzšdkowanš partii rzšdzšcej i władzy wykonawczej. O żadnej niezależnoœci nie mogło być w praktyce mowy. Tym bardziej nie mógł obowišzywać dogmat o nieomylnoœci i absolutnej nietykalnoœci, bo dogmat ten dotyczył wyłšcznie najwyższych funkcjonariuszy partyjnych. Sędziów uznawano za zwykłych urzędników państwowych, a w razie niesubordynacji karano. Nijak się to ma do teorii o dogmacie nieomylnoœci i bezkarnoœci. Notabene obecne projekty zbliżajš nas do modelu całkowitej dominacji władzy wykonawczej nad sšdowniczš, przyjmujšc nawet większy stopień podporzšdkowania niż przed rokiem 1989.

Drugim argumentem podnoszonym w obronie planowanych zmian (celowo nie używam słowa „reform", bo „reforma" to zmiana na lepsze) jest bezkarnoœć przestępczoœci sędziów. Słusznie minister Warchoł podkreœlił, że niektórych. Z tym, że owe znane z mediów niektóre przypadki przestępstw sędziów można policzyć na palcach jednej ręki. Razem z wykroczeniami – na palcach dwóch ršk. Dodajmy – czynów domniemanych, bo jednak jeszcze obowišzuje zasada domniemania niewinnoœci i sprawy mogš skończyć się różnie. A czy sš przykłady „absolutnej bezkarnoœci" przestępczej działalnoœci sędziów w ostatnim czasie? W znanych mi kilku przypadkach udowodnione przestępstwo zawsze wišzało się z usunięciem ze służby. Oczywiœcie można mówić jedynie o czynach udowodnionych, a nie o pomówieniach i skargach strony niezadowolonej z przebiegu procesu.

Ruch przy Rakowieckiej

Nawet jednak tych kilka ujawnionych przypadków to cokolwiek wštpliwe uzasadnienie zmian zmierzajšcych do przywrócenia MS uprawnień sprzed roku 1989. Notabene można pozazdroœcić prokuratorom ze specjalnego wydziału ds. poważnych przestępstw sędziów, którzy od roku nudzš się w gmachu przy ul. Rakowickiej, cyzelujšc tych kilka postępowań. Ale nie chcę zapeszać...

Kolejnym mitem, podanym nie tylko przez ministra Warchoła, ale także odruchowo przyjmowanym w mediach, także tych niezbyt przychylnych obecnej władzy, jest przewlekłoœć postępowań. Tymczasem pan wiceminister – mówišc delikatnie – minšł się z prawdš, jakoby polskie sšdy były „w ogonie" czasu postępowań. Wszelkie statystyki porównawcze œwiadczš bowiem o tym, że w zakresie długoœci postępowania mieœcimy się mniej więcej w œrodku stawki krajów europejskich. Przeciętny czas postępowania nie wynosi – wbrew obiegowym opiniom – wiele lat, lecz pięć miesięcy. Faktycznie w Polsce jest więcej sędziów na liczbę mieszkańców niż œrednia europejska. Ale warto zauważyć, że liczba spraw przypadajšcych na jednego sędziego jest znacznie wyższa od œredniej europejskiej. Polski sędzia załatwia też ich œrednio znacznie więcej niż sędziowie z innych krajów. Spraw wieloletnich (ponad trzy lata) jest raptem pół promila. Oczywiœcie to i tak za dużo i powinno być lepiej. Rzecz w tym, że zaproponowane projekty w żadnej mierze do tego nie doprowadzš, ponieważ nie o to w nich chodzi.

Setki Milewskich

Kolejna sprawa to uzależnienie sędziów od polityków. Często jest tu przywoływany przykład prezesa Milewskiego z Gdańska, który zachowywał się w sposób służalczy wobec domniemanego polityka partii rzšdzšcej. Na ten przykład powołał się także minister Warchoł. Problem w tym, że obecne władze chcš wprowadzić znacznie większe uzależnienie prezesów sšdów od ministra sprawiedliwoœci, czyli w praktyce 373 „prezesów Milewskich" wprost podporzšdkowanych ministrowi we wszystkich sšdach powszechnych. Gdzie tu sens i logika – nie wiem.

W sumie politycy partii rzšdzšcej nie podali żadnego realnego powodu, który uzasadniałby znaczšce zwiększenie uprawnień ministra sprawiedliwoœci w zakresie powoływania prezesów sšdów, przewodniczšcych wydziałów i wizytatorów – czyli wszystkich sędziów funkcyjnych. Wydawałoby się, że zagwarantowana w art. 183 Konstytucji RP zasada niezależnoœci władzy sšdowniczej od innych władz powinna mieć jakieœ odniesienie do praktyki. Niestety, tak nie jest. I – trzeba to przyznać – nie od dziœ. Zasada ta jest systematycznie podważana od wielu lat, często przy aprobacie Trybunału Konstytucyjnego. Teraz proponuje się całkowite podporzšdkowanie administracyjne sšdownictwa MS. Czyli pod względem legislacyjnym historia zatacza koło i wracamy w tym zakresie do modelu z lat 80. A co z hasłem o „komunistach"? Pozostawiam to do refleksji czytelników.

Autor jest sędziš Sšdu Okręgowego w Płocku, prezesem Oddziału SSP Iustitia w Płocku

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL