Komentarze

Haszczyński: Nieznośna względność czasu w NATO

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Rosji na wysłanie zielonych ludzików do podbicia Krymu wystarczyło parę dni, podobnie było ze wsparciem militarnym dla separatystów na wschodzie Ukrainy. W NATO, które zastanawia się właśnie nad swoją przyszłością na szczycie w Brukseli, czas biegnie inaczej. Nie chodzi o to, że wolno. Przede wszystkim niekorzystnie dla krajów najbardziej zagrożonych przez Moskwę.

21 lat – tyle upłynęło od podpisania aktu NATO–Rosja. Jednak zdaniem członków sojuszu z dawnego Zachodu on nadal ich obowiązuje, mimo że Moskwa go podeptała. Dlatego na terytorium nowych państw członkowskich nie stacjonują na stałe wojska natowskie. Są tu rotacyjnie i nie wiadomo na jak długo. Nikt na razie nawet nie obiecał, że potrwa to dłużej niż pięć następnych lat.

Czytaj także: NATO coraz mocniejsze

Dowodem względności czasu w NATO jest też to, że o Polsce czy państwach bałtyckich myśli się jak o nowych członkach, choć są już w sojuszu – odpowiednio – od 19 i 14 lat. A nowy to jednak gorszy, niepełnowartościowy.

Cztery zaś lata upłynęły od momentu, gdy Moskwa podeptała wspomniany akt, naruszając granice Ukrainy, anektując Krym i dokonując agresji na Donbas. Z kolei dziesięć lat temu Ukraina i Gruzja usłyszały na szczycie sojuszu w Bukareszcie, że będą członkami NATO. Dziś nie tylko nimi nie są, ale nikt już nie walczy o to, by kiedykolwiek były. Wskazując czas, który dzieli nas od przyjęcia Kijowa i Tbilisi, można raczej mówić o nieskończoności.

Jeszcze jedna ciekawa liczba: siedem lat dają sobie Niemcy na dojście do wydatków militarnych na poziomie 1,5 proc. PKB (wciąż daleko do zalecanych w sojuszu 2 proc.).

Na tle okresów 21- czy siedmioletnich imponująco wypada półtora roku rządów Donalda Trumpa, które wystarczyły do postawienia pod znakiem zapytania jedności NATO i – szerzej – Zachodu. Co oczywiście również jest korzystne dla Kremla. NATO powinno przestawić zegarki na czas moskiewski.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL