Kolarstwo

Richard Moore: Etap. Nieznana historia najciekawszych i najważniejszych etapów Tour de France

Tour de France ’85. Joël Pelier – typowy équipier (pierwszy z lewej) oraz lider i „patron” wyścigu Bernard Hinault (w żółtej koszulce) na czele peletonu.
Presse Sports
Widownia zagęściła się dopiero na 500 metrów przed metą. Droga pięła się pod górę, więc Joël Pelier zebrał się w sobie i raz jeszcze wstał z siodełka. Zegar pokazywał ponad sześć godzin i 57 minut. Ostatnie cztery i pół godziny jechał sam.

7 lipca 1989 roku. Etap szósty: Rennes do parku Futuroscope, 259 km, płasko.

Rankiem na pierwszym szosowym odcinku Tour de France z 1989 roku Joël Pelier powiedział dyrektorowi swojego teamu, Javierowi Mínguezowi: – Dzisiaj chciałbym zaatakować. – Joël, wiesz, za co ci płacimy – odparł Mínguez. – Masz chronić Cubino.

W zespole jeździłem jako équipier – tłumaczy Pelier – pracowałem na lidera naszego teamu". Laudelino Cubino był typowym hiszpańskim góralem. „Czterdzieści kilo w porywach, nie był w stanie jechać po płaskim z prędkością 60 kilometrów na godzinę. Byłem jego aniołem stróżem".

„Gdy jeździsz jako équipier – kontynuuje Pelier – nie masz możliwości uzyskiwania dobrych wyników". Tak się jednak złożyło, że pięć dni później, przy okazji etapu szóstego, Mínguez zmienił zdanie. „Nie wiem dlaczego – mówi Pelier – ale dał mi carte blanche. Na trasie tego etapu zjechałem do tyłu po kurtkę przeciwdeszczową i bidony. Do mety zostało jakieś 180 kilometrów, a on mnie pyta, czemu nie atakuję. Miałem wrażenie, że rzuca mi wyzwanie. Powiedział, że jego zdaniem mam za małe jaja, żeby zaatakować tak daleko przed metą. Niby się śmiał, ale dla mnie wyglądało to na zakład, na wyzwanie".

To był najdłuższy etap Touru w 1989 roku: ciężka, mozolna harówka na południe z Rennes, stolicy Bretanii, do futurystycznego, ale ciągle nieukończonego parku rozrywki na przedmieściach Poitiers w zachodniej Francji. Niebo było mocno zachmurzone, a sama trasa etapu nie sugerowała, żeby należało się spodziewać jakiejś ekscytującej jazdy (park rozrywki też jeszcze tej rozrywki nie oferował). Kolarze jechali pod wyjątkowo zimny jak na tę porę roku wiatr, chętnie tworzyli więc dużą grupę, która dawała schronienie. Warunki nie sprzyjały ucieczkom, jazda pod wiatr ewidentnie faworyzowała duże skupiska zawodników. W takie dni jak ten siła tkwiła w grupie.

Po 31 kilometrach Soren Lilholt wygrał lotną premię, drugą na 58. kilometrze wygrał Sean Kelly. Trzecia lotna premia na 75. kilometrze przypadła w udziale Johnowi Talenowi. Peleton nadal jechał w całości. Po tym trzecim sprincie do peletonu wkradł się marazm. To wtedy Pelier zjechał po kurtkę i bidony, to wtedy Mínguez zażartował o tym ataku.

Pelier dołączył z powrotem do peletonu, rozdał bidony swoim partnerom, dostarczył kurtkę Cubino i wyjechał na czoło. Potem pokazał Mínguezowi, że odwagi mu nie brakuje. Zaatakował. „Myślałem, że ruszyli za mną inni, ale peleton był chyba zaskoczony moim atakiem. Postanowiłem wykorzystać ten element zaskoczenia i urwałem się sam. Dość szybko wyrobiłem sobie minutową przewagę. Problem w tym, że do mety pozostawało jeszcze 180 kilometrów. Samotna ucieczka na takim dystansie to samobójstwo. Przy tak długiej trasie do pokonania taka ucieczka jest z góry skazana na porażkę".

Tylko jeden kolarz wytrzymał sam przed peletonem na dłuższym dystansie w Tour de France. W 1947 roku Albert Bourlon uciekał samotnie przez większość liczącego 253 kilometry etapu. Zaatakował w Carcassone, zaraz po starcie tego etapu. Żaden inny kolarz nawet nie zbliżył się do tego wyczynu. Pelier miał dwie możliwości do wyboru. Mógł odpuścić i z podkulonym ogonem dać się dogonić peletonowi, co wiązałoby się zapewne z jakimś delikatnym szyderstwem ze strony Míngueza, który najprawdopodobniej drugi raz nie pozwoliłby mu zostawić w ten sposób Cubino. Mógł też uciekać dalej.

Jechał dalej, zgiął plecy i łokcie, położył się na kierownicy, by jak najłatwiej jechało mu się pod wiatr.

Gdy Pelier rozpoczynał samotną ucieczkę, nie wiedział, że na mecie w parku Futuroscope czekali na niego jego rodzice. Było to o tyle szczególne wydarzenie, że jego brat był w dużym stopniu niepełnosprawny i wymagał całodobowej opieki. W związku z tym jego ojciec kilkakrotnie był na wyścigach w czasie jego czteroipółletniej kariery zawodowej, ale jego matka jeszcze nigdy nie widziała go w trakcie rywalizacji. Wcześniej nie planowali pokonać 700 kilometrów z domu na wschodzie Francji, tak się jednak złożyło, że brat Jöela od kilku dni przebywał w domu opieki. Podjęli spontaniczną decyzję, że wyruszą w sześciogodzinną podróż na drugą stronę kraju, żeby zobaczyć występ swego 27-letniego syna w Tour de France. Nie powiedzieli mu o tym, postanowili zrobić mu niespodziankę.

***

Jechałem dalej, moja przewaga rosła". Gdy wzrosła powyżej dziewięciu i pół minuty, Pelier prowizorycznie przejął żółtą koszulkę lidera. Przewaga jednak rosła dalej, do 10, 15, 18 minut... „W pewnym momencie miałem 25 minut nad peletonem – opowiada Pelier – ale nawet w takiej sytuacji nastrój zawodnika ulega ciągłym wahaniom. Raz wierzysz, raz nie wierzysz, potem znowu wierzysz, potem znowu nie wierzysz. Starałem się skupiać na odpowiednim zarządzaniu siłami i chyba całkiem mi to wyszło. Nie byłem już młodym zawodnikiem, miałem trochę doświadczenia".

Pelier był typowym équipier. Był graczem zespołowym, który nawet jeśli miał kiedyś jakieś indywidualne ambicje, nauczył się, że musi o nich zapomnieć, jeśli marzy mu się kariera zawodowca. Jego kariera przebiegała pod znakiem trudnych nauczek. Już w pierwszym roku wystartował w Tour de France. Jechali akurat w Alpach, na 269-kilometrowym etapie między Morzine i Lans-en-Vercors. Czuł, że jest mocny, więc podjął impulsywną decyzję o ataku. „Na trasie etapu było osiem przełęczy, ja zaatakowałem na drugiej. Nie wiedziałem, że liderzy wyścigu postanowili zneutralizować rywalizację aż do siódmego podjazdu".

Pelier odskoczył, gdy zobaczył Kolumbijczyka Luisa Herrerę pędzącego po punkty do klasyfikacji górskiej. Nie skojarzył, że Herrera nie ucieka, że zależało mu tylko na punktach do zdobycia na szczycie podjazdu. Za lotną premią Herrera spasował, ale Pelier cisnął dalej. Za nim ruszył Bernard Hinault w żółtej koszulce lidera. „Hinault dopadł mnie na zjeździe, złapał mnie za koszulkę i pyta: »Co ty wyprawiasz?«, na co ja mu mówię, że ma mnie nie dotykać, a on na to: »Nigdy nie wygrasz żadnego wyścigu, masz moje słowo!«".

„Wywiązała się między nami kłótnia, ale w końcu dotarło do mnie, o co mu chodzi. W końcu to patron. Po wszystkim dziennikarze rozdmuchali całą sprawę do jakichś absurdalnych rozmiarów. Widzieli tylko tyle, że Hinault popędził na zjeździe za jakimś małym idiotą, który postanowił zaatakować".

Trzy lata później, gdy Pelier samotnie zmierzał w stronę parku Futuroscope, Hinault raz jeszcze ruszył za nim w pościg. Gdy go dogonił, znów zaczął krzyczeć. Tym razem jednak Hinault jechał samochodem, pracował już w zespole organizatorów wyścigu. Tym razem wykrzykiwał słowa zachęty. Hinault i Pelier zaprzyjaźnili się w 1986 roku podczas mistrzostw świata w Colorado, w których Pelier jechał w barwach reprezentacji Francji i wspomagał Hinault. Teraz, gdy Pelier walczył z uderzającym w niego wiatrem, Hinault raz za razem do niego podjeżdżał i opuszczał szybę, żeby z nim rozmawiać. „Naprawdę mi wtedy pomagał – opowiada Pelier. – Na bieżąco informował mnie o mojej przewadze, nieustannie mnie dopingował. Chyba był zadowolony, że spróbowałem".

Hinault wiedział, że to rzadka, a może nawet niepowtarzalna okazja dla zawodnika, któremu w toku kariery przytrafiały się głównie niepowodzenia. Rok po tym, jak starli się w trakcie Touru, Pelier znów trafił do gazet i znów z niewłaściwych powodów. Upadł na finiszu 17. etapu Touru, na szczycie Col de Granon. To był szczególnie trudny i wysoki podjazd. To jedna z najwyżej położonych dróg w Europie, wspina się na wysokość 2413 metrów nad poziomem morza, przy okazji jest stromo. Tyle że Pelier nie upadł tak po prostu, on stracił tam przytomność. Założono mu maseczkę tlenową, a potem wpakowano do helikoptera i zabrano do szpitala. Zapadł w śpiączkę na siedem godzin. Dzisiaj bagatelizuje tę sytuację i składa ją na karb ostrego spadku poziomu glikogenu. „Wpadłem w stan hipoglikemii, musiałem zostać na noc w szpitalu. Szybko wróciłem do siebie, ale nie wystarczająco szybko... W Tour de France nie ma miejsca na dzień wolnego".

Jego kariera jakoś nie chciała się ułożyć. Dokonał niezwykłego wyboru jak na francuskiego kolarza i dołączył do hiszpańskiego zespołu BH, który reprezentował w sezonie 1989. „Zależało mi na ciepłej i przyjaznej atmosferze, a w Hiszpanii ją znalazłem – mówi. – Miałem szczęście, że gdy przeszedłem na zawodowstwo, mogłem przez dwa lata jeździć dla Jeana de Gribaldy'ego". De Gribaldy zmarł 2 stycznia 1987 roku w wieku 67 lat na skutek wypadku drogowego. W tym samym roku Pelier przeszedł do teamu Systeme U, prowadzonego przez Cyrille'a Guimarda. „O De Gribaldym do dziś często myślę. On kochał kolarstwo i kochał swoich zawodników. Potrzebowałem właśnie tego rodzaju atmosfery. U Guimarda zastałem inną atmosferę, która mi nie do końca odpowiadała".

„W 1988 roku miałem słabszy sezon i trudno było mi znaleźć nową ekipę – opowiada Pelier. – Zaufali mi Hiszpanie, a poza tym do zatrudnienia się w BH namawiał mnie inny Francuz, Philippe Bouvatier. W hiszpańskich zespołach nie brakowało grimpeurs [górali], więc ich włodarze nieustannie poszukiwali zawodników wszechstronnych, zwłaszcza baroudeurs [walecznych]".

Decyzja o przekroczeniu granicy zemściła się w kwietniu, gdy Pelier upadł i doznał złamania kości krzyżowej, dużej kości składającej się na miednicę. To była kolejna poważna przeszkoda w jego karierze, ale też okazja dla Míngueza, by wykazać się kunsztem menedżerskim oraz wiarą w Peliera. „Cały kwiecień, 25 dni, spędziłem w gipsie. W dniu wypadku sądziłem, że to dla mnie koniec sezonu. W szpitalu w Pampelunie płakałem jak dziecko. Byłem członkiem zespołu, który zatrudnił mnie specjalnie z myślą o Tour de France. Mínguez, mój dyrektor ds. sportowych, powiedział, że mam się skupić na powrocie do zdrowia i że jeszcze mogę pojechać w tym Tourze".

„Jesteś tym z moich kolarzy, którego najbardziej chcę zobaczyć w Tour de France", powiedział mu Mínguez. „To było dla mnie coś wielkiego. Sportowcy na tym poziomie są niezwykle wrażliwi na punkcie morale".

„Pewnie, że w takiej sytuacji pojawiają się wątpliwości. Kiedy zdjęto mi gips i znów mogłem się ruszać, cały maj przeznaczyłem na rehabilitację. W czerwcu wróciłem do ścigania się. Było bardzo, ale to bardzo trudno, wiedziałem jednak, że Mínguez we mnie wierzy i to bardzo mi pomogło. Dopiero na 15 dni przed Tourem poczułem, że wraca mi forma, że mogę wejść na poziom sprzed wypadku".

***

Na trasie prowadzącej do parku Futuroscope Pelier walczył z wiatrem i usiłował utrzymać koncentrację na bieżącym zadaniu, mozolnie pedałując i pokonując kolejne kilometry przez raczej nudny, wiejski krajobraz.

Wtedy zaczęło padać. Droga zrobiła się śliska i mokra, co dla Peliera było korzystne. W peletonie doszło do sporej kraksy i tworzący go zawodnicy zaczęli jechać ostrożniej. Na 38 kilometrów przed metą Pelier miał 11 minut przewagi. To była spora różnica, peleton dzieliły od niego całe cztery kilometry, ale wcześniej przewaga ta wynosiła już nawet 25 minut. W głowie Peliera kotłowały się pozytywne i negatywne myśli: „Myślę sobie, że wygram, zaraz słyszę, że przewaga topnieje, a wtedy dopada mnie myśl, że mam przesrane, że mnie dopadną".

Gdy przewaga uciekiniera zaczęła maleć, zespoły sprinterskie zwietrzyły krew. W żółtej koszulce lidera jechał Greg LeMond i to jego team ADR jako pierwszy ruszył w pogoń. Doszli do wniosku, że nawet przeciętnemu kolarzowi pokroju Peliera nie można pozwolić aż tak odskoczyć. Następnie do akcji dołączył holenderski zespół Panasonic, którego sprinterem był Jean-Paul van Poppel. „Gdy peleton ruszył w pogoń, moja przewaga konsekwentnie topniała – opowiada Pelier – ale cały czas starałem się rozkładać siły. Gdy oni gonili, ja przyspieszyłem. Oczywiście wiedziałem, że muszę oszczędzać siły, zwłaszcza że jadę pod wiatr. Przez cały czas oszczędnie gospodarowałem siłami".

„Problem w tym, że w takiej sytuacji o rozmiarach przewagi uciekiniera decyduje peleton. Na 100 kilometrów przed metą mogli mnie bez problemu dogonić. Samotnie uciekający kolarz może stracić dziesięciominutową przewagę na dystansie dziesięciu kilometrów".

Wiatr jeszcze się wzmógł. Mina Peliera wyrażała agonię. „Jeśli Pelier zderzy się ze ścianą wiatru, bardzo szybko go dojdą", ocenił komentator telewizyjny. Na szczęście droga skręciła i teraz wiało z boku, co bywa zdradliwe w peletonie, ale dla samotnego zawodnika stanowi pewną ulgę. Niedługo potem jednak znów musiał jechać pod wiatr, a do tego z nieba dosłownie lunęło, co było widać na zachlapanych deszczem obiektywach kamer. W tym zniekształconym obrazie Pelier dostrzegł ponury grymas twarzy Peliera, efekt czteroipółgodzinnej harówki pod wiatr. „Pelier wygląda, jak gdyby umierał właśnie już dziesiąty raz", ocenił komentator.

Na dziesięć kilometrów przed metą jego przewaga wynosiła już tylko pięć i pół minuty. Na niebie rozpętała się burza z piorunami. „Dla mnie to był atut – wspomina Pelier. – Jednemu zawodnikowi jest w takich warunkach łatwiej, do peletonu wkrada się chaos. Ta burza ewidentnie mi pomogła, ale na dziesięć kilometrów przed metą nadal bardzo się martwiłem. Wiedziałem, że ciągle mogą mnie dogonić".

Na trzy kilometry przed metą Pelier wjechał na teren parku rozrywki i parku biznesowego Futuroscope. Tamtejsze ulice przypominały tor wyścigowy dla samochodów – były szerokie i otwarte, więc kolarz był narażony na ataki wiatru w pełnej sile. Pelier, podobnie jak przez większą część tego etapu, był maksymalnie pochylony nad kierownicą, a całe jego ciało aż się bujało, bo jechał na bardzo wysokim przełożeniu. Wcześniej starał się korzystać z niższych przełożeń, szybko kręcił nogami, by oszczędzić mięśnie. Teraz musiał jednak postawić na brutalną siłę fizyczną i odporność, nie na finezję. Wstał z siodełka, by mocniej nacisnąć na pedały. Pomimo padającego deszczu i ogólnej szarości jechał w okularach przeciwsłonecznych, na głowie miał białą przepaskę. Na skraju drogi stała garstka widzów. W tych koszmarnych warunkach mogli się na to zdobyć tylko najtwardsi z nich. Pelier nadal nie był pewien, czy wytrzyma. „Dopiero na dwa kilometry przed metą zrozumiałem, że wygram. Wtedy wiedziałem już, że nie mają szans mnie dopaść".

Na ostatnim kilometrze, gdzie droga była już obstawiona barierkami, kibiców jakoś nie przybywało. Widownia zagęściła się dopiero na ostatnich 500 metrach. Droga pięła się pod górę, więc Pelier zebrał się w sobie i raz jeszcze wstał z siodełka. Zegar pokazywał ponad sześć godzin i 57 minut. Ostatnie cztery i pół godziny Pelier jechał sam.

Gdy kolarz zbliżał się do mety, jadący za nim samochód sędziowski – z Hinault na pokładzie – dwukrotnie błysnął światłami, niejako w geście radości. Wtedy wreszcie Pelier wygodnie rozsiadł się na siodełku, wyprostował plecy i uniósł zmęczone ręce w geście zwycięstwa. Peleton pojawił się na mecie półtorej minuty później, przez cały czas odrabiał stratę.

Za metą Pelier został przejęty przez armię pracowników wyścigu w koszulkach z logo Coca-Coli, za nimi tłoczyli się fotografowie i reporterzy. Każdy chciał dopchać się do zwycięzcy, który wyczerpany opadł na kierownicę. „To było trochę samobójcze – zdołał wydukać w stronę reporterów. – Wszystko przez ten wiatr od przodu. Wydaje mi się, że nikt za mną nie wierzył, że wytrzymam tak do mety. Wszyscy tam uznali, że zobaczą się ze mną jeszcze przed końcem tego etapu".

Następnie Pelier spojrzał w górę i zaczął rozglądać się po kibicach. Doszły go słuchy, że na miejscu są jego rodzice. Nie wierzył w to, dopóki sam ich nie dostrzegł. Operatorzy kamer uchwycili ten moment. Na jego twarzy pojawił się grymas, a po policzkach popłynęły łzy. Pobiegł w ich stronę, a gdy był już blisko ojca, zakrzyknął: „Mon pere, mon pere!".

To z pewnością zmieniało treść narracji o przebiegu tego etapu, choć reporterzy wychodzili z założenia, że świadomość obecności rodziców na mecie była dla Peliera źródłem dodatkowej motywacji. Tymczasem zawodnik nie wiedział, że Janine i Pierre tam na niego czekają. „Nie, nic nie wiedziałem – mówi dzisiaj. – To była dla mnie całkowita niespodzianka. Nie wiedziałem, że postanowili przyjechać. Było dla mnie wielkim zaskoczeniem zobaczyć ich na mecie".

„Mój tata parokrotnie miał okazję widzieć mnie podczas wyścigów, ale moja mama nigdy nie dotarła na żadną z imprez, bo musiała opiekować się moim bratem, zostawać z nim w domu. Tym razem jednak mój brat trafił na okres wakacji do specjalistycznego centrum opieki, jego pobyt tam pokrył się akurat z Tour de France. Moi rodzice mieli nagle kilka dni wolnego. Moja mama przyjechała na mój wyścig po raz pierwszy od sześciu lat. To był dla mnie bardzo emocjonalny, szczególny moment".

Nikt nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości, gdy Pelier wyszedł na podium i ciągle jeszcze z załzawionymi oczami i drżącą szczęką przyjął nagrodę. Zapisał się też w annałach jako autor drugiej najdłuższej samotnej ucieczki w historii Tour de France (dwa lata później inny Francuz, Thierry Marie, samotnie uciekał na jeszcze dłuższym dystansie 243 kilometrów, wygrywając szósty etap z metą w Le Havre. Rekord 253 kilometrów do dziś pozostaje w rękach Alberta Bourlona, który zmarł w październiku 2013 roku, na miesiąc przed swoimi 97. urodzinami).

Fragment książki Richarda Moore'a „Etap. Nieznana historia najciekawszych i najważniejszych etapów Tour de France" w przekładzie Bartosza Sałbuta ukazała się nakładem Wydawnictwo Sine Qua Non.

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL