Historia

Polski bój pod Lenino

Bitwa pod Lenino – przygotowanie artyleryjskie
Archiwum „Mówią wieki”
Po zwycięskiej bitwie pod Kurskiem w lipcu 1943 roku Armia Czerwona przeszła do kontrataku. Wehrmacht ostatecznie utracił inicjatywę strategiczną. Wprawdzie stawiał jeszcze twardy opór, lecz nie był w stanie powstrzymać Rosjan.

13 października 1943 roku zwycięstwem wojsk niemieckich nad radziecko-polskimi zakończyła się bitwa pod Lenino. W rocznicę tego wydarzenia przypominamy fragment tekstu z archiwum "Rzeczpospolitej", z dodatku "Batalie największej z wojen".

 

W składzie sowieckiej 33. Armii gen. Wasilija Gordowa biorącej udział w operacji orszańskiej znajdowała się polska 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, dowodzona przez gen. Zygmunta Berlinga. Utworzona kilka miesięcy wcześniej z zesłańców, którzy nie zdążyli do armii gen. Andersa, jednostka była słabo wyszkolona, ale została rzucona na front, aby dostarczyć Stalinowi i komunistom ze Związku Patriotów Polskich propagandowego argumentu, że są Polacy, którzy chcą się bić z Niemcami u boku Armii Czerwonej. Choć „piastowskie” orzełki bez korony na czapkach kościuszkowców nie przypominały przedwojennych, większość stanowisk dowódczych w dywizji obsadzali oficerowie oddelegowani z Armii Czerwonej (nierzadko mający polskie korzenie), a o „zaprawę ideologiczną” troszczyli się politrucy komuniści, było to wojsko polskie. Dla wielu służba i walka w jego szeregach była jedyną szansą wyrwania się z sowieckiego jarzma i powrotu do ojczyzny.

 

Teren, w jakim miały nacierać dywizje 33. Armii był pocięty licznymi rzeczkami i strumieniami. W związku z opadami deszczu w październiku 1943 roku zamienił się w grzęzawiska, które nie nadawały się do użycia czołgów. Przeciwnikiem 33. Armii był niemiecki XXXIX Korpus z 4. Armii, który bronił rubieży o głębokości 5 – 7 km. Siły niemieckie liczyły ok. 20 tys. żołnierzy. Gen. Gordow miał przełamać niemiecką obronę na odcinku 5 km. W centrum natarcia szła polska dywizja, licząca 12 400 żołnierzy. Miała pokonać dolinę rzeczki Mierei o szerokości 150 – 200 metrów i wyprzeć Niemców z okolicznych wzgórz.

 

Gen. Berling zdecydował, że w pierwszym rzucie będą nacierały 1. i 2. Pułk Piechoty, a w drugim 3. pułk. Plan zakładał, że czołowe bataliony przełamią niemiecką obronę na pierwszej rubieży, a następnie, współdziałając z sąsiednimi jednostkami sowieckimi, zajmą kolejne pasy umocnień. W drugiej fazie natarcie miały wspierać czołgi.

 

12 października 1943 roku ze względu na mgłę uderzenie zostało przesunięte o godzinę. Poprzedziło je przygotowanie artyleryjskie. Stefan Rutkowski zanotował: „O godz. 9.20 ognista salwa katiusz daje sygnał do rozpoczęcia ogólnego artyleryjskiego przygotowania natarcia. Ogromny huk setek dział wstrząsa powietrzem i przechodzi w nieprzerwane ogłuszające dudnienie”. Z kolei oficer polityczny Włodzimierz Sokorski pisał: „Ogień jest huraganowy. Ostre błyski świateł i świst pocisków.

 

Nikt nic nie mówi. Żołnierze kurczowo ściskają broń. Mgła osiada na hełmach. (…) Nieprzyjaciel milczy. Po stronie niemieckiej nagle zapadła cisza”. O godz. 10 nawała ogniowa nagle ucichła na rozkaz gen. Gordowa. Do ataku zostało jeszcze pół godziny. W tym czasie oddziały niemieckiej 337. Dywizji Piechoty zdołały naprawić uszkodzone stanowiska obronne.

 

Przed walką idących do ataku żołnierzy pobłogosławił w okopach kapelan 1. DP dywizji ksiądz Kubsz. Gen. Berling tak opisał to natarcie: „Znajdowałem się wówczas na punkcie obserwacyjnym na podstawie wyjściowej między 1. a 2. pułkiem piechoty i z mocno bijącym sercem i ściśniętym gardłem czekałem na sygnał do rozpoczęcia natarcia. Kiedy rakiety poszły w górę i oba pułki pierwszego rzutu podniosły się i ruszyły, (...) nie mogłem się opanować i poszedłem z pierwszymi falami natarcia do Mierei, by choć im pokazać, że jestem z nimi: Żołnierze szli wyprostowani do ataku, jak na defiladę. (...) Wrażenie było tak ogromne, że obserwatorzy radzieckiej artylerii, która wspierała natarcie kościuszkowców, powyskakiwali w tym ogniu przed okopy, na przedpiersia, rzucając do góry czapki i krzycząc w jakiejś szaleńczej euforii: Niech żyją Polacy!”.

 

Pierwszy ruszył batalion mjr. Lachowicza. Gdy żołnierze zbliżyli się do niemieckich pozycji, okazało się, że ogień artylerii wyrządził im niewiele krzywdy. W brawurowym ataku polscy żołnierze wyparli nieprzyjaciela z pierwszej linii okopów. W tym samym czasie skrzydłowe sowieckie dywizje nie zdołały przełamać obrony. Powstałe wybrzuszenie umożliwiło Niemcom wyprowadzenie kontrataku ze skrzydeł. Nie bacząc na to, gen. Berling nakazał zająć wsie Trygubowa i Połzuchy z pomocą czołgów. Jednak bagnisty teren uniemożliwił ich użycie – wozy bojowe ugrzęzły w podmokłej dolinie Mierei.

 

Wykorzystując bierność sowieckiej 290. DP, nieprzyjaciel otworzył ogień na skrzydło atakujących Trygubową polskich oddziałów. Batalion mjr. Lachowicza poniósł dotkliwe straty, ale ostatecznie miejscowość została opanowana. Polaków stale nękało niemieckie lotnictwo, a dziwnym trafem nad polem bitwy nie było sowieckich samolotów. Straty w 1. Pułku Piechoty sięgały 50 proc. stanów wyjściowych. Nie pomogły wysiłki saperów, którzy zdołali przeprawić na drugi brzeg rzeki sześć czołgów. Niemcy zaciekle kontratakowali i pomimo twardej polskiej obrony wieczorem odbili Trygubową.

 

Podobnie zakończył się atak 2. pułku na Połzuchy. W trakcie akcji sowiecka artyleria pomyłkowo położyła ogień na zajęte przez Polaków niemieckie okopy. Pomimo strat pułk ok. 14 opanował wieś. Nie na długo jednak, bo pod naporem niemieckim Polacy musieli się z niej wycofać. Nie pomogło wprowadzenie do walki odwodowego 3. pułku.

 

Pierwsza faza natarcia 33. Armii zakończyła się niepowodzeniem. Gen. Berling pisał: „Powtórzenie jej nazajutrz, w warunkach zasadniczych zmian we wzajemnym stosunku sił na naszą niekorzyść, poniesienie dodatkowych strat i wydatkowanie poważnych ilości środków walki, przeczyłoby zdrowemu rozsądkowi i równałoby się przysłowiowemu trykaniu głową w mur. Bez wprowadzenia zasadniczych zmian mogła być tylko mowa o utrzymaniu zdobytego terenu”. Pomimo sugestii polskiego dowódcy gen. Gordow nie zmienił planu.

 

13 października natarcie znowu poprzedziła nawała artyleryjska, tym razem 15-minutowa. O godz. 8 żołnierze poszli do ataku. Głównym zadaniem było odbicie wsi Połzuchy. Edward Flis relacjonował: „Padamy i podnosimy się znowu. Już nie myślę o śmierci. Jest mi wszystko jedno, co będzie. Wystrzeliłem dwa bębny amunicji; został tylko jeden – 72 naboje. Nie wolno tego wystrzelić na wiatr. Wpadliśmy do okopów. Niemcy stłoczeni w rowie łącznikowym uciekają, niektórzy usiłują wydostać się z okopów na powierzchnię, inni zaciekle strzelają”.

 

Sowieckie dywizje nie rozpoczęły natarcia na swoich odcinkach. „Postanowiłem czekać na sąsiadów – wspominał gen. Berling. – Z mej strony była to już nieulegająca wątpliwości niesubordynacja. Toteż kiedy osobiście przekazałem mój rozkaz Kieniewiczowi (zastępcy dowódcy 1. DP ds. liniowych, służącemu wcześniej w Armii Czerwonej – red.), był zaskoczony i zapewne kierowany życzliwością – zwrócił mi uwagę, że to, co zarządziłem, jest zabronione i grozi mi za to sąd”.

 

Wieczorem 13 października 2. pułk zajął ostatnim wysiłkiem Połzuchy.

Straty dywizji były bardzo duże. Do sztabu 33. Armii pojechał ppłk Sokorski, który zażądał wycofania dywizji z frontu. Zdenerwowany krzyknął do sowieckich oficerów: „Wy chcecie zniszczyć nam dywizję!”. W nocy z 13 na 14 października 1. DP została zluzowana przez Rosjan. Pod Lenino straciła 3054 poległych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli.

Październik 2009

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL