Rzecz o historii

Mundial'74: Ta przeklęta kałuża

3 lipca 1974 r. mecz Polska – RFN został rozegrany na pływającym w wodzie Waldstadion we Frankurcie nad Menem
AFP
W piątek minęła 44. rocznica meczu rozegranego na mistrzostwach świata w piłce nożnej w RFN w 1974 r., w czasie którego Orły Górskiego, po dwóch bramkach Grzegorza Laty i jednej Andrzeja Szarmacha, pokonały drużynę Argentyny 3:2.

W kolejnym meczu nasza złota jedenastka rozgromiła Haiti 7:0. Szarmach zdobył hat tricka, kolejne dwie bramki strzelił Lato, a Deyna i Gorgoń po jednej. Następnym rywalem biało-czerwonych była groźna drużyna włoska, którą rozgromili 2:1. I znowu niezawodnym duetem okazali się Lato i Szarmach, przy czym ten drugi strzelił bramkę przy znakomitej asyście Kasperczaka.

W I fazie grupowej Polacy jako jedyni zdobyli komplet punktów. Drugą fazę rozpoczęły zwycięstwa 1:0 ze Szwecją i 2:1 z Jugosławią. Wydawało się, że nikt i nic nie może powstrzymać husarzy piłki nożnej. Nazwiska Deyny, Laty, Szarmacha, Gorgonia i Tomaszewskiego pojawiły się we wszystkich gazetach świata. Zdawało się, że nic nie stoi na drodze do pucharu. Nic oprócz rzeczy tak banalnej jak jedna kałuża, która zmieniła historię piłki nożnej. Najbardziej dramatycznym spektaklem mundialu 1974 r. okazał się bowiem mecz na pływającym w wodzie Waldstadion we Frankfurcie nad Menem. Stawką spotkania pomiędzy Polską a RFN był awans do finału. Ale ze względu na przechodzące nad miastem nawałnice stadion był nasiąknięty wodą niczym gąbka. Niewiele pomogły specjalne walce wyciskające ją z murawy. Piłka co chwila grzęzła w boisku. I chociaż w 53. minucie Jan Tomaszewski popisowo obronił rzut karny, to w 76. minucie musiał ulec strzałowi Gerda Müllera. Polacy nie zdołali pokonać w odwecie niemieckiego bramkarza Seppa Maiera i przegrali zaledwie 1:0 w meczu, który w ogóle nie powinien się odbyć.

W pojedynku o srebro pokonaliśmy Brazylię po golu króla strzelców tego mundialu Grzegorza Laty. Puchar Świata FIFA trafił jednak do rąk piłkarzy Helmutha Schöna. Drugie „pozłacane" miejsce przypadło Holendrom, a trzecie Polakom (choć formalnie był to srebrny medal). Złota drużyna brazylijska zajęła czwarte miejsce.

Wprawdzie zajęliśmy trzecie miejsce, ale tak naprawdę każdy Polak czuł, że jesteśmy zwycięzcami pokonanymi przez deszcz. Drużyna Górskiego wracała do Warszawy w glorii. Tłumy warszawiaków wyszły na ulice, aby przywitać piłkarzy. Przyjęcie reprezentacji przez najwyższych dostojników państwowych i partyjnych, z I sekretarzem KC PZPR Edwardem Gierkiem i premierem Piotrem Jaroszewiczem na czele, było dowodem na to, jak bardzo sukcesy polskiego futbolu wpływają na nastroje społeczne.

Ale łaska partii nie trwała długo. Po zdobyciu przez piłkarzy Kazimierza Górskiego „zaledwie" drugiego miejsca na olimpiadzie w Montrealu w 1976 r. nikt już ich nie witał w Belwederze. Zapotrzebowanie coraz bardziej trzeszczącej w szwach władzy ludowej na sukces sprawiło, że kadra narodowa – a w szczególności jej trener – nie spełniła oczekiwań propagandy. Pod wpływem nagonki medialnej Kazimierz Górski postanowił odejść z funkcji trenera, a miejsce selekcjonera kadry narodowej zajął „piłkarski technokrata" Jacek Gmoch.

Kazimierz Górski nie znalazł już sobie miejsca w polskiej piłce. Zdecydował się na karierę zawodową za granicą. W latach 1977–1985 pracował w Grecji, odnosząc sukcesy jako trener Panathinaikosu, AGS Kastoria, Olympiakosu i Ethnikosu Pireus. Jak wspominał po latach, nie czuł się tam najlepiej i sam nie rozumiał, jak mógł wytrzymać tak długo. Podobną opinię wyrażał, wspominając swoje osiedlenie w 1945 r. w całkowicie zniszczonej Warszawie. Jednak Warszawę pokochał, ponieważ ukoiła jego nieustającą tęsknotę za Lwowem.

Pod koniec życia Kazimierz Górski powiedział, że przy kompletowaniu reprezentacji narodowej współczesny selekcjoner powinien jeździć po całej Europie, by wyławiać polskich piłkarzy grających w zagranicznych klubach. On sam mógł jeździć jedynie po całej Polsce i oglądać wiele piłkarskich spotkań, aby wybierać tych najlepszych. I robił to znakomicie, skoro stworzył zespół, któremu wpajał prostą, choć niezwykle pragmatyczną zasadę: „Wygra ten, kto zdobędzie więcej bramek". Wszystkim tym, którzy próbowali tworzyć wokół futbolu skomplikowane teorie, powtarzał: „Piłka to gra prosta. Nie potrzeba do niej filozofii". Po latach oczekiwań nadzieje w polskich kibicach budzi wspaniała drużyna Adama Nawałki. Miejmy nadzieję, że postawi na prostą dewizę Kazimierza Górskiego: „Trzeba tak grać, aby wygrać".

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL