Historia

W getcie walczył nie tylko ŻOB

Wzięci do niewoli powstańcy z warszawskiego getta.
EAST NEWS
Z Mosze Arensem rozmawia Piotr Zychowicz (przypominamy tekst z kwietnia 2011 roku)

Zawsze mówiono mi, że powstanie w getcie warszawskim było dziełem lewicowej Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB).

Mosze Arens:
Mnie też. I właśnie dlatego postanowiłem napisać książkę, która przypomni światu o zapomnianych prawicowych bohaterach zrywu sprzed 70 lat. Czyli bojownikach Żydowskiego Związku Wojskowego (ŻZW). Niestety, ich udział w powstaniu był przez kilkadziesiąt lat świadomie wymazywany z historii przez ich przeciwników politycznych. Myślę jednak, że nadszedł wreszcie czas, aby przywrócić tym dzielnym ludziom miejsce należne im w historii.

Kto chciał, żeby o nich zapomniano?

Zacznijmy od tego, że o epopei ŻZW nie miał kto opowiedzieć. Paweł Frenkel i inni dowódcy organizacji zginęli podczas powstania lub zaraz po nim. W przypadku ŻOB było zupełnie inaczej. Choć Mordechaj Anielewicz zginął w bunkrze na Miłej 18, to dwóch innych przywódców organizacji przeżyło – jego zastępca Antek Cukierman oraz Cywia Lubetkin. Bojowniczka, która później została jego żoną. To oni opowiedzieli światu historię powstania.

I pominęli w niej rolę nielubianych prawicowców.

Oczywiście. Ich opowieść była całkowicie jednostronna. Wyolbrzymiali rolę ŻOB i pomniejszali rolę ŻZW. Gdy Cukierman już mówił o związku, to w sposób lekceważący. Jako o mało ważnej, podrzędnej grupce, która podczas walk nie odegrała większej roli. Cukierman i Lubetkin byli członkami młodzieżowej organizacji syjonistów socjalistów Dror. Anielewicz był zaś członkiem Ha-Szomer Ha-Cair, również grupy mocno lewicowej. Podobnej proweniencji była większość innych dowódców i członków ŻOB. Organizacja uważała, że reprezentuje żydowski proletariat. Nie przez przypadek utrzymywała kontakty z prosowiecką AL. Jeden z dowódców grupy był zresztą otwartym komunistą.

A ŻZW?

To była zdecydowana prawica. Przywódcy związku przed wojną należeli do Bejtaru, młodzieżówki syjonistów rewizjonistów Włodzimierza Żabotyńskiego. Do organizacji należał m.in. Frenkel, który nawet zaciągnął się do podziemnej prawicowej formacji Irgun walczącej wówczas z Brytyjczykami i Arabami w Palestynie. W oczach bojowników ŻOB wszyscy ci ludzie byli obrzydliwymi reakcjonistami, z którymi nie chcieli mieć nic wspólnego. Rozmawiałem na ten temat z Markiem Edelmanem. On do końca życia uważał prawicowych Żydów z ŻZW za faszystów i bandytów.

Czy fakt, że w Izraelu przez pierwsze kilkadziesiąt lat rządziła lewica, miał wpływ na wymazanie roli ŻZW?

Naturalnie. Cukierman i Lubetkin już w 1946 roku przyjechali do Palestyny. Opowiadali tam swoją historię, która wywołała olbrzymie zainteresowanie. Jednocześnie w Palestynie trwała zacięta rywalizacja między syjonistami rewizjonistami pod wodzą Menachema Begina a żydowskimi socjalistami pod wodzą Davida Ben Guriona. Toczyła się wówczas wojna o żydowskie dusze, o kształt przyszłego państwa.

Zakładam, że opowieść o dzielnej ŻOB bardzo się Ben Gurionowi w tej walce przydała.

Rzecz jasna. A jednocześnie lewica nie miała najmniejszego interesu w tym, żeby nagłaśniać heroiczne czyny członków formacji ideowej, którą zwalczała. Walka ta zakończyła się zresztą dla lewicy sukcesem. Po 1948 roku, gdy powstał Izrael, socjaliści rządzili krajem przez pierwsze 30 lat. Narracja ŻOB została wówczas implantowana w umysły ludzi, a pamięć o ŻZW skutecznie wyrugowana. Wzmianek o tej organizacji próżno było szukać w podręcznikach szkolnych, w książkach czy gazetach. W efekcie, gdy pojedzie pan do Izraela i zapyta kogoś na ulicy, kim był Mordechaj Anielewicz, każdy odpowie bez błędu. Nie ma u nas miasta, w którym nie byłoby ulicy jego imienia. A na nazwisko Paweł Frenkel ludzie tylko wzruszają ramionami.

Podobnie jest w Polsce.

Nie jestem ekspertem w sprawach powojennej historii Polski, ale zakładam, że komunistyczne władze także nie były zainteresowane w przypominaniu heroizmu prawicowych Żydów. ŻOB była dla nich znacznie bardziej poprawna politycznie. Po powstaniu w getcie wielu bojowników ŻOB trafiło zresztą w szeregi AL. Wszyscy dowódcy ŻZW zostali zaś zabici, a żołnierze się rozpierzchli.

To skąd wiadomo o walce tej formacji w powstaniu?

Choćby z raportów operacyjnych Jürgena Stroopa, SS-Gruppenführera, który zniszczył getto. Pisał on na przykład o głównej bitwie powstania na placu Muranowskim, gdzie Niemcom czoło stawili właśnie żołnierze ŻZW. Wywiesili oni nad placem dwie flagi: syjonistyczną – która stała się później flagą Izraela – oraz biało-czerwony sztandar Rzeczypospolitej. Te flagi były doskonale widoczne po aryjskiej stronie muru. Część najbardziej skrajnie nacjonalistycznej prasy podziemnej przyjęła to z oburzeniem, twierdząc, że Żydzi nie mają prawa walczyć pod polskim sztandarem. Jak koniecznie chcą się bić, to niech to sobie robią pod sztandarem komunistycznym. Ale większość prasy uznała te flagi za dowód braterstwa między Polakami i Żydami.

Gdy już mowa o tym braterstwie. Na ile silne były związki między ŻZW a AK?

Takie związki oczywiście były, ale nie aż tak bliskie, jak się to wielu ludziom wydaje. Tłumaczowi mojej książki Michałowi Sobelmanowi wysłałem już dodatkowy rozdział napisany specjalnie do polskiego wydania „Flag nad gettem warszawskim" [ukaże się w czerwcu – przyp. red.]. Rozdział nazywa się „Polskie powiązania" i wszystko w nim dokładnie wyjaśniam. Wygląda na to, że wiele opowieści o związkach ŻZW z AK – na przykład o awansowaniu pośmiertnym przez gen. Sikorskiego żydowskich oficerów WP poległych w getcie – powstało po wojnie na zamówienie reżymu komunistycznego, by podkreślić związki „polskiej reakcji" z żydowską prawicą.

Ale w ŻZW byli przecież przedwojenni polscy żołnierze.

Tak, choć na przykład Paweł Frenkel i kilku innych dowódców nie służyło w Wojsku Polskim. Byli zaś oczywiście oficerowie rezerwy oraz zwykli żołnierze, którzy przeszli przez polską służbę zasadniczą. Obie organizacje, ŻOB i ŻZW, starały się nawiązać kontakty z polskim podziemiem, aby otrzymać od niego broń. Gen. Grot-Rowecki nie palił się jednak do dawania broni ŻOB, którą uważał za bandę komunistów. Z ŻZW było nieco lepiej. Sporo broni dostarczali członkowie wchodzących w skład ŻWZ organizacji PLAN i KB. Większość pistoletów i granatów organizacja po prostu kupiła na dworcach od niemieckich i włoskich żołnierzy, którzy wracali spod Stalingradu.

Wsparcie AK musiało chyba jednak być nie takie małe, skoro ŻZW walczył także pod polską flagą.

Przede wszystkim żołnierze organizacji mieli nadzieję, że jak Polacy zobaczą swoją flagę, przyłączą się do powstania i ogarnie ono całe miasto. Ale naturalnie nie można zaprzeczyć, że ci ludzie czuli się blisko związani z Polską i jej sprawą. Już przed wojną Żabotyński podpisał umowę o współpracy z rządem II RP. Polska miała umożliwić emigrację dużej ilości żydowskich obywateli do Palestyny, a polskie wojsko na specjalnych obozach szkoleniowych ćwiczyło bojowników Irgunu. Później na Bliskim Wschodzie walczyli oni z Arabami i Brytyjczykami. Polacy przekazali również żydowskim prawicowcom sporą ilość broni, która miała zostać przemycona do Palestyny. Wybuchła jednak wojna i pokrzyżowała te plany.

Podobno syjoniści rewolucjoniści lubili powtarzać, że zakończona sukcesem walka Polaków o niepodległość była dla nich inspiracją.

Za wzór stawiali sobie szczególnie Józefa Piłsudskiego. Jego podziemną POW i Legiony, które starały się zbudować państwo poprzez czyn zbrojny, a później stały się zaczątkiem polskiej armii. Rzeczpospolita przez ponad 120 lat nie istniała na mapie, ale dzięki determinacji i wierze w zwycięstwo Polaków udało się ją w końcu zbudować. Żydowscy prawicowcy uważali, że skoro udało się Polakom, oni mogą zrobić to samo na Bliskim Wschodzie. Podczas walk w getcie większość żołnierzy ŻZW rozmawiała ze sobą w języku polskim, a nie w jidysz. Frenkel nosił zaś polskie, chrześcijańskie imię – Paweł.

Ilu żołnierzy biło się w ŻZW podczas powstania?

Dziś trudno to precyzyjnie policzyć. Obie organizacje – ŻOB i ŻZW – miały po kilkuset żołnierzy. Ale liczebność nie była wówczas najważniejsza. Liczyło się, kto jaką ma broń. Większość broni ŻOB stanowiły pistolety, które w walce ulicznej ze znakomicie wyekwipowanym, profesjonalnym niemieckim wojskiem na niewiele się mogły przydać. ŻZW miał zaś pewną ilość karabinów, w tym dwa karabiny maszynowe, których użyto do walki w bitwie na placu Muranowskim.

Czyli ŻZW był silniejszy niż ŻOB?

Bez wątpienia. Był nie tylko lepiej wyposażony, ale również lepiej wyszkolony. Nie dość, że w szeregach ŻZW walczyli byli żołnierze Wojska Polskiego, to jeszcze polskie podziemie przysłało na teren getta ekspertów, którzy szkolili bojowników formacji w zakresie walki w mieście. To przełożyło się na taktykę obu grup. ŻOB dokonywała głównie zasadzek. Dwie takie akcje miały miejsce 19 kwietnia 1943 r., pierwszego dnia powstania. ŻZW zdecydował się zaś na frontalną konfrontację z nieprzyjacielem. Na placu Muranowskim związek miał stałe pozycje i przez cztery dni toczył regularną bitwę z Niemcami.

Podobno jego żołnierze zniszczyli nawet pojazd opancerzony.

Rzeczywiście. Stroop rzucił na getto m.in. lekki czołg produkcji czeskiej. Został on zaatakowany przez ŻOB za pomocą koktajli Mołotowa i musiał się wycofać. Wkrótce jednak wrócił do akcji. Zniszczyli go dopiero – butelkami z benzyną i granatami, które dostali od Polaków – żołnierze ŻZW.

Jakie były straty obu stron podczas powstania w getcie?

Z dokumentów niemieckich wynika, że straty Niemców były znikome. Spośród 2 tysięcy ludzi, którzy brali udział w akcji tłumienia powstania, stracili 12 żołnierzy, w tym kilku Ukraińców. To byli doskonale wyszkoleni żołnierze, którzy starali się nie wchodzić w bliski kontakt z przeciwnikiem. Stroop przyjął taktykę „walki z budynkami". Ostrzeliwał kamienice z artylerii, potem je podpalał i tak niszczył dzielnicę kwartał po kwartale. Żydowscy żołnierze nie mieli więc większych szans na podjęcie równorzędnej walki. Wysokie dane niemieckich strat podawane po wojnie przez weteranów ŻOB były niestety nieprawdziwe, chodziło o wyolbrzymienie swojego wysiłku zbrojnego.

A druga strona?

Straty, jakie ŻOB poniosła w bezpośrednich walkach, były również niewielkie. Tak jak powiedziałem, grupa ta stosowała taktykę zasadzek, po których jej bojownicy odskakiwali i ukrywali się w bunkrach. Bardzo trudno ich było schwytać. Co innego ŻZW. Związek poniósł bardzo poważne straty. Z ręki wroga zginęło około 100 jego żołnierzy.

Jak zginął Frenkel?

Zabito go już po powstaniu, w czerwcu 1943 roku, na ulicy Grzybowskiej 11. Po wojnie zmieniła się numeracja i dziś jest to chyba dom numer 5. Frenkelowi wraz z dziesięcioma najwierniejszymi towarzyszami udało się wydostać z getta i ukryć po aryjskiej stronie. Zamierzali, w porozumieniu z polskim podziemiem, przedostać się do leśnych oddziałów partyzanckich. Zostali jednak odkryci przez Niemców. Wywiązała się zacięta walka. Zginęło czterech Niemców i wszyscy żydowscy prawicowcy. Ostatnio poprosiliśmy premiera Beniamina Netanjahu, aby podczas wizyty w Jerozolimie Donalda Tuska zapytał go, czy nie można by upamiętnić tego miejsca tablicą. W końcu Frenkel był najważniejszym z dowódców powstania w getcie. Wasz premier bardzo się sprawą zainteresował, ale powiedział, że leży ona w gestii władz Warszawy. Przy pomocy naszego ambasadora Zvi Rav-Nera próbowaliśmy się skontaktować z panią prezydent Warszawy. Na razie jednak bez skutku.

Dlaczego ŻZW zdecydował się na podjęcie walki w Warszawie?

Oni stali przed trudnym dylematem. Mogli albo bić się w getcie, albo wyjść do lasu, do partyzantki. W lesie warunki byłyby trudne, ale istniała spora szansa na przeżycie. W getcie takiej szansy raczej nie było. Mimo to zdecydowali się walczyć w Warszawie. Chcieli się zapisać w historii, zrobić coś spektakularnego w proteście przeciwko temu, co Niemcy wyrabiają z żydowską ludnością cywilną. Żołnierze ŻZW wiedzieli, że nie mają najmniejszych szans na zwycięstwo, uznali jednak, że samo stawienie oporu będzie zwycięstwem moralnym.

No cóż, to bardzo polskie podejście...

To prawda. Polacy mają bardzo mocno wyrobione poczucie honoru. Przejęli to od nich młodzi, zapatrzeni w Piłsudskiego syjoniści rewizjoniści. Ich beznadziejna walka w getcie odgrywała i nadal odgrywa olbrzymią rolę w żydowskiej tożsamości. Pokazuje bowiem, że Żydzi wcale nie szli dobrowolnie na rzeź, że podjęli walkę z oprawcami. To jest dzisiaj dla nas, Izraelczyków, wielki powód do dumy. Swoją drogą powstanie w getcie warszawskim było pierwszym powstaniem w okupowanej przez Niemców Europie.

Dlaczego doszło do niego akurat tutaj?

Bo tu było największe getto. Przed wojną Warszawa była największym skupiskiem Żydów na świecie, po Nowym Jorku. Blisko 400 tysięcy ludzi! Niemcy zgromadzili później w getcie jeszcze więcej Żydów, bo prawie pół miliona. To w Warszawie działały wszystkie najważniejsze organizacje młodzieżowe, tu były warunki do pracy konspiracyjnej. Warszawa po obu stronach muru była głęboko zanurzona w robocie podziemnej.

W innych polskich miastach chyba także istniało silne żydowskie podziemie?

Na przykład w Wilnie, gdzie jednak nie doszło do powstania i żołnierze wyszli do lasu. Obawiali się bowiem, że ludność getta w przypadku zbrojnego wystąpienia przeciwko Niemcom nie udzieli im wsparcia. Oczywiście ze strachu przed zbiorowymi represjami. A proszę pamiętać, że Niemcy obiecywali wówczas, że ci Żydzi, którzy pracują na potrzeby ich gospodarki wojennej, zostaną oszczędzeni. Ludzie łapali się tej nadziei jak tonący brzytwy. Dopiero, gdy machina Zagłady działała już pełną parą, zrozumieli, że wszyscy są skazani na śmierć. Nie przez przypadek do powstania w getcie warszawskim doszło tak późno, gdy blisko 300 tysięcy Żydów już wywieziono do Treblinki. Wtedy bowiem umarła ostatnia nadzieja i młodzi bojownicy ŻZW i ŻOB mogli wystąpić z bronią bez obawy, że spotka się to z wrogą reakcją cywilów.

Jak zachowywał się ŻZW wobec żydowskiej policji?

Pierwsze działania, jakie podjęła organizacja w getcie – podobnie było zresztą z ŻOB – były wymierzone w policję. Dokonano całej serii zamachów na jej funkcjonariuszy i innych Żydów, którzy kolaborowali z Niemcami. Jeszcze na długo przed powstaniem dokonano zamachu na komendanta policji Józefa Szeryńskiego, przedwojennego oficera polskiej policji, który nawrócił się na katolicyzm. Dla Niemców nie miało to jednak większego znaczenia i zamknęli go w getcie razem z innymi Żydami. Bojownicy podziemia strzelali do Szeryńskiego, został jednak tylko ranny i przeżył. W tych akcjach chodziło o to, by pokazać ludności, że władza w getcie przechodzi z rąk Judenratu i policji w ręce żydowskiego podziemia.

Pańska książka została wydana w Izraelu półtora roku temu. Z jakim spotkała się odbiorem?

Przede wszystkim wywołała wielkie zaskoczenie. Wielu ludzi pytało ze zdumieniem: dlaczego nic mi o tym nie mówiono!? Wydawałoby się, że o takim kluczowym wydarzeniu jak powstanie w getcie wszystko już powiedziano. Po publikacji mojej książki wybuchła w Izraelu wielka debata publiczna. Pierwsze efekty już widać. Minister edukacji wydał niedawno instrukcję, by umieścić informacje o ŻZW w szkolnych podręcznikach. O związku i jego heroicznej walce coraz więcej pisze się w prasie i mówi w telewizji. Epopeja polskich prawicowych Żydów, którzy 70 lat temu na ulicach Warszawy rzucili wyzwanie Trzeciej Rzeszy, powoli przebija się do masowej świadomości Izraelczyków. Mam nadzieję, że podobnie będzie w Polsce. Dzieje ŻZW są bowiem nie tylko chwalebną kartą historii Żydów, ale także historii Polski.

Mosze Arens urodził się w 1925 roku w Kownie. Już jako młody człowiek związał się z prawicowym ruchem syjonistycznym. W 1939 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych, a po II wojnie światowej znalazł się w Izraelu. Wstąpił tam w szeregi podziemnej prawicowej organizacji zbrojnej Irgun. Był jednym z założycieli i przywódców Likudu, partii, która obecnie rządzi Izraelem. Do dziś jest uważany za jednego z ideologów tej konserwatywnej formacji. Był ambasadorem Izraela w Waszyngtonie, trzykrotnie sprawował funkcję ministra obrony, raz – szefa dyplomacji. Ostatnio zajął się pracą naukową, napisał książkę o Żydowskim Związku Wojskowym: „Flagi nad gettem warszawskim. Nieopowiedziana historia o powstaniu w getcie". W Polsce ukaże się w czerwcu.

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL