Film

Film niczym msza w brzydkim kościele

Kondrat
Opowieść „Dwie korony” o św. Maksymilianie Kolbem pokazana na dużym ekranie ujawnia wiele niedostatków.

W 35. rocznicę kanonizacji ojca Maksymiliana Marii Kolbego na ekrany trafiają „Dwie korony” zapowiadane jako biograficzny fresk historyczny. Można się jednak zdziwić, bo w promocji skrzętnie pomijany jest fakt, że to film telewizyjny – fabularyzowany dokument, w którym aktorskie inscenizacje są tylko jedną z części składowych.

Oprócz nich oglądamy wypowiedzi ekspertów i wspomnienia świadków życia świętego, a także reportaż z miejsc, w których przebywał za życia. Przewodnikiem po Krakowie, Niepokalanowie czy Nagasaki jest reżyser filmu Michał Kondrat, który zwrócony do kamery opowiada o żywocie świętego. Mały ekran tuszuje niedostatki takiego kina: niskobudżetowego, o charakterze edukacyjnym, ale sala kinowa jest dla „Dwóch koron” bezlitosna.

Twórcy udało się zebrać doborową obsadę: Adam Woronowicz, Cezary Pazura, Artur Barciś, Antoni Pawlicki, Paweł Deląg. Ale każdy poza Woronowiczem w roli o. Kolbego występuje zaledwie w jednej lub dwóch krótkich scenkach. Większość zainscenizowanych scen trąci sztucznością, a aktorzy – nawet ci najlepsi – wypadają blado.

Po projekcji dalej nie wiadomo, na czym polegał fenomen pisma „Rycerz Niepokalanej”, które o. Kolbe założył w 1922 roku. Nie dowiemy się zbyt wiele o jego tekstach ani o tym, jak reagowali na nie świeccy i duchowni. Zamiast tego dostajemy opowieść o cudach i talentach świętego. O tym, że przepowiedział wybuch bomby atomowej w Nagasaki, gdzie przebywał w latach 30. na misji. Oraz historię, jak to ojciec Kolbe zaprojektował w młodości rakietę kosmiczną napędzaną silnikiem jonowym. Taki wniosek wysnuli twórcy filmu na podstawie notatek świętego.

Być może jest w tych opowieściach o młodzieńczej świętości i geniuszu kropla prawdy. Jednak Maksymilian Maria Kolbe jest postacią fascynującą nie dlatego, że był polskim Leonardem da Vinci, tylko dlatego, że złamał dehumanizacyjny system obozu koncentracyjnego i poszedł za nieznanego sobie człowieka do celi śmierci, by umrzeć z głodu. Głęboko ufał, że śmierć nie jest końcem, i dał świadectwo swej wiary. Tymczasem w „Dwóch koronach” dostajemy ramotowaty portret człowieka, który od dziecka był świętym.

Obrońcy filmu powiedzą, że to obraz „potrzebny” i „ważny”. Być może tak, ale jest z nim trochę jak z brzydkimi kościołami nowego budownictwa. Sprawowane są w nich msze święte i udziela się tam sakramentów, ale sacrum jest silniej odczuwalne w pięknej romańskiej świątyni. ©?

—Marcin Kube

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL