Felietony

Historia w Singapurze. Trump załatwił "deal"

Adobe Stock
Donald Trump spotkał się w Singapurze z Kim Dzong Unem, po czym zaraz ogłosił, że dokonał historycznego przełomu. Tam, gdzie od kilkudziesięciu lat nic nie potrafili wskórać zawodowi politycy, on – spec od „deali" – sprawił cud.

W parę sekund rozgryzł partnera, rozwiązał wszystkie problemy, czasem tak szybko, że aż nie udało się tego zapisać w porozumieniu. A dokonał tego w ciągu paru godzin rozmów i roboczego lunchu (na który notabene podano sałatkę z ośmiorniczek, czego, nie wiedzieć czemu, nie odnotowały nasze bardzo czułe na tym punkcie media).

Przy okazji historycznych przełomów amerykańscy prezydenci nie tylko mówią o pokoju czy bezpieczeństwie, ale też zawsze chętnie raczą swój przedsiębiorczy naród wizją „nowych szans biznesowych". Tym razem było to trudne – cały import zagłodzonej na śmierć Korei Północnej to niecałe 4 mld dol. (w 90 proc. zakupy w Chinach, jeśli nie liczyć najdroższych francuskich win i koniaków dla Przywódcy i jego kolegów), czyli cztery razy mniej, niż importuje Estonia. Nawet jego spektakularny wzrost nikogo nie epatuje.

Prezydent Trump (który w czasie konferencji prasowej im bardziej precyzyjne dostawał pytania, tym dalej uciekał od odpowiedzi – zupełnie jak z poszukiwaniem Prosiaczka przez Kubusia Puchatka) zdołał wymyślić tylko oszczędności na ćwiczeniach militarnych w Korei i wzrost sprzedaży biletów w czasie olimpiady w Pjongczangu. Ale nie miał racji – gdyby rzeczywiście na Półwyspie Koreańskim nastąpiło odprężenie, efekty gospodarcze dla całej Azji Południowo-Wschodniej byłyby ogromne. Tyle że wizja zysków Japończyków i Koreańczyków niezbyt przemawia do wyborców Trumpa.

Czy przełomowe spotkania przywódców są w stanie odwrócić losy świata i powstrzymać wielkie, niemożliwe do opanowania normalnymi metodami konflikty? Zależy.

W roku 1229 cesarz niemiecki Fryderyk II, jedna z najbardziej zdumiewających postaci średniowiecza, wyruszył na kolejną wyprawę krzyżową, by odbić z rąk Arabów Jerozolimę. Zamiast urządzić tradycyjną rzeź, niespodziewanie spotkał się z sułtanem Al-Kamilem, oczarował go rozmowami o filozofii Arystotelesa, po czym wynegocjował oddanie bez walki Jerozolimy chrześcijanom (z pozostawieniem Arabom zarządu nad Wzgórzem Świątynnym – jest to do dziś jedyny przykład akceptowanego przez obie strony pokoju na Bliskim Wschodzie).

W roku 1938 brytyjski premier Neville Chamberlain, po raz pierwszy w życiu lecąc samolotem, udał się na przełomowe spotkanie z niemieckim dyktatorem Adolfem Hitlerem. I rzeczywiście, w końcu września powrócił z Monachium do rozentuzjazmowanego Londynu, dumnie wymachując porozumieniem, które według jego słów miała gwarantować „pokój dla naszych czasów". Jak to się skończyło, dobrze wiemy.

Marzeniem każdego polityka jest spektakularny sukces tam, gdzie zawiedli inni. Ale szanse sukcesu zależą i od klasy polityka, i od rzeczywistego zrozumienia intencji rywala. Czy spotkanie Trump–Kim spełnia te warunki? Hmm, zobaczymy.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL