Felietony

Terlikowski: Coraz mniej cicha schizma

Fotorzepa, Rafał Guz
O podziale w Kościele, który zarysował się po opublikowaniu przez bł. Pawła VI encykliki „Humanae vitae", wybitny, nieżyjący już intelektualista amerykański ks. Richard John Neuhaus wprost mówił i pisał jako o cichej schizmie.

Część episkopatów bowiem, o tysiącach kapłanów i teologów nie wspominając, nie przyjęła bowiem nauczania o antykoncepcji i moralności małżeńskiej.

Obecna debata o możliwości udzielania rozwodnikom w ponownych związkach komunii świętej wpisuje się w ten sam schemat, tyle że tym razem schizma jest zdecydowanie mniej cicha, a podział i zamieszanie w Kościele widać gołym okiem.

O czym mowa? Odpowiedź jest prosta. Otóż część episkopatów (a wszystko wskazuje na to, że chciał tego papież Franciszek, który taką właśnie interpretację nakazał opublikować w „Acta Apostolicae Saedis") przyjęła, że z adhortacji „Amoris laetitia" wprost wynika zgoda na udzielanie komunii świętej osobom w ponownych związkach, ale wielu innych przypomina, że ani papież, ani konferencje episkopatu nie mogą wydać takie zgody, bowiem jest ona sprzeczna nie tylko z nauczaniem św. Jana Pawła II, ale także z jasnymi słowami Jezusa z Ewangelii, a wreszcie całą Tradycją Kościoła i jego teologią. W efekcie mamy sytuację, w której w jednej diecezji czy kraju obowiązuje jedna wykładnia, a w drugim sprzeczna z nią całkowicie odmienna, co oznacza, że Kościół naucza różnych rzeczy w różnych krajach i że jego nauczanie jest sprzeczne.

W tradycyjnym myśleniu należałoby przywrócić w nauczaniu porządek i ogłosić jedną wykładnię (co więcej, zgodną z tym, co było w przeszłości, bo także w kategoriach czasowych doktryna obecna nie może być sprzeczna z poprzednią). Wiele jednak wskazuje na to, że tak się nie stanie, bo grupa kardynałów, najbliższych współpracowników papieża, podczas ostatniego spotkania rozważała przyznanie konferencjom episkopatu „pewnego autentycznego autorytetu doktrynalnego". Słowa te, trzeba to powiedzieć zupełnie otwarcie, oznaczają ni mniej, ni więcej doktrynalne zaaprobowanie realnej schizmy. Jeśli bowiem uznać, że konferencje episkopatu mają własny autorytet doktrynalny, to trzeba się zgodzić, że mogą one (tak się zresztą już dzieje) głosić rzeczy ze sobą sprzeczne. A to prowadzi Kościół katolicki w kierunku Wspólnoty Anglikańskiej, w której nie tylko narodowe Kościoły mogą głosić różne rzeczy. I jeśli pójdziemy w kierunku wyznaczonym przez grupę kardynałów, to w Kościele katolickim będzie podobnie.

Trudno też nie zadać pytania, skąd miałby pochodzić autorytet konferencji episkopatów? Teologia katolicka, ale szerzej – cała Tradycja niepodzielonego Kościoła, mówi wyłącznie o autorytecie i władzy biskupów (pochodzącej od apostołów) i papieskiej (pochodzącej od św. Piotra), nie ma w niej jednak ani słowa o autorytecie konferencji episkopatów, czyli struktur biurokratycznych, które rozmywają osobistą odpowiedzialność każdego z biskupów i przekształcają absolutnie jednostkową władzę i egzystencjalną zależność biskupa od swojej diecezji w administracyjną władzę.

I wreszcie kwestia ostatnia. Istnieje obawa, że w całym tym projekcie chodzi o to, by za pomocą decentralizacji przeprowadzić liberalizację. Nie wszystko może zrobić Rzym (bo nie wypada, bo nie ma takiej władzy). Wygodniej więc, jak to miało miejsce z interpretacją „Amoris laetitia", przeprowadzić to za pomocą episkopatów. Oto jeden z nich coś wymyśla, a papież tylko to potwierdza, a potem wprowadza – tylnymi drzwiami – do „Acta Apostolicae Saedis". I zmiana gotowa. A jak jakiś episkopat będzie sugerował, że tak nie wolno albo że u niego zmiany nie będzie, to od czego są nuncjusze, którzy będą naciskać, żeby ustąpić Ojcu Świętemu? I tak pod pozorem decentralizacji otrzymamy liberalizację i anglikanizację. Niemożliwe? Obawiam się, że coraz bardziej możliwe. Czas przestać chować głowę w piasek.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL