Energianews

Atom za własne, ale etapami

123RF
Warta miliardy złotych elektrownia ma być finansowana przez nasze firmy – twierdzi minister energii. – To nierealne – odpowiadają eksperci.

– W mojej ocenie jesteśmy w stanie zbudować elektrownię ze środków naszych spółek, budując i finansując ją na bieżąco. Chciałbym, by pierwszy blok wielkości 1200–1500 MW zaczął powstawać jak najszybciej. Mam nadzieję, że obejrzę jeszcze całą elektrownię – mówi „Rzeczpospolitej" Krzysztof Tchórzewski. Słowa ministra o możliwości samodzielnego finansowania największej inwestycji po przemianach ustrojowych po raz pierwszy padły w poniedziałkowy wieczór w TVP.

Pierwszy blok „szybko"

Tchórzewski pytany przez nas o model finansowania stwierdził, że nadal jest poszukiwany ten najbardziej optymalny. Resort odrzuca jednak mechanizm kontraktów różnicowych (polega na dopłacaniu przez wiele lat różnicy do ceny rynkowej energii) i dąży do stworzenia konstrukcji, która nie będzie musiała przechodzić przez proces notyfikacji w Komisji Europejskiej. – W resorcie mamy dobrze rozpoznany rynek, jeśli chodzi o dostępne technologie. Wybór tej konkretnej będzie sprawą wtórną wobec warunków finansowych – mówi szef ME.

Wcześniej minister wskazywał na koszt rzędu 24 mld zł za 1,2 GW. To kwota realna, ale też zbieżna z przedstawianymi dotąd szacunkami 40–60 mld zł za ok. 3 GW. Jednak na korytarzach Ministerstwa Energii słychać także o kwocie rzędu 80 mld zł i możliwej umowie offsetowej z dostawcą technologii. Pisaliśmy o tym lipcu. Zapytany, czy właśnie taka konstrukcja brana jest pod uwagę Tchórzewski odpowiada: – Nie tylko. Zależy nam, by zyskiwały przede wszystkim nasze firmy.

Minister nie chciał też sprecyzować, w jakiej perspektywie sprawą atomu zajmie się rząd. Z naszych informacji wynika, że może to być jesień, co zbiegałoby się z prezentacją założeń do polityki energetycznej kraju. – Na razie pracujemy nad tym, by była zgoda społeczna na tak kosztowną inwestycję i by projekt, co do którego już jest „zielone światło" na poziomie Ministerstwa Energii, uzyskał akceptację wszystkich ministrów w rządzie. Trochę do tego momentu brakuje – tłumaczy Tchórzewski. – Decyzja polityczna dotycząca atomu jest. Ale w samym rządzie przeciwnikiem idei jest minister środowiska Jan Szyszko – mówi osoba zbliżona do ME.

Miks będzie jesienią

Herbert L. Gabryś z Krajowej Izby Gospodarczej wypowiedzi ministra o atomie odbiera jako zapowiedź jednego z możliwych scenariuszy na później. Przyznaje jednak, że wszystkie warianty struktury wytwarzania, jakie rząd zamierza przedstawić jesienią, zawierają energetykę nuklearną. – Najwcześniejszą datą jej pojawienia się w systemie będą nie lata 30, lecz 40. W każdym ze scenariuszy atom jest brany pod uwagę w wymiarze przynajmniej 3 tys. MW – twierdzi Gabryś.

Zdaniem eksperta KIG energetyka nie ma tyle gotówki, by udźwignąć tę inwestycję bez zwiększenia cen energii elektrycznej. – Na to nie stać ani gospodarki, ani odbiorcy indywidualnego. Zwłaszcza że są dużo ważniejsze problemy, takie jak przystosowanie floty do nowych norm środowiskowych czy dokończenie budowy gigabloków – argumentuje.

– Blok jądrowy o mocy 1 GW to koszt rzędu 16–20 mld zł, czyli 60–80 proc. obecnej kapitalizacji PGE – największego udziałowca w spółce celowej – argumentuje z kolei Tomasz Szczurowski z AT Kearney.

Ekspert przyznaje jednak, że za kilka lat wskutek wyłączania przestarzałych mocy spółkom energetycznym może być łatwiej o kredyt. Bo bez kontraktu różnicowego cena pójdzie w górę. Dziś jednak kluczem do sukcesu jest odpowiedni model finansowy.

Jednym z rozwiązań może być zaangażowanie w projekt generalnego wykonawcy. Wtedy będzie on dążył (jak operator) do szybkiego zakończenia inwestycji. – Warto też uwzględnić jak największą liczbę polskich firm energochłonnych, takich jak KGHM, który już jest w projekcie atomowym (ma 10 proc. udziałów w spółce celowej PGE EJ1) – tłumaczy Szczurowski. Podaje przykład bloku Pyhäjoki, budowanego w Finlandii dla 67 firm przemysłowych przez Rosatom (właściciel 34 proc.). Prąd z niego popłynie w 2024 r. i ma kosztować po 50 euro/MWh.

U nas takim wykonawcą pod klucz – z powodów politycznych – raczej nie mógłby być rosyjski koncern. Z kolei w przypadku francuskiej Arevy – wykonawcy kontraktu w fińskim Olkiluoto – mogą być zastrzeżenia ze względu na znaczące, bo dziewięcioletnie opóźnienie inwestycji. Jej oddanie do użytku przewidziano na 2018 r. – Zadania generalnego wykonawstwa elektrowni jądrowej mogłyby się podjąć mające doświadczenie w tym temacie firmy, takie jak Westinghouse i GE, a także koreański KEPCO. Chińczycy choć na razie nie są zbyt wiarygodnymi partnerami dla Polski, bo nie mają doświadczenia bycia wykonawcą pod klucz, to budują u siebie reaktory jądrowe i mogą być brani pod uwagę w perspektywie kolejnych lat, o ile ich inwestycje będą się mieścić w czasie i budżecie – zauważa ekspert AT Kearney.

Opinia

Zdzisław Gawlik | poseł PO, były wiceprezes spółki atomowej PGE

Jestem zaskoczony tezą ministra. Zaangażowanie partnerów zagranicznych do budowy elektrowni atomowej byłoby z korzyścią dla tej inwestycji i gospodarki. Kolejna para oczu pilnowałaby efektywnego wydawania pieniędzy. Jeśli blok jądrowy będzie budowany przez państwo i dla państwa, nie będzie to ani tanie, ani szybkie. Polsce jest potrzebna decyzja na tak dla atomu. Część prac została już wykonana. Mamy zgodę KE na tryb wyboru dostawców i dokonaliśmy ich preselekcji. Bruksela wyraziła zgodę na kontrakty różnicowe w Wielkiej Brytanii. Nie rozumiem, dlaczego nie idziemy przetartą ścieżką. Obawiam się, że bez kontraktu różnicowego czy gwarancji państwa nie znajdzie się partner potrzebny do projektu.

Źródło: Rzeczpospolita
UKRYJ KOMENTARZE KOMENTARZE RP.PL KOMENTARZE FACEBOOK

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL