Dąbrowska: Spór o zmiany w szkołach rozstrzygnie się przy urnie wyborczej

aktualizacja: 03.04.2017, 12:15
Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

Polscy nauczyciele nie lubią strajków. Nawet działacze ZNP przyznają po cichu, że to bardzo zachowawcze środowisko.

REDAKCJA POLECA

Być może dzieje się tak dlatego, że kiedy przez lata uczy się młodzież, jak się dostosować do rzeczywistości, samemu ciężko zostać rewolucjonistą. Są jednak chwile, kiedy to się zmienia...

Któregoś 13 grudnia w latach 80. jako szefowa klasowego samorządu podeszłam do profesor Z. uczącej chemii i stanowczo, z pewnym namaszczeniem, poprosiłam: – Chcielibyśmy o 12.00 uczcić minutą ciszy ofiary stanu wojennego. Profesor zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem i odpowiedziała krótko: – Wykluczone. Tuż przed 12 wyszła na zaplecze i zawołała mnie po odczynniki. Kiedy weszłam, stała wyprostowana przy stole z menzurkami i kolbami. Wyszłam do klasy i gestem poprosiłam o powstanie. Wróciłam na zaplecze, gdzie obie stanęłyśmy na minutę, milcząc. Potem lekcja toczyła się już normalnie.

Kiedy czytam dziś polemiki między ZNP i MEN co do tego, ile szkół przystąpiło do strajku, przypomina mi się ta scena jako ilustracja do sytuacji, w której ktoś, kto ma stać na straży wiary w praworządność, państwo i sens edukacji, sam ma wątpliwości co do tego wszystkiego. Związek zapewnia, że protestowało ok. 40 procent nauczycieli w całej Polsce. Ministerstwo, opierając się na danych z kuratoriów, twierdzi, że tylko 10–11 procent. Każdy będzie więc wierzył w to, w co zechce. Trzeba jednak pamiętać, że masowego strajku szkolnego w nowoczesnej Polsce po prostu nie było. I fakt, że kilkanaście tysięcy pracowników oświaty przerwało pracę, jest ewenementem.

Oficjalne postulaty miały wydźwięk przede wszystkim socjalny. Związek domagał się deklaracji, że w szkole nie będzie zwolnień i że warunki pracy – również finansowe – nie zmienią się na gorsze. ZNP chce też podniesienia zasadniczego wynagrodzenia nauczycieli o 10 proc. Wiadomo jednak, że negocjacje płacowe toczą się w powołanym przez minister Zalewską zespole i – wyjątkowo – to nie wynagrodzenia są tu najważniejsze. Główne hasło, które pojawiło się na drzwiach szkół, brzmiało: „Nie dla chaosu w edukacji", i było wymierzone wprost w prowadzoną przez minister reformę. Sprawa ma więc charakter polityczny.

Czy nauczyciele mają prawo do kwestionowania polityki rządu w edukacji? Mają, tak jak każdy świadomy obywatel. Z negocjacji, spotkań i konferencji pani minister niewiele wynika, poza kosmetycznymi zmianami w rozporządzeniu o podstawach programowych. Strajk był więc orężem ostatecznym. Trudno się bowiem spodziewać, by PiS pozwoliło na uruchomienie referendalnej machiny w sprawie reformy.

Czy to znaczy, że minister Anna Zalewska może spać spokojnie? Raczej nie. Skutki wprowadzanych przez nią zmian przypadną bowiem na czas wyborów parlamentarnych i jeśli opinia publiczna, a przede wszystkim rodzice i nauczyciele, nie znajdą w niej pozytywnych stron, odbije się to mocno na wyniku wyborczym, niezależnie od tego, która ze stron ma dziś rację w sporze o udział w strajku. ©?

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE