Globalne ożywienie sprzyja Polsce

aktualizacja: 18.05.2017, 22:07
Foto: Rzeczpospolita

Dzięki własnym prognozom lepiej rozumiem procesy i trendy w gospodarce – mówi Mikołaj Raczyński, zdobywca I miejsca w konkursie na najlepszego analityka makroekonomicznego w 2016 roku.

REDAKCJA POLECA

Rz: Gdy zbieraliśmy prognozy od uczestników konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego, pod koniec marca, przewidywał pan, że między II a IV kwartałem br. polska gospodarka będzie się rozwijała średnio w tempie 3,5 proc. Wtedy nie były jeszcze znane dane za I kwartał br., gdy PKB urósł o 4 proc. rok do roku, po 2,5 proc. w poprzednim kwartale. Czy pańskie marcowe prognozy były zbyt ostrożne?

Mikołaj Raczyński: Tak. Większość danych, które ukazały się od marca, była lepsza od oczekiwań. Ożywienie w globalnej gospodarce też jawi się jako silniejsze. Teraz oceniam, że tempo wzrostu PKB będzie oscylowało w najbliższych kwartałach wokół 4 proc. Mogą być to odczyty nieco niższe, ale też nieco wyższe.

W I kwartale było trochę czynników jednorazowych, które podbiły tempo wzrostu gospodarki w ujęciu rok do roku. W kolejnych kwartałach, gdy ich zabraknie, dynamika PKB nie spadnie?

Na perspektywy polskiej gospodarki trzeba patrzeć w globalnym kontekście. Jesteśmy beneficjentami poprawy koniunktury w światowej gospodarce, a w szczególności w strefie euro. Proszę zauważyć, że odczyty PKB w I kwartale z innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej też przebiły oczekiwania ekonomistów.

W strefie euro tzw. miękkie wskaźniki koniunktury, oparte na sondażach wśród przedsiębiorców i konsumentów, np. PMI, zwiastują gospodarczy boom. Ale w twardych danych tego nie widać.

Między miękkimi wskaźnikami a twardymi danymi jest pewne przesunięcie. Ale nawet jeśli faktycznie gospodarka strefy euro nie będzie się rozwijała w takim tempie, jak sugerują te miękkie wskaźniki, to i tak będzie można mówić o ożywieniu gospodarczym. W strefie euro widać zalążki pozytywnej spirali wzrostu. Wśród przedsiębiorców widać optymizm w ocenie perspektyw gospodarki, to się przekłada na wzrost zatrudnienia i płac. Poprawa sytuacji gospodarstw domowych zwiększa ich konsumpcję, zachęcając firmy do inwestycji. Ostatnim czynnikiem, który tę spiralę napędził, była wygrana Emmanuela Macrona w wyborach prezydenckich we Francji.

Jak to ożywienie w gospodarce strefy euro będzie się przekładało na koniunkturę w Polsce?

Z jednej strony zadziała prosty mechanizm: rosnący popyt u naszych największych partnerów handlowych pobudzi nasz eksport. To już widać w danych GUS. Zarówno wartość zamówień eksportowych, jak i samego eksportu, rosną w przyzwoitym tempie. Z drugiej strony zadziała też mechanizm psychologiczny. Dobra koniunktura na świecie przełoży się na nastroje wśród polskich przedsiębiorców.

W ubiegłym roku polską gospodarkę osłabiło przede wszystkim załamanie inwestycji, które nie miało wiele wspólnego z sytuacją w globalnej gospodarce. W tym roku ich odbicie jest przesądzone?

Inwestycje publiczne odbiją się na pewno. Ich ubiegłoroczne tąpnięcie sprawiło, że mamy teraz niską bazę odniesienia do porównań rok do roku. Nawet niewielki wzrost nakładów brutto na środki trwałe sprawi, że roczna dynamika inwestycji podskoczy. A ten wzrost nakładów już się rozpoczął. Fundusze z UE są dostępne, tylko dotąd ich wykorzystanie tłumiła powyborcza niepewność w spółkach Skarbu Państwa, samorządach, instytucjach publicznych. Wydaje się, że ten szok mamy już za sobą. Te fundusze, które nie zostały wydane w 2016 r., będą wydane w kolejnych latach. Całkowity wzrost inwestycji z tego tytułu będzie więc taki sam, jak wydawało się rok temu, tylko że rozłoży się na krótszy okres.

A co z inwestycjami sektora prywatnego, w szczególności tymi, które w ogóle nie są związane z funduszami unijnymi?

W ubiegłym roku blokowała je niepewność przedsiębiorstw odnośnie do zmian w prawie, podatkach, różnych regulacji sektorowych itp. W tym roku też nie liczyłbym na boom w prywatnych inwestycjach. Ale jakieś ich odbicie powinno nastąpić, bo popyt rośnie, moce produkcyjne w firmach są już w dużym stopniu wykorzystane, a o ich zwiększanie poprzez rekrutację nowych pracowników jest coraz trudniej. Niepewność niepewnością, ale firmy będą musiały inwestować, jeśli będą chciały skorzystać z rosnącego popytu na swoje produkty i usługi. Nie powinny też mieć problemów z finansowaniem tych inwestycji, bo w sektorze przedsiębiorstw są duże rezerwy gotówki, a banki mają wolne środki na akcję kredytową.

W ostatnich latach zmienną makroekonomiczną, którą było najłatwiej prognozować, była stopa bezrobocia. W tej kategorii uczestnicy konkursu mają najlepsze wyniki. Teraz będzie o to trudniej, bo trudno uwierzyć w to, że stopa bezrobocia będzie ustawicznie malała.

Sądzę, że ona będzie malała, tylko wolniej niż w latach 2015–2016. Procesy demograficzne w Polsce sprawiają, że nawet bez wzrostu zatrudnienia stopa bezrobocia może maleć. A dalszy wzrost wynagrodzeń powinien temu jeszcze sprzyjać. Koniunktura na polskim rynku pracy jest naprawdę dobra.

Jak dotąd wzrost płac był dość niemrawy, biorąc pod uwagę to, że stopa bezrobocia jest rekordowo niska. Od kilku miesięcy w sektorze przedsiębiorstw zatrudnienie rośnie szybciej niż płace, co jest anomalią. Dlaczego dobra koniunktura na rynku pracy nie przekłada się na dynamikę wynagrodzeń?

Nie przykładałbym nadmiernej wagi do tego, że zatrudnienie w przedsiębiorstwach rośnie szybciej niż płace. To jest częściowo związane z kwestiami metodologicznymi. Sektor przedsiębiorstw obejmuje tylko firmy zatrudniające co najmniej 10 osób, których przybywa. Dodatkowo, wielu pracowników przechodzi z umów cywilnoprawnych na umowy o pracę, co też podbija wskaźnik zatrudnienia. W danych z Badań Aktywności Ekonomicznej Ludności, obejmujących całą gospodarkę i wszystkie rodzaje umów, nie widać tak szybkiego wzrostu zatrudnienia, jak w sektorze przedsiębiorstw. Natomiast dynamikę płac obniżała imigracja z Ukrainy. W tym kontekście istotne jest pytanie, jak ta imigracja będzie się kształtowała, gdy w UE zostanie wprowadzony ruch bezwizowy dla obywateli Ukrainy. Według mnie to może podbić roczną dynamikę wynagrodzeń do około 5 proc.

Biorąc pod uwagę inflację na poziomie około 2 proc., realne tempo wzrostu wynagrodzeń i tak będzie niższe niż w ub.r. W II połowie br. wzrost dochodów gospodarstw domowych przestanie też podbijać program 500+. Czy to sprawi, że wzrost konsumpcji zahamuje?

Nawet jeśli po roku od uruchomienia program 500+ przestanie wpływać na dynamikę dochodów gospodarstw domowych, będzie jeszcze przez jakiś czas pozytywnie wpływał na dynamikę konsumpcji. Pieniądze z tego programu nie były wydawane przez rodziny od razu. Najpierw były wahania, czy świadczenie będzie stałe, czy rząd nie będzie się musiał z niego wycofać. Tak czy inaczej, wzrost konsumpcji w tempie 4,5 proc. rocznie, jak w ostatnich kwartałach, jest nie do utrzymania. Ale nawet jeśli spadnie do około 3,5 proc., to będzie wciąż bardzo dobry wynik.

Jest pan jednym z zaledwie kilku zarządzających funduszami inwestycyjnymi wśród uczestników konkursu. Większość to jednak ekonomiści. Po co panu prognozowanie? Przecież może pan korzystać z zewnętrznych analiz.

Prognozowanie to jest moja poboczna aktywność, ale pozwala mi lepiej skonstruować portfel inwestycyjny. Dzięki własnym prognozom lepiej rozumiem procesy i trendy w gospodarce. To ważne, bo widząc wyższą dynamikę konsumpcji, mogę poszukać spółek, które będą na tym najbardziej korzystały, czy lepiej dobrać obligacje do portfela. Sądzę, że prognozowanie czyni mnie lepszym zarządzającym.

CV

Mikołaj Raczyński pracuje w Noble Funds TFI od 2014 r. Początkowo był analitykiem, od dwóch lat zarządza funduszami, głównie obligacji. Jest absolwentem rachunkowości i finansów w SGH. W konkursie na najlepszego analityka makroekonomicznego brał udział już jako student.

POLECAMY

KOMENTARZE