Nowe zasady wycinki. Dziś trzeba mieć miliony na wycinkę kilku drzew

aktualizacja: 17.02.2017, 09:36
Foto: Fotorzepa / Radek Pastersk

Szybka i nieprzemyślana zmiana zasad wycinki odbija się na kosztach realizacji inwestycji.

REDAKCJA POLECA

Polski Związek Firm Deweloperskich apeluje więc do ministra środowiska o nowelizację dopiero co zmienionych przepisów. W przeciwnym razie ceny mieszkań pójdą w górę, a mniejsze firmy zaczną bankrutować.

Od 1 stycznia 2017 roku obowiązują nowe zasady wycinki. Dzięki nim pozbycie się drzew miało być proste i tanie. Stało się inaczej. Właściciele prywatnych posesji są jednak w lepszej sytuacji niż duzi inwestorzy. Duża w tym wina Sejmu.

Projekt przepisów pojawił się w połowie grudnia 2016 roku, a nowe zasady zaczęły już obowiązywać dwa tygodnie później. Nie było więc czasu ani na dyskusję, ani na przygotowanie się do nowego. W efekcie zmiany w ustawie o ochronie przyrody były dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Nikt też się nie spodziewał, że zmiana przepisów z dnia na dzień może wpłynąć na wzrost kosztów realizacji inwestycji. A tak się stało.

Polski Związek Firm Deweloperskich (PZFD) bije już na alarm w tej sprawie.

By zwrócić uwagę na problem, PZFD wystosował apel do ministra środowiska z prośbą o pomoc. Proponuje też, jak wyjść z tej trudnej sytuacji.

Bajońskie opłaty

Na pierwszy rzut oka nowe przepisy dla firm niewiele się zmieniły. Dalej bowiem inwestorzy muszą ubiegać się o zezwolenia oraz wnosić opłaty z tego tytułu.

Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Chodzi konkretnie o zasady naliczania opłat z tytułu wycinki. Obecnie stawkę 500 mnoży się przez obwód pnia (na wysokości 130 cm) i tyle. Nie ma znaczenia, jaki gatunek drzewa się wycina. Stawka jest jedna. Przed Nowym Rokiem stawki były bardziej zróżnicowane – nie tylko ze względu na gatunek drzewa, ale i miejsce, w którym dane drzewo rosło. Za rzadkie gatunki, bardziej szlachetne płaciło się więc znacznie więcej aniżeli za te pospolite.

Przykładowo przed Nowym Rokiem inwestor za wycięcie klonu zwyczajnego o obwodzie pnia 161 cm płacił 9 tys. 70 zł. A teraz byłoby to aż 80 tys. 500 zł. Koszt wycinki zwiększył się więc blisko dziesięciokrotnie, a różnica w wypadku tylko jednego drzewa wynosi dziś około 70 tys. zł.

Nie lepiej jest w wypadku innych gatunków drzew. Tak samo opłaty ostro poszybowały w górę. Gdy więc trzeba pobyć się 20 czy 30 drzew, dodatkowe koszty inwestycji idą już w grube miliony. A to – zdaniem PZFD – zacznie być wkrótce widoczne, m.in. w cenie lokali, także tych budowanych w ramach rządowego programu Mieszkanie+.

Nadzieja w gminie

Teoretycznie istnieje rozwiązanie tego problemu. Nowe przepisy przewidują, że rady gmin mogą uchwalić swoją stawkę, która może być niższa od tej wynikającej z ustawy o ochronie przyrody (ustawowa stawka jest maksymalna). Zależy to jednak od ich dobrej woli. Nie muszą się decydować na ten krok. Na razie nie ma jeszcze gminy, która miałaby swoje stawki. Upłynęło bowiem zbyt mało czasu od wejścia w życie przepisów. Wszędzie więc obowiązuje stawka z ustawy o ochronie przyrody.

Niektóre samorządy już teraz składają deklaracje co do swoich planów w tym zakresie. Radni Krakowa nie chcą podejmować uchwały obniżającej koszty wycinki. Z kolei Białystok już pracuje nad niższymi stawkami.

Większość miast na razie zastanawia się, co zrobić. Od wejścia w życie nowych przepisów upłynęło bowiem niewiele czasu, a decyzja nie jest wcale prosta. Nikt nie będzie wymyślał stawek w trakcie sesji rady.

Radni potrzebują też analizy specjalistów. A te także wymagają czasu.

Poza tym gminy kusi, by jednak zostawić stawkę z ustawy. Dzięki temu wpływy do kas miejskich wzrosną. Może to odbić się jednak na inwestycjach. Jak będzie drogo, firmy pójdą tam, gdzie będzie taniej.

PZFD obawia się, że wiele samorządów ulegnie pokusie stosowania stawek z ustawy i nie wprowadzi swoich własnych.

Związek wpadł więc na pomysł i w apelu do ministra środowiska sugeruje, by to minister znowelizował szybko przepisy i wprowadził swoje niskie stawki, które obowiązywałyby w gminach do czasu podjęcia przez nie uchwał w sprawie lokalnych stawek.

W związku z tym, że miałyby być niskie, pojawi się bodziec dla gmin, by uchwalić swoje własne.

Ponadto PZFD uważa, że bardzo dobrym wyjściem z sytuacji są tzw. nasadzenia zastępcze.

Z tego typu możliwości gminy mogły korzystać już teraz. W praktyce często tego nie robią na masową skalę. Tymczasem to wszystkim się opłaca – twierdzą deweloperzy.

Drzewo za drzewo

Chodzi o to, że w wypadku nasadzeń wójt (burmistrz, prezydent miasta) w zezwoleniu stawia inwestorowi warunek, że w zamian za wycinkę określonej liczby drzew będzie musiał posadzić określoną liczbę nowych. Jednocześnie odracza obowiązek uregulowania opłaty. Po trzech latach sprawdza, czy nowe drzewa przyjęły się czy uschły. Jeżeli są zdrowe, rezygnuje z pobrania opłaty. Gdy uschną albo nie przyjmą się – żąda pieniędzy.

PZFD chce nawet opracować, przy współudziale jednej z politechnik, wzorcową uchwałę, na podstawie której gminy mogą opracować własną.

Omijanie przepisów

Niekorzystne zmiany dla inwestorów w przepisach mają jeszcze jeden skutek. Zachęcają do ich omijania. Tymczasem furtka w uregulowaniach istnieje, i to całkiem szeroka.

Warto wiedzieć, że ustawa o ochronie przyrody zwolniła prywatnych właścicieli z obowiązku uzyskania zezwolenia na wycinkę, jeżeli nie jest ona związana z działalności gospodarczą.

Wystarczy więc, że deweloper kupi od takiej osoby nieruchomość i umówi się z nią, że wytnie wszystko, co na niej rośnie. I wtedy żadne zezwolenie, ani tym bardziej opłaty, nie będzie potrzebne.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: r.krupa@rp.pl





POLECAMY

KOMENTARZE