Wielka Brytania: Obcy niemile widziani

aktualizacja: 07.09.2017, 12:30
Wielka Brytania ma opuścić Unię w marcu 2019 roku
Wielka Brytania ma opuścić Unię w marcu 2019 roku
Foto: Bloomberg, Simon Dawson

Od 2019 r. możliwość pracy dla obywateli UE będzie bardzo ograniczona.

REDAKCJA POLECA

Dokument brytyjskiego rządu, który ujawnił „Guardian", nie został jeszcze oficjalnie przyjęty przez ekipę Theresy May, ale jasno pokazuje, w jakim kierunku zmierza premier. Zakłada się, że wraz ze spodziewanym terminem wyjścia kraju z Unii za półtora roku skończy się swoboda podejmowania pracy na Wyspach.

Najgorzej będą mieli pracownicy słabo wykwalifikowani. Będą mogli liczyć najwyżej na dwuletnie prawo do pobytu w królestwie, i to tylko jeśli na zajmowane przez nich stanowisko nie można było znaleźć chętnego w brytyjskim społeczeństwie. Ci, którzy mają lepsze kwalifikacje, będą mogli liczyć na prawo do pobytu przez trzy–pięć lat. Ale i w jednym, i w drugim przypadku politykę rządu mają wyznaczać „potrzeby Wielkiej Brytanii", nie prawa emigrantów.

Wbrew dyrektywom Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości (ETS) mieszkający legalnie w Zjednoczonym Królestwie obywatele UE będą mogli sprowadzić tylko „najbliższą rodzinę", czyli współmałżonka lub partnera oraz nieletnie dzieci, ale już nie członków „dalszej rodziny". Dodatkowo ich pensja nie będzie mogła być niższa niż 18,6 tys. funtów rocznie. To zasada, która już dziś obowiązuje w przypadku sprowadzania przez obywateli Wielkiej Brytanii współmałżonków spoza Unii.

Co prawda po brexicie rząd nie chce wprowadzać wiz dla obywateli UE, ale będą oni mogli przyjechać tylko z paszportem. Po upływie trzech lub sześciu miesięcy będą też musieli wystąpić o biometryczną kartę pobytu, bez czego nie będą mieli dostępu m.in. do służby zdrowia. Dzięki takiej rejestracji władze będą też mogły sprawdzić, czy dana osoba ma legalne źródło utrzymania.

– Odzyskanie kontroli nad imigracją było najważniejszym postulatem zwolenników brexitu, David Cameron poniósł klęskę w referendum głównie dlatego, że nie potrafił uzyskać od Unii w tej sprawie znaczących ustępstw. May nie chce popełnić tego samego błędu i szykuje znaczące restrykcje, nawet jeśli to uniemożliwi pozostanie kraju w jednolitym rynku i spowoduje konflikt z Brukselą – mówi „Rz" prof. Richard Whitman, dyrektor departamentu politologii na Kent University.

Chodzi przede wszystkim o efekt psychologiczny. Opublikowane niedawno dane Home Office pokazują, że w roku kończącym się w marcu 2017 r. na Wyspy przyjechało ledwie o 7 tys. osób więcej z Polski i siedmiu innych krajów, które przystąpiły do Unii w 2004 r., niż z niej wyjechało. Łącznie emigracja netto z całej UE wynosiła w tym czasie 127 tys. osób. Restrykcje szykowane przez May uderzą więc przede wszystkim z przyjezdnych z Rumunii, Bułgarii, a także Hiszpanii, Grecji i Włoch.

Ale nowe zapisy wcale nie muszą być skuteczne. Bo w omawianym okresie imigracja netto do Wielkiej Brytanii z państw spoza UE wynosiła 179 tys. osób. A mowa przecież o osobach, wobec których Londyn od dawna stosuje szereg ograniczeń. Dlatego w ujawnionym dokumencie mowa jest ogólnie o „odzyskaniu kontroli nad imigracją", ale bez podania konkretnej, docelowej liczby imigrantów. W okresie od marca 2016 do marca 2017 r. w Wielkiej Brytanii osiedliło się o 246 tys. więcej osób, niż z niej wyjechało (w tym 60 tys. Brytyjczyków). W samej Anglii, która jest dwa i pół razy mniejsza od Polski, mieszka już 55 mln osób: gęstość zaludnienia dochodzi do 440 osób na km kw.

– Ograniczenie emigracji nie jest korzystne dla biznesu, w samym rządzie istnieje też silna frakcja przeciwna zaostrzeniu restrykcji wobec imigrantów, której przewodzi kanclerz skarbu Philip Hammond. Ale May raczej postawi na swoim: to wciąż bardzo emocjonalny temat dla Brytyjczyków – tłumaczy prof. Whitman.

POLECAMY

KOMENTARZE