Afera taśmowa

Thriller autorstwa Giertycha

Roman Giertych
Fotorzepa/ Robert Gardziński
Roman Giertych anonimowo "zadebiutował" na łamach „Newsweeka”. W jego tekście na temat afery taśmowej są spiski prokuratorów oraz intrygi ludzi specsłużb.

„Kto stał za afera? podsłuchową, która rozpoczęła agonie rządu PO? Wiele tropów wskazuje, że mogła to być operacja przeprowadzona przez ludzi związanych z PiS” — zapowiada „Newsweek” swój demaskatorski tekst z okładki najnowszego numeru.

Cała konstrukcja materiału opiera się na tajemniczej analizie, która kwestionuje ustalenia prokuratury w tej sprawie. Ów poufny dokument miał trafić w ubiegłym tygodniu do prokuratora generalnego i szefa ABW.

Gazeta autorstwa tego demaskatorskiego, przełomowego dokumentu nie ujawniła, co wywołało falę spekulacji. Kto go sporządził? Rząd? Wykluczone, nie ma takich prawnych możliwości. Na pewno też nie policja, ani CBA.

Niepewność trwała ledwie kilka godzin. Autor sam dokonał coming outu w Internecie — to Roman Giertych. Jako adwokat reprezentuje w śledztwie polityków PO Radosława Sikorskiego i Jacka Rostowskiego, tych samych którzy są głównymi rozmówcami „Newsweeka” i podsycają tezę, że zostali nagrani przez PiS.

Wszyscy oni opierają się na szczątkowej, znanej już informacji z akt, że na kilka tygodni przed opublikowaniem przez tygodnik „Wprost” pierwszych stenogramów rozmów polityków, były wiceszef CBA z czasów PiS Martin Bożek nakłaniał mailowo swojego znajomego, szefa delegatury ABW w Katowicach Leszka Pietraszka, by spotkał się z Markiem Falentą, który „chce się otworzyć”. Bożek w śledztwie zaprzeczył, że zna Falentę, a „Newsweek” i Giertych niczego nowego do tej sprawy nie wnoszą.

Tekst „Newsweeka” i Giertycha miał być politycznym thrillerem, a jest komedią pomyłek. Nie zgadzają się kwestie fundamentalne, jak teza, że prowadząca śledztwo taśmowe Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga jest przychylna PiS. To wszak ta sama prokuratura, która domagała się uchylenia immunitetu byłemu szefowi CBA Mariuszowi Kamińskiemu, bo chciała mu postawić zarzuty przekroczenia uprawnień podczas operacji specjalnych, w tym dotyczącej majątku Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich. Sam Kamiński broniąc się w Sejmie oskarżył tę prokuraturę o związki z SLD, bo jej wiceszefem jest syn dawnego barona lewicy Andrzeja Piłata.

Żeby podważyć wiarygodność prokuratorów z Pragi „Newsweek” stara się pokazać analogię ze sprawą... byłego senatora PO Krzysztofa Piesiewicza, którego nagrali szantażyści. „Prokurator Józef Gacek, szef wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga, uznał, że zachowanie szantażystów nie spełnia znamion przestępstwa, i umorzył sprawę, a następnie wykorzystał nagranie do oskarżenia Piesiewicza o posiadanie narkotyków i nakłanianie innych do ich zażywania” — przypomina gazeta, twierdząc, że w sprawie taśmowej także „poszkodowani stają się oskarżonymi”. Tyle, że po pierwsze, nagrani politycy dotąd nie usłyszeli żadnych zarzutów, a nagrywający — tak. A po wtóre, w prawie karnym należy uważać z analogiami, o czym Giertych doskonale wie.

W tekście nie zgadza się też wiele didaskaliów. Nieprawdą jest, że Aleksander Grad stracił stanowisko po tzw. aferze stoczniowej w 2009 r., której jeden z wątków był badany przez praską prokuraturę (co ma ilustrować tezę o jej bliskości z PiS). Grad pozostał ministrem skarbu do końca pierwszej kadencji rządu Tuska w 2011 r. W drugiej był za to prezesem spółek energetycznych z lukratywnym kontraktem.

„Newsweek” zarzuca też dziennikarzowi Piotrowi Nisztorowi, który ujawnił aferę taśmową, podejrzane związki z prokuratorem Gackiem. Giertych w swym wpisie na Facebooku idzie jeszcze dalej. Pyta: „Czy Pan Prokurator Andrzej Seremet może odpowiedzieć publicznie na pytania: dlaczego śledztwo zostało przekazane do prowadzenia Prokuraturze Okręgowej Warszawa-Praga pod nadzór osoby, która współpracowała medialnie z jednym z dziennikarzy ujawniających podsłuchane rozmowy?” Nie przypomina jednak, że sam pił z Nisztorem wódkę. I został nagrany, gdy mówił o zbieraniu kompromitujących materiałów na miliarderów: „Ty będziesz pisał, a ja będę sprzedawał. Za tę robotę masz zapłacone pięć razy tyle, co dostaniesz w najlepszym wariancie megabestsellerów. I zabieramy się za następnego gościa, tak? Bo dla mnie to jest biznes. Ja na tym zarobię” — mówił w 2011 r. Dziś przekonuje, że to była adwokacka prowokacja.

Rozgrywka Giertycha nie dziwi. Od dłuższego czasu wszelkimi metodami lansuje tezę, że jego klienci są tak ważni, że musieli ich nagrać Kaczyński albo Putin.

Dziwi za to zachowanie Platformy. Gdy Giertych kandyduje jako wspierany przez PO kandydat do Senatu, to jego publicystyczny debiut na łamach „Newsweeka” partii szkodzi, a nie pomaga. Bo każde przypomnienie o aferze taśmowej jest dla Platformy dewastujące.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL